wtorek, 16 czerwca 2015

143. Warszawa zaliczona, Gruzja zwyciężona, czyli krótka relacja z weekendowego szaleństwa.

Witajcie kochani! Ja się trzymacie? Mam nadzieję, że u Was pozytywnie, bo u mnie jak najbardziej. Dziś wygłaszałam prezentację przed promotorem i w szoku jestem, że wczoraj udało mi się ogarnąć moją całą kwestię do tego stopnia, że tylko raz zerknęłam na kartkę. Oczywiście nie obyło się bez drobnych poprawek, ale ogólnie oboje jesteśmy z efektu zadowoleni. ;)

Jeśli chodzi o weekend to emocje jeszcze nie opadły, jeszcze gdzieś we mnie siedzą, dlatego myślę iż najkorzystniej będzie się nimi w Wami podzielić i puścić je w świat. A niech lecą! ;)
A więc weekend rozpoczęłam w piątek na roczku, ale żeby nie było zbyt nudno, w momencie gdy mieliśmy jechać na salę zostaliśmy uwięzieni w kościele (tak w kościele i tak, również pierwszy raz spotkałam się z mszą z okazji roczku) przez ścianę deszczu przywleczoną przez szanowną burzę. Mało tego moi drodzy! W kościele zaczął przeciekać dach, ponieważ jak się później okazało wiatr porwał kilka dachówek. Także atrakcji niemało już na samym początku. 

Później na sali było dość spokojnie - na początku, mały dostał całą masę pojazdów, był rozchwytywany i przechodził z rąk do rąk, bo przecież każdy MUSI go ponosić. Na imprezie znalazła się również Pani DJ, która początkowo puszczała takie weselne smęty, iż byłam skłonna iść spać pod stół. Z czasem jednak rozkręciła imprezę to tego stopnia, że przetańczyłam cały wieczór, głównie dlatego, że moi kuzyni i szwagier jednego z nich stwierdzili, że JEST MI ZIMNO i trzeba mnie rozgrzać, skutkiem czego przez zawrotne tempo tańca nie miałam siły oddychać, a na mojej stopie pojawił się pęcherz! (bezczelny!)

A tak pozdrawiałam Was na instagramie. ;)
Sobotni poranek za to był dla mnie katorgą. Wstawanie o 6.20 na drugi dzień po imprezie nie jest
najlepszą opcją, także jakby ktoś coś, to nie polecam. Całe szczęście przed pociągiem zdążyłam zaopatrzyć się na dworcu w latte, które pozwoliło mi przetrwać podróż, a może i nawet resztę dnia.
Warszawę powitałam przed południem, z dworca udaliśmy się od razu do hotelu, żeby się odświeżyć, a później już w biało-czerwonych strojach wyruszyliśmy coś zjeść i na stadion. 

Jejku, nie macie pojęcia jaka pozytywna energia wypełniała tego dnia Warszawę. Wszędzie chodziło pełno ludzi w białych i czerwonych koszulkach, z szalikami w rękach, wszyscy kibice byli dla siebie mega życzliwi, razem śpiewali idąc chodnikiem i jadąc tramwajem, wszyscy pozdrawiali się wzajemnie. Ogólnie mega pozytyw i życzyłabym sobie, żeby ludzie na co dzień tak się wobec siebie zachowywali. <3

Jednak to co było przed stadionem, to jeszcze nic! Przed meczem widziałam Wojtka <3 którego kiedyś jeszcze dorwę i zrobię sobie z nim zdjęcie (obiecuję Wam i sobie! :D Wojciechu S. - miej się na bacznośći ^^) Poza tym mogę śmiało powiedzieć, że był to chyba najlepszy mecz na jakim byłam. Nie tyle z racji wyniku (oczywiście to też), ale przez doping i ludzi, którzy mnie otaczali. Zazwyczaj kupowaliśmy bilety wzdłuż linii boiska, bo wydawało nam się, że tam wszystko najlepiej widać. Niestety tym razem całość wzdłuż linii była wyłączona ze sprzedaży, a bilety dostali jacyś RÓWNIEJSI Z RÓWNYCH. W związku z tym siedziałam za bramką (tą, do której wpadły wszystkie 4 bramki!) i powiem Wam, że nie żałuję! Nasza trybuna chyba jako jedyna kibicowała przez cały mecz, bo jak to mój kolega powiedział NA MECZU SIĘ NIE SIEDZI! Doping szedł przez cały mecz, namachałam się szalikiem do tego stopnia, że na drugi dzień miałam zakwasy na ramionach i problemy z założeniem koszulki xD (tak to jest jak się bicka na co dzień nie ćwiczy). A więc nakrzyczałam się i naściskałam z zupełnie mi obcymi ludźmi za wszystkie czasy. 

Otóż to - ściskanie się z radości. Z tym też spotkałam się pierwszy raz, z czego mogę wywnioskować, że za bramką siedzą PRAWDZIWI kibice, a nie jak szanowni państwo, którzy nie dość, że dostali bilety a darmo, to na meczu pojawili się dobre pięć minut po gwizdku i tyle samo czasu wcześniej zaczęli wychodzić, coby uniknąć kolejki po piwo - bo przecież oni przyszli pić piwo, a nie oglądać mecz. Także jednym słowem - żal czy jak to się w gronie kibiców zwykło owych państwa nazywać Janusze (z tego miejsca pragnę przeprosić mojego wujka, nie moja wina, iż to imię przybrało taki negatywny wydźwięk xD). 

Ale wracając do pozytywnych emocji - radość zupełnie obcych ludzi, łzy w oczach jednego faceta, który wyrósł przede mną nie wiem skąd, przybijanie piątek, wspólne przeżywanie tych pięknych chwil - magia. Kto nie był na meczu, temu bardzo polecam. Siedząc przed telewizorem za żadne skarby nie doświadczycie czegoś takiego. Oglądając w TV skróty czy same bramki, gdy słyszałam w tle okrzyki ludzi, aż coś mnie chwytało za serce i ciarki pojawiały się na mojej skórze, ta myśl - kurczę byłam tam, zdzierałam gardło z tymi ludźmi. <3

Po meczu radość nie mniejsza. Zamknięto cały most i mogliśmy iść całą szerokością Wisłostrady wracając do hotelu. Ludzie śpiewali - jedni zaczynali, z drugiej strony zupełnie obcy ludzie sobie odpowiadali kontynuując, w każdym pubie czy barze po drodze było mnóstwo szalenie szczęśliwych (później i pijanych) ludzi. 

Pogoda również dopisała - cały weekend było w Warszawie gorąco i chyba pierwszy raz nie zmarzłam na meczu. :D Tylko jest jeden minus tego wszystkiego - tak bardzo chcę mi się kolejnego meczu, a tu nic! Powiedzcie mi dlaczego ciąg dalszy eliminacji do ME dopiero we wrześniu?? :( 

Mam nadzieję, że przekazałam Wam chociaż odrobinę radości, która wypełnia obecnie moje serducho.
Pozdrawiam i do usłyszenia kochani! <3

36 komentarzy:

  1. Jakoś nigdy nie żyłam sportem w taki sposób. Rozgrywki nigdy nie wywołują u mnie żadnych emocji. :) Ale rozumiem, że można się cieszyć i to przeżywać. Fajnie, że tak spędziłaś czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyzwyczaiłam się do tego, że w większości przypadków dziewczyny mnie nie rozumieją. :D

      Usuń
  2. ja tam nie jaram się jakoś sportem;p Ale fajnie, że Ty masz to we krwi i Cię to raduje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam, że niewiele kobiet się tą dziedziną interesuje. :P

      Usuń
    2. kiedyś mnie ze sportu małysz podniecał jak leciał ;p teraz w sumie już nic;p

      Usuń
    3. Hahaha, mocne słowa :D
      Jako dzieciak zawsze oglądałam z tatą Małysza. :P

      Usuń
    4. ooo ja też:D z i bratem i dziadkiem:) cała rodzina miała szał!

      Usuń
    5. No a potem się skończył. :P
      Chociaż początki Stocha też były niczego sobie. :D

      Usuń
  3. Ha! Kochana przekazałaś mnóstwo emocji i energii :D
    jako zapalony kibic rozumiem Cię doskonale,a na Wisełkę zawsze chodzimy kibicować za bramkę :D tam jest najlepiej :D po bokach SIEDZĄ PIKNIKI :P a to prawda,że na meczu się nie siedzi :D
    buziaki i piąteczka ! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Dokładnie, to określenie też jest mi znane, ale podczas pisania notki wyleciało mi z głowy. :D
      Cudownie, że ktoś mnie rozumie! :*

      Usuń
  4. Widzę, że zabawa przednia była! :D No i przy takiej atmosferze szacunku, ciepła i radości nietrudno dobrze się bawić i zapamiętać ten czas pozytywnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, szkoda, że taka atmosfera nie panuje na co dzień. Zupełnie obcy ludzie stają się sobie bliscy i potrafią razem przeżywać radość. :)

      Usuń
    2. Z tego, co mi wiadomo, o ile nic się nie zmieniło, to podobno w Niemczech całkiem obcy ludzie na ulicy mówią sobie "Cześć!", "Miłego dnia!", i tak dalej. Byłoby piękne, gdyby i u nas takie coś funkcjonowało :)

      Usuń
    3. Ja słyszałam coś takiego o Holendrach właśnie. ;)
      W Niemczech byłam, ale jakoś nie kojarzę fali uprzejmości na ulicach. :D

      Usuń
    4. O, to może coś się zmieniło i przerzuciło na kraj dalej XD Pamiętam jak moja znajoma panikowała, bo wiedziała, że w sklepach kasjerki pytają, jak leci, jak dzień, a ona ani me ani be po niemiecku i co ma odpowiedzieć XD

      Usuń
    5. Może, moda poszła w drugą stronę, zamiast przyjść do nas :D
      A to mi się coś podobnego przytrafiło w Berlinie, w Kauflandzie, gdzie kasjerka totalnie mnie zaskoczyła swoim aż do przesady radosnym "Hallo!" . Podobno minę miałam bezcenną. :P

      Usuń
  5. ej, u mnie powszechne są msze z okazji roczku XD
    obczaiłam sobie Twojego instagrama, bo nie miałam pojęcia, że takowego posiadasz! a co do meczu, ja na reprezentacji nie byłam nigdy, ale byłam na meczu ekstraklasowym (oczywiście Wisełki :P) i rzeczywiście, emocje są przednie, o ile tata Ci za uchem nie krzyczy, a faceci przed Tobą nie stoją.. wtedy rzeczywiście jest fajnie :D
    trzymaj się ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, co region to inne zwyczaje. :P
      Strzeliłam, że osoba mówiąca o sobie "happysadomaniaczka" to na stówę Lusia. :D
      Lusiu, bo na meczu się nie siedzi. :D Ale rozumiem, że z racji wzrostu panowie potrafią być frustrujący. Przede mną ostatnio siedział dość pokaźny pan, którego plecy "wylewały" się za krzesełko i gdy odchylał się do tyłu to można by rzec, że lądował mi na kolanach. xD
      :*

      Usuń
    2. Najwidoczniej :P
      Oczywiście! Jak mnie zaobserwowałaś, to sobie pomyślałam "no, nawet mnie już rozpoznajo, boshe jaki fejm!" hahahahaha :D
      OJ TAM, ja byłam ostatni raz zupełnie przypadkowo, paczyłam sobie na piłkarzy, nawet wiedziałam, w która bramkę strzelają, ale jakoś mnie to nie porwało, za bardzo :D OMG, to rzeczywiście XD
      :*

      Usuń
    3. Hahaha! Jesteś już jak "selebriti" ! <3 :D Niedługo wpadnę po autograf!
      Ja jak chodziłam do gimnazjum, to chodziłam oglądać piłkarzy - chłopaków ze szkoły. xD

      Usuń
  6. Wow, byłam na jakichś tam meczach, mniejszych i większych, ale po tej relacji zapragnęłam również by pojawić się na Stadionie Narodowym :D Oby tylko nie padało przy otwartym dachu :D
    Cieszę się, że na roczku też się dobrze pobawiłaś, chociaż myślałam, że to jakaś mniej oficjalna impreza była :D Wstawanie rano - współczuję :D I ja np. rano nie mogę pić kawy, a po imprezie to juz w ogóle bym się po niej pochorowała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja też pierwszy raz byłam na Narodowym i pierwszy raz byłam na meczu o punkty. Powiem Ci szczerze, że towarzyskie mecze to totalnie nie to samo.
      W Gdańsku byłam jak akurat padało, ale siedziałam tak, że dach mnie osłaniał i nie spadła na mnie ani kropla :D
      Ja sama myślałam, że będzie mniej ludzi. :P
      Mi tam nic nie jest, może gdybym się spiła, to zniosłabym to gorzej, ale cały alkohol wytańczyłam. :D Więc kawa była miodzio. :P

      Usuń
  7. Muszę, muszę kiedyś wybrać się na taki mecz i poczuć te wszystkie emocje! :) ale bez roczku dzień prędzej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj musisz, musisz!
      Generalnie żadnych imprez dzień przed nie polecam, chociaż ja nie zniosłam tego najgorzej. :D

      Usuń
  8. Emocje musiały być super, ja lubię oglądać mecze, ale nigdy nie miałam okazji oglądać na żywo, chyba, że rozgrywki mojego miasta :p
    Pozdrawiam serdecznie, Mój blog/ KLIK :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę Ci powiedzieć, że przeżywa się taki mecz zupełnie inaczej, niż rozgrywki ligowe. :)

      Usuń
  9. Nie przepadam za sportem, ale doskonale rozumiem osoby, które się nim interesują. Ale mimo wszystko, sama z chęcią pojechałabym na mecz, emocje z pewnością są kompletnie inne, niż te odczuwane przed ekranem telewizora ;)

    http://dzwoneeczek.blog.pl Zapraszam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, przeżywa się wszystko zupełnie inaczej - nawet jeśli ktoś emocjonuje się już przed ekranem telewizora. ;)

      Usuń
  10. Bardzo przypomina mi to atmosferę panującą na koncercie. Tam też jest mnóstwo ludzi, nieliczni się znają, ale wszyscy traktują się nawzajem, jakby byli jedną wielką rodziną :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... Faktycznie, chociaż na koncercie nie ma tych emocji dotyczących bramek. Ale jeśli chodzi o tę całą pozytywną atmosferę, to muszę się zgodzić. :)

      Usuń
  11. Ja byłam na stadionie FC Barcelony więc wiem jakie to emocje :p

    OdpowiedzUsuń
  12. Muszę się przyznać, że sportem (w sensie meczy, zawodów itd.) nie interesuję się wcale. Jeśli chodzi o aktywność fizyczną to lubię biegać i czasem ćwiczę. Jak zwykle nie zawodzisz i jest co poczytać.
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie na nowy look i wiele więcej!
    www.gabriel-data.blogspot.com - MY BLOG
    Fashion Projects

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też biegam i ćwiczę. Ale niestety piłkarzem już nie będę. xD

      Usuń
  13. Jakoś tak nie umiem się ekscytować sportem ;D Dla mnie to mega nudne ;P

    OdpowiedzUsuń