sobota, 31 stycznia 2015

115. Kończymy wyzwanie.

Witajcie. Oto ja - wróciłam do Was po strasznie ciężkim tygodniu. Całe szczęście sesję mam już za sobą i mogę o niej spokojnie zapomnieć. Na ostatni egzamin nauczyłam się do tego stopnia, że część zamkniętą ogarnęłam w 30 minut, a było tam chyba 70 pytań. Otwarte jak to otwarte - trzeba było się chwilę zastanowić, ale dałam radę. W dodatku jedno pytanie polegało na przeanalizowaniu grupy kibiców piłki nożnej - hahaha, bosko. Jak się rozpisałam, to mi miejsca zabrakło. Ma się farta do tematu. :D No i ogólnie wyszłam z sali z poczuciem, że zdałam, więc... mam ferie! Całe trzy tygodnie. <3 Oczywiście w międzyczasie mój projekt dyplomowy będzie się dopominał o dokończenie, ale... spokojnie. Do końca kwietnia mamy duuuuuuuuuuuuużo czasu. xD
Tyle ze spraw bieżących, które pochłaniały mnie ostatnio. Możemy więc przejść do tematu, czyli ostatniej części wyzwania "Zadbaj o siebie". Przed nami ostatnia szóstka. Tym razem jednak nie posłużę się datami, a numerami zadań, ponieważ.... Pomiędzy losowaniem, a ich wykonywaniem pojawiła się spora rozbieżność, z racji mojej wytężonej nauki. No, ale dość gadania. Rozliczmy się wreszcie. :)

Zadanie 1. - Spędź czas z...KOTEM!

Wszędzie dobrze, ale na laptopie - najlepiej.
Yup! Mam koteła i to nie jednego. Dziś postanowiłam Wam przedstawić mojego Jurusia oraz jego ckliwą historię. Juruś jest tak na prawdę samiczką, która posiada chyba tuzin imion, gdyż każdy nazywa ją inaczej - zależnie do wen twórczej. Pierwotnie Juruś nazwana była Yorek - ponieważ moja kuzynka kupiła sobie psa - yorka. A tym samym czasie kociak pojawił się u nas i stwierdziliśmy, że nazwiemy go YOREK - tak dla jaj. Z czasem jednak pojawiły się deformacje imienia: Juruś, Jaruś, Jurgen, Jurant, Jora i pewnie jeszcze jakieś odskocznie by się znalazły.
Wspomniałam również, że kociak ma ckliwą historię. Otóż, gdy był malutki, do miejsca jego zamieszkania wpadł jakiś obcy kocur, który zagryzł brata Jurusia. Na całe to zdarzenie natknęła się jego matka, która stoczyła z owym kocurem ciężko walkę, której niestety nie przeżyła. Mój tata znalazł ją, gdy oddychała już ostatkiem sił. A co z Jurusiem? Po jakiś trzech dniach mój tata usłyszał w szopce, za drewnem ciche piszczenie - to był właśnie mały Juruś. Tak sprytnie się schował przed kocurem i siedział tam całe trzy dni. Wzięliśmy go do domu i dawałam mu mleko z takiej małej strzykawki. <3 Dużo śmiechu nam ten kociak przysporzył, gdyż swego czasu zachowywał się jak PIES - biegał łapiąc za nogawki itp. Dziś Jurek ma już prawie 3 lata i jest śliczną, dużą kotką, która wie, że jednak nie jest psem (choć trochę dzikusa w niej pozostało :D)

Zadanie 2. - Zaszalej z makijażem.

W sumie nie wiem co autor miał na myśli pisząc to zadanie. xD Zasadniczo jestem osobą, która -gdy w miejsce publiczne iść nie musi, to się nie maluje. Szkoda mi czasu i roboty. Także do samego szaleństwa też jakoś głowy nie miałam, ale mogę Wam pokazać zestaw moich codziennych kosmetyków.
Od lewej:

Korektor - w razie coś gdzieś mi wyskoczy i jest na tyle uparte, że nie chce się schować pod pudrem. AVON COLORTREND. Z tego co się orientuję, to występuje w dwóch odcieniach, ja używam jaśniejszego.

Podkład - mój niezbędnik, który pomaga mi wyrównać kolor cery. Dla mnie świetny - silikonowy, świetnie się stapia ze skórą. Używam go chyba od początku szkoły średniej. Mój odcień to 16. - brzoskwiniowy. Niektórym może wydawać się zbyt ciemny, jednak nie mam mega jasnej karnacji - więc dla mnie ten odcień jest idealny. Marka - jak widać INGRID COSMETISC.

Następnie mamy dwa pudry.

Na dole - poder matujący, który dla mnie jest totalnym strzałem w dziesiątkę. Jest to STAY MATTE z Rimmela. Mam cerę mieszaną i moje czoło niestety lubiło się świecić - do czasu aż nie odkryłam tego cuda, na prawdę matuje przez cały dzień. Mój odcień to 004 - dość jasny, bo zależy mi tylko na matowieniu, kolor ma się zlać z podkładem.

Wyżej kulki brązujące AVON. Używam ich do podkreślenia policzków za pomocą skośnego pędzelka.

Obok - tusz do rzęs AVON SuperSHOCK - mój faworyt od kilku lat. Szczerze, to chyba zaczęłam go używać już w gimnazjum (oczywiście po lekcjach - chociaż przed pedagogiem też się nieraz uciekało xD). Uwielbiam w nim dużą silikonową szczoteczkę i jego trwałość. Kolor - oczywiście czarny.

Na samym dole widać dwie kredki - brązowa do przyciemnienia brwi (nie bójcie się, nie jestem jedną z tych, co sobie brwi rysują sprawiając, że na twarzy nie widać nic poza brwiami właśnie xD), czarna do podkreślenia oka. Obie z AVON-u.

Za nimi natomiast błyszczy się eyeliner z firmy Eveline. Miałam w swoim życiu wiele eyelinerów i tak na prawdę tylko ten mnie nie zawiódł. Ma cienki, miękki pędzelek - właśnie takie lubię do malowania. Umożliwia namalowanie zarówno cienkiej, jak i grubej i wydatnej kreski. Kolor - czarny.

Zadanie 3. - Kup sobie coś do ubrania.

To zadanie zrealizowałam dopiero w poniedziałek, gdy szukałam koszuli na egzamin. Oczywiście szukałam białej z czarnymi wstawkami, a kupiłam jaką? Czarną z białymi - taaak, cała ja. Ale ważne, że jakąś kupiłam. Jakoś ostatnio nie mam weny na zakupy - doszłam do wniosku, że mam w czym chodzić. W domu mam pełną szafę, w poznaniu drugą. A wyrzucić mi czegokolwiek jak na razie żal. :P Więc z ciuchami stopuję. Poczekam aż skończą się wszystkie wyprzedaże i może zakocham się w czymś z nowych kolekcji. ;)

Zadanie 4. - Weź długą kąpiel. 

W sumie nie wiem czy mi się udało to zrealizować w pełni. Co prawda kąpiele w moim przypadku nie należą do najkrótszych, bo ja się muszę w wannie należeć. :P Ale... gdyby patrzeć pod tym kątem, że miałaby być ona dłuższa niż zwykle to myślę, że bez dolewania wody by się nie obyło. :D A i wybaczcie mi, ale nie mam zdjęcia moich seksi nóżek w wannie, nie tym razem. xD

Zadanie 5. - Idź na spacer. 

Moje spacery ostatnio odnoszą się do chodzenia na uczelnie i ewentualnie do sklepu, gdy zapasy w mieszkaniu się kończą (chyba pora wracać do domu, gdy nie ma co jeść xD). Jednak obiecałam sobie, że po powrocie do domu wybiorę się z bratem na długi spacer. Tak długi, że będziemy wyglądać jak rudolfy czerwononose. :D

Zadanie 6. - Odkop stare piosenki. 

Niach, niach, niach! Najlepsze na koniec. Wczoraj spędziłam cały dzień w mieszkaniu buszując po folderach z muzyką, a moje serducho zabiło mocniej. Wróciłam do wspomnień, gdy byłam zbuntowanym nastolatkiem, który uważał, że jeśli w piosence nie słychać gitary, to tego nie można nazwać muzyką! :D Wiecie, ostatnio oglądając serial One Tree Hill ujrzałam siebie z dawnych lat w jednej z bohaterek - Peython. Cały pokój obwieszony rysunkami i mnóstwo płyt zespołów, których nikt nie słucha. Pewnie jesteście ciekawi jakie to zespoły odkopałam? Otóż np. 30 Secodns To Mars, z Jaredem na czele <3, AFI - zakochałam się w głosie wokalisty i do dziś coś we mnie drży gdy wsłuchuję się w jego barwę. Do tego The Used, Breaking Benjamin, Kill Hannah, Billy Talent i jeszcze parę innych. Znacie? Cokolwiek? Znów poczułam, jakbym miała 14 lat i całe życie przed sobą (brzmię jak podstarzała pięćdziesiątka nie? xD) i od wczoraj nie słucham niczego innego! <3

Podsumowując - to wyzwanie, wszystkie jego części sprawiły mi wiele radości. Po pierwsze - robiłam coś dla siebie, po drugie, robiłam to z myślą o Was i o tym, że muszę się Wam z tego wyspowiadać. Wiele razy słyszałam, że Was zainspirowałam, że ktoś coś podziwia itp. Jednak myślę, że najważniejszym aspektem było to, iż mogliście poznać mnie z nieco innej strony - czytając między wierszami. Tak czy inaczej - dziękuję Anelise za wspaniały pomysł z wyzwaniem i czekam na kolejne! :*

piątek, 23 stycznia 2015

114. Wspominam po raz drugi.

Witajcie. Jak zauważyliście, więcej mnie tu nie ma, niż jestem. Ale nie będę się ponownie usprawiedliwiać, gdyż robiłam to ostatnio. Więc nie będę nawracać i przynudzać.
Całe dnie spędzam w towarzystwie książek i kserowanych notatek, a ich towarzystwo umilam sobie kolorowymi karteczkami i długopisami, do zaznaczania NAJWAŻNIEJSZYCH kwestii (pomijając fakt, że jedną książkę powinnam zakolorować całą). Dni mi się z jednej strony ślimaczą, bo chciałabym mieć już wszystkie zaliczenia za sobą, a z drugiej szybko mijają, bo nie myślałam, że nauka pójdzie mi tak topornie. Mimo tego nie poddaję się i wierzę, że uda mi się JAKIMŚ CUDEM ogarnąć wszystko na ostatni BIG egzamin. Co do środowego zaliczenia - miało być i łatwe i takie było. Poszłam na luzie, bo wiedziałam, że to jest to, co lubię i potrafię robić. Tak też pierwsza skończyłam i czekam tylko na ocenę.
Odbiegając od tematu szkoły, przejdę do głównego tematu notki. Zostałam ostatnio nominowana przez Rosa Rosaline po raz drugi do  "Nominacji pozytywnych myśli". Nie mogłam tej nominacji odmówić, więc postanowiłam poszperać w zakątkach głowy i odszukać kolejnych, fajnych wspomnień (które wydają się być obecnie przygniecione stertą ekonomiczno-polityczno-społeczno-gospodarczych bzdetów). Tak więc pozwolę sobie przytoczyć kilka wspomnień, które wywołują na mej twarzy uśmiech. Tym razem nie podam Wam dat tak dokładnie, ale będę się starała, aby wszystko zostało ułożone chronologicznie.

Wakacje, 2009.

Według moich obliczeń to był ten rok.
tumblr
Zawody konne. Nocowała wtedy u mnie moja A., która jako jedyna mi znana osoba zasługuje na miano PRZYJACIÓŁKI. Wtedy znałyśmy się niespełna rok, ale od samego początku rozumiałyśmy się jak siostry. Zawody konne zawsze trwały u mnie 2-3 dni. Nie pamiętam tak szczerze jak było tamtego roku. Wiem, że w pierwszy dzień poszliśmy tam całą ówczesną paczką - Ja, A., S., M., i mój B., który ubłagał brata, by go przywiózł. Pierwszego wieczoru zawodów zawsze organizowana była zabawa taneczna pod gołym niebem - chodziłam tam od kiedy tylko pamiętam. Tym razem też poszliśmy. Póki było jasno - włóczyliśmy się po stadionie, a gdy się ściemniło - wysłaliśmy jedyną pełnoletnią osobę - B. po piwo dla wszystkich. Pobawiliśmy się, a gdy byliśmy głodni - jedliśmy popcorn. Ale istotne jest to, co stało się po imprezie, gdy wracaliśmy. S. narąbany tymi pseudo piwami rozcieńczanymi z wodą, idąc śpiewał na całe gardło "Dary losu" - do dziś nie wiemy dlaczego akurat to. xD
Po drodze dołączyli się do nas znajomi - dwie siostry i ich kuzyn, znani z tego, iż alkohol pili zawsze w ZA DUŻYCH ilościach (a wszyscy młodsi ode mnie - smarkacze jedne!). Umówili się z kimś tam, że odbierze ich z PKS-u, więc poszliśmy poczekać z nimi. Usiedliśmy wszyscy na ławce i barierkach za nią. Wszyscy poza najmłodszą S., która usiadła po turecku na chodniku i zaczęła się bujać, jak dziecko z chorobą sierocą - no nic, pośmialiśmy się, ale... za chwilę zza roku wyjechał radiowóz. Nie macie pojęcia jak mi ciśnienie podskoczyło! Ale siedzieliśmy grzecznie (poza bujającą się S.), a panowie przejechali wolniutko obok nas i pojechali dalej. Uff... (później doszliśmy do wniosku, że chyba było nas za dużo i tak nie zmieścilibyśmy się do radiowozu :P)


Lato, 2011

Zdjęcie z roku 2013. Po meczu Polska-Dania. (jestem leniwa
i nie chciało mi się szukać fotek z otwarcia xD)
Pojechaliśmy z B. na otwarcie stadionu w Gdańsku! Och i ach! Słońce prażyło niemiłosiernie od samego rana. Staliśmy przed bramą około dziewiątej, a nasza skóra momentalnie robiła się czerwona od promieni słonecznych. W końcu weszliśmy do środka. Ach, było super. Może część z Was tego nie czuje, ale dla mnie, czyli osoby, która siedzi w tym piłkarskim świecie już dość długo, to było mega przeżycie - wejść na stadion przed innymi, móc powiedzieć, że byłam na otwarciu. Mimo, że ktoś powie, że to nic specjalnego - wejść na stadion, to mnie owe wspomnienie mega mocno chwyta za serducho. :)


Pierwszy rok studiów, jakoś na początku.

Pierwsze zajęcia z matmy finansowej. Po grupie rozeszło się, że chodzi z nami koleś, który skończył studiować matmę. Po całym wprowadzeniu, co nasz czeka, co z zaliczeniem, babka oznajmia, że mamy się dobrać z 3 osobowe grupy, w których będziemy liczyć zadania już do końca semestru. Popatrzyłyśmy na siebie z M. (z którą wówczas bardzo dobrze się dogadywałam), a potem na Pana Matematyka, który siedział akurat przede mną. Po chwili rozegrała się scena rodem z jakiegoś amerykańskiego serialu. Wychyliłam się do przodu, jednocześnie pociągając go za kaptur i gdy miałam już swoją twarz na wysokości jego, zakomunikowałam tryumfalnie: JESTEŚ ZE MNĄ! Oczywiście bez oporów się zgodził, a dla mojej grupy nie istniały już trudne zadania. :P


Wakacje 2013.

tumblr
Był to chyba sierpień, gdy umówiłam się z K., że w końcu mnie odwiedzi. Miałyśmy poplotkować, a później pojechać nad jezioro. Umówiłyśmy się mniej więcej na konkretną godzinę, więc czekałam na nią w pokoju, gdy zadzwoniła i zapytała czy nie wyjdę po nią do bramy, bo nie jest pewna czy dobrze jedzie, po czym dodała, że ma niespodziankę i albo ją zabiję, albo będę się cieszyć i nagle się rozłączyła, a ja posłusznie zeszłam na dół. Stojąc w bramie omal się nie przewróciłam, gdy zobaczyłam auto wypełnione całą moją poznańską paczką! Nikt się nie wysypał, nikt nie pisnął ani słówka - i taką zrobili mi niespodziankę. Ucieszyłam się jak szalona. Chyba bardziej niż ten ich niezapowiedziany przyjazd urzekło mnie to, że w ogóle o mnie pomyśleli,wpadli na taki pomysł i dali radę się zorganizować, gdyż każde z nich mieszka w innym mieście.


Czerwiec, 2014.

Tę datę w miarę pamiętam, bo było to stosunkowo niedawno. Sprzątałam akurat mieszkanie, ponieważ to był dzień mojej wyprowadzki. Kilka dni wcześniej opowiadałam mojej kuzynce, jaki to miałam koszmar: "Śniło mi się, że miałam dziecko! Normalnie chodziłam z wózkiem po mieście! Masakra jakaś!" Moja mama leżała ze śmiechu, ale dla mnie to był na prawdę dramat. xD Tego dnia właśnie zadzwoniła moja kuzynka:
- Hej, co robisz?
- No hej, sprzątam mieszkanie, bo dziś się wyprowadzam.
- Aaaa... Bo wiesz, chciałam Ci coś powiedzieć. Chyba wiem dlaczego śnił Ci się ten wózek - mówiła z wyraźnym zadowoleniem w głosie.
- No?
- Bo wiesz, ja bym Cię chciała na chrzestną.
Nie macie pojęcia jakiego banana walnęłam w tym momencie, taka radość przepełniła moje serducho, no i byłam dumna, że wybrała właśnie mnie!

No i tyle w temacie. Powspominałam, rozluźniłam się, a teraz pora wracać do nauki. Powtarzam sobie w głowie, że JESZCZE TYLKO TYDZIEŃ i znów będę cała dla Was! :D
Aaaa... Dodam tylko, że nie wiem kogo nominować, nie mam za bardzo czasu szperać, kogo już ten zaszczyt kopnął, a kogo nie, więc zrobię tak - nominuję pierwszą, trzecią, piątą, siódmą i dziewiątą osobę, która doda komentarz. :D
Buziaki!

piątek, 16 stycznia 2015

113. Przedostatnia część wyzwania.

Witajcie. Na wstępie chciałam Wam powiedzieć, że przez następne dwa tygodnie może mnie być tutaj bardzo mało. Oczywiście będę się starała by posty i tak pojawiały się regularnie, ale... niczego nie obiecuję. Mam sesję i chyba pierwszy raz totalne poczucie, że jest kiepsko. Zostały mi do zaliczenia trzy przedmioty (w tym jeden dwa razy...) z czego tylko w jednym tak na prawdę mam do czynienia z cyferkami - dla umysłu ścisłego to istne tortury! Jak są zadania do liczenia, to lajt - jak to mawiał mój kolega w szkole średniej "Co w tym trudnego? Siadasz i liczysz tak, żeby wyszło." xD Jednak nauka teorii... Jejku, co semestr mówię, że tego nie cierpię, ale chyba pierwszy raz trafiłam na taki semestr, gdzie dwa wiodące przedmioty to sama teoria... (już nie będę się rozwodzić nad sensem ich istnienia na  moim kierunku - bo po jaką cholerę mi na finansach socjologia?!).
Jedyne o czym teraz marzę, to żeby był już 30. styczeń - ostatni egzamin mam 29. i na prawdę chciałabym mieć to za sobą. Ale dobra, koniec lamentowania - moje zadanie na ten czas to nauka, a Wasze, to trzymanie za mnie kciuków. Pierwsze z pozostałych mi zaliczeń mam w środę - to najbardziej lajtowe (bo są cyferki <3), ale myślę, że do tego czasu jeszcze do Was napiszę. ;) Przejdźmy do przyjemności, czyli rozliczenia z wyzwania.


Czwartek, 8. stycznia - Pisz książkę.

Pierwsze zadanie i pierwsza klapa - na prawdę nie miałam kiedy do tego usiąść, bo jak pamiętacie (lub nie) w zeszłym tygodniu miałam namiętny romans z rachunkowością <3. No a teraz jakimś cudem próbuję ogarnąć trzy przedmioty jednocześnie. :P Także postanowiłam, że to wyzwanie zrealizuję podczas ferii - na spokojnie. Dla tych co nie pamiętają, bądź nie wiedzą o co chodzi z książką - jakiś czas temu miałam ogromny napływ weny, z którą nie wiedziałam co zrobić, więc zaczęłam pisać dwie książki - z czego jedna pojawiała się na drugim blogu. Z racji tego, iż pisałam na bieżąco, po jakimś czasie dostrzegałam masę błędów i postanowiłam zaprzestać publikacji. Jakiś czas temu zmodyfikowałam cały początek i z tego, co pamiętam - mam już koło dwudziestu stron. W ferie dopiszę kolejne - obiecuję!

Piątek, 9. stycznia - Pooglądaj piłkarzy.

:D :D :D
Subskrybuję na yt kanał "Łączy nas piłka", na którym co jakiś czas pojawiają się śmieszne filmy z piłkarzami w rolach głównych, a poza tym, to obejrzałam już chyba wszystkie filmy, na których jest Szczęsny <3. Co najbardziej uwielbiam? Jak on i Krychowiak pociskają sobie wszem i wobec na wizji. xD Ulubiony odcinek? #KrychaWie :D

Sobota, 10. stycznia - Kup jakiś kosmetyk.

To wyzwanie było dla mnie strzałem w dziesiątkę, ponieważ WSZYSTKO mi się pokończyło - odżywki do włosów, szampon, olejek arganowy, żel do twarzy itp. itd. Niestety nie kupiłam wszystkiego na raz. W celu dokonania zakupów odwiedziłam hebe i rossmanna. Jednak tego dnia byłam akurat w hebe.
Zakupiłam dwie maski do włosów KALLOS - nie dlatego, że były na promocji xD Po prostu skończyły mi się zapasy i w domu i w mieszkaniu, więc wzięłam hurtem. Do tego szampon przeciwłupieżowy, który zadziałał od pierwszego użycia - tak jak napisał producent, za co wielki plus dla niego! Powiem Wam jeszcze, że zauważyłam na swoich włosach maleńkie białe kropeczki już po świętach, po czym poszłam kupić jakiś najtańszy szampon przeciwłupieżowy - padło na Ziaję, która totalnie nie zdała egzaminu. Także jej nie polecam, Gariniera - jak najbardziej. No i na koniec mój ukochany olejek arganowy, który ostatnimi czasy przeważnie ląduje na moich rzęsach. :)

Niedziela, 11. stycznia - Zjedz warzywo.

Hahaha, miało być zdrowo, ale... Ziemniak to warzywo, prawda? A że jest z piekarnika, to niczemu nie umniejsza. :D Tak prawdę powiedziawszy, to tego dnia wróciłam do Poznania i gdy udało mi się wgramolić z walizką na trzecie piętro, to nie miałam już ochoty nigdzie wychodzić. Do ziemniaków dodałam przyprawę i świeży koper, który akurat miałam w posiadaniu - dla mnie bomba.


Poniedziałek, 12. stycznia - Zjedz sałatkę.

Ziemniaczki z dnia poprzedniego nadrobiłam sałatką - moją ulubioną i mega prostą, bez żadnego zagotowywania czegokolwiek i innych wymyślnych procesów.
Do mojej sałatki potrzebuję: 1/2 kapusty pekińskiej (mniejszej, jeśli jest spora - biorę 1/3), 1/2 kostki sera feta, trochę kopru, jednego pomidora i sos sałatkowy - JAKIKOLWIEK. I to wszystko. Przygotowanie? Banalnie proste - wszystko kroimy wedle uznania - ser w kostkę, kapustę w grubsze lub cieńsze paski, pomidory w ćwiartki itp. Jeśli chodzi o podanie, to ja układam wszystko warstwami - kapusta, ser, pomidor, koper i tak trzy razy. Na końcu polewam wszystko sosem sałatkowym, takim jaki akurat mam w posiadaniu. No i obiad gotowy. Mi jej przygotowanie zajmuje około 10. minut, więc to na prawdę szybka sałatka, a to się liczy, gdy człowiek głodny. :D

Wtorek, 13. stycznia - Idź na solarium.

Na solarium planowałam już iść w październiku albo listopadzie. W każdym razie na planowaniu się skończyło, bo zwyczajnie nie chciało mi się ruszyć tyłka. Miałam w zamiarze chodzenie raz w miesiącu, by podtrzymać wakacyjną opaleniznę (nienawidzę bladej skóry). Fakt faktem nie udało mi się to do końca i ostatnio już stwierdziłam, że iść muszę, bo odcień mojej skóry przestaje mi się podobać. Gdy wylosowałam to zadanie, to nawet się ucieszyłam, że mam motywator by tam pójść. No i tyle, odhaczone. Teraz mam zamiar chodzić systematycznie, co miesiąc - do maja lub czerwca, aż słońce samo nie zacznie przypalać mi naskórka. :P
Jeśli macie zamiar pisać mi, że umrę od tego na czerniaka, to proszę - nie krępujcie. Chętnie poczytam. :D


No i to by było na tyle. Co Wam mogę jeszcze napisać... - padam na twarz, ale jestem z siebie dumna, bo nauczyłam się dziś między innymi tak bardzo ŻYCIOWYCH I CHOLERNIE POTRZEBNYCH DO EGZYSTENCJI pojęć jak: IMPORTERABILIA, REIFIKACJA oraz INTERIALIZACJA, a także przestudiowałam koncepcję "znaczących innych" (nie wiem dlaczego, ale mam w głowie wizję kosmitów, gdy to czytam). Tak czy inaczej - czacha dymi! :P
Mam nadzieję, że u Was spokojniej i luźniej. Pozdrawiam! :*

poniedziałek, 12 stycznia 2015

112. "Sam sobie narysuj świat! Coś nie podoba Ci się? To sobie to zdrap..."

Witajcie. Na początku powiem Wam, że chciałam tę notkę napisać już wczoraj. Jednak gdy jadę do Pz, to mam praktycznie cały dzień wyjęty z życia - rano pakowanie, potem podróż i wieczorem padam na twarz. Dodatkowo wczorajszego wieczoru odwiedził mnie B., a gdy już pojechał, to zaczęło odzywać się moje sumienie, które apelowało o powtórkę chociażby części materiału do kolokwium. Tak więc uległam i przeczytałam notatki z zeszytu dla świętego spokoju, po czym poszłam się szykować do snu. Dziś znów piszę dopiero teraz, gdyż na zajęciach dowiedziałam się, że za tydzień mam zaliczenie z mojej UKOCHANEJ socjologii + dwa projekty do oddania - więc wzięłam się za czytanie książki, a raczej za usypianie nad nią.
Ostatnio obiecałam Wam, że kolejna notka będzie o moim rysowaniu. Obiecałam, że się przełamię i pokażę co nieco, mimo ogromnego lęku przed ujawnieniem kartki pomazanej ołówkiem. Za to, że piszę ten post, ogromne podziękowania należą się Inochi, która wlała w me serducho nieco więcej pewności siebie i częściowo dzięki niej nie zwiałam stąd w obawie przed publikacją swoich rysunków.
No cóż, słowo się rzekło - rysunek widoczny tak więc czas na przybliżenie Wam jego historii.
Na początku miałam przed sobą pustą kartkę - pustą jak wizja w mojej głowie. Wiedziałam tylko jedno - chcę narysować dziewczynę, stojącą tyłem (nie miałam ochoty na zabawy z twarzą, nie miałam w głowie żadnego wyrazu twarzy, który chciałabym przedstawić). Tak więc zaczęłam od włosów - uwielbiam rysować włosy. Najbardziej długie i proste - jakich zapewne w swoim życiu nie uraczę.
Okej, głowa jest, włosy są. No wypadało by panienkę w coś ubrać. Z górą nie miałam problemu, jednak po zarysowaniu tyłeczka zaczęłam się zastanawiać - spodnie czy spódniczka? Padło na spódniczkę - drogą eliminacji (nie chciało mi się bawić z detalami spodni - jakoś strasznie leniwa byłam tego dnia!).
Gdy dziewczę stało już po środku niczego - zadałam sobie pytanie: gdzie ona właściwie jest? - tego jeszcze nie wiedziałam, ale wiedziałam jedno - chcę by to była noc! Narysowałam księżyc, który wdziera się na kartkę swoim skrawkiem, przywłaszczając sobie lewy narożnik. Później do głowy wpadła mi kolejna myśl - fajnie byłoby gdyby, księżyc odbijał się w tafli wody - tak też powstało jezioro obrośnięte lasem i ogrodzone przez wzgórza. Po lekkim zapełnieniu krajobrazu wróciłam do postaci stojącej w centrum - chciałam nadać jej coś, co sprawi, że nie będzie po prostu dziewczyną. Pomyślałam o cieniu, lecz do tego potrzebne światło - postawiłam lampę (w domyśle jest ich więcej, stąd nachylenie cienia w przód). Mogłam "użyć" światła księżyca - pewnie powie ktoś z Was, ale... jakoś nie pasował mi on po prawej stronie, wolałam lewą. Tak też postawiłam lampę (którą skaner mi obciął, tak, że widać tylko klosz...) i nagle padł cień, lecz nie zwykły. W zamyśle miał przedstawiać anioła - nie wiem czy to widzicie.
W końcu podkolorowałam trawę, wodę i niebo. Dodałam kamyki, trzcinę i wzięłam się za doskonalenie wzgórza. Żeby nie było nudno zrobiłam jaskinię - w końcu to dziewczę na coś spogląda. Po chwili jednak naszła mnie myśl - sama jaskinia, to za mało! Na drugim brzegu stanął  KTOŚ, jednak nadal wydawał mi się zbyt ZWYKŁY - dwie kreseczki i mamy diabełka.
Końcowe poprawki i wszystko.
Dodam, że rysunek powstawał przy piosence Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości. 

Chyba nic więcej nie dodam - jak to mówią, pasja obroni się sama. ;)
Pozdrawiam i do następnego!

piątek, 9 stycznia 2015

111. Zadbaj o siebie - część czwarta.

Witajcie. Czuję się jakby deszcz za oknem dosłownie wgniatał mnie w łóżko. Nie dość, że ulewa za oknem mnie dobija, to jeszcze B. zawraca mi tyłek pytaniami o przyszłość - yhh, się mu zebrało, nie ma co. Jakby jeszcze było mi mało, to panowie z energetyki urządzają dyskotekę, co chwilę mrugając prądem. Ale to nic nowego, przy silnym wietrze nie raz już nie miałam prądu. Piszę więc do Was, póki mam prąd, a co za tym idzie - Internet! <3 Co do szkoły, to myślę, iż powtórzenie całego materiału trzy razy w zupełności mi wystarczy, więc - skończyłam, nie chce mi się więcej. Może ewentualnie w niedzielę powtórzę jeszcze najważniejsze zagadnienia.
Na poprawę humoru, który w skali beznadziejności opada mi coraz niżej - zwłaszcza, gdy patrzę przez okno, przejdźmy do wyzwania.

Piątek, 2. stycznia. - Czytaj książkę.

Książki czytam zazwyczaj w pociągu - w końcu coś trzeba robić przez tą godzinę. Oczywiście też zdarza mi się spać, ale gdy nie mam miejsca przy oknie i siedzę z brzegu, to ze spaniem trochę lipa. Wówczas na ratunek przychodzi mi książka. Pisałam Wam jakiś czas temu, że męczę już jedną pozycję bardzo długo. Otóż ostatnio w ramach wyzwania poświęciłam jej godzinę czasu - jest to "Pamiętnik narkomanki" Barbary Rosiek. Mam wrażenie, że chyba każdy zna tą pozycję przynajmniej ze słyszenia. Dla tych, którzy spotykają się właśnie z tym tytułem po raz pierwszy, powiem, że jest to autentyczny pamiętnik autorki, która wyszła z uzależnienia - czy jednak można wyjść z uzależnienia całkowicie? O tym właśnie pisze autorka.
Powiem Wam, że w książce bardziej fascynowały mnie początki - czyli jak to się zaczęło, jak ćpała, nawiązywała nowe znajomości, staczała się coraz niżej patrząc na śmierć kolejnych współtowarzyszy, początek odwyku. Jednak w pewnym momencie książka zaczyna mnie nudzić, a autorka wręcz drażnić - ciągłym użalaniem się nad sobą, powtarzaniem, że nikt jej nie rozumie i nie robieniem niczego, by to zmienić. Na szczęście pod koniec książka znów staje się nieco ciekawsza, więc zakończenie idzie nawet lekko. Jeśli wyrazicie taką chęć, jestem w stanie napisać dla Was bardziej szczegółową recenzję tej pozycji - także w razie coś, napiszcie.

Sobota, 3.styczeń - Zapal świeczkę.


Zdjęcie robione w PEŁNYM ŚWIETLE - w trybie
 światło świec.
Po co zapalać jedną świeczkę, skoro można zapalić cztery świeczki? Powiem Wam, że ogień z palących się świeczek zawsze mnie fascynował. Do dziś potrafię siedzieć i gapić się w ten płomień - bez żadnego celu. Jakoś mnie to uspakaja. Wiecie, jak byłam dzieciakiem, to w pewnym momencie zaczęłam kupować sobie książki i gazety z serii Witch - czarodziejki (zawsze takie rzeczy mnie fascynowały i zawsze chciałam mieć jakąś moc :D). Pamiętam, że w jednej z gazet był test - który żywioł jest Twoim żywiołem, no i właśnie wtedy wyszło mi, że ogień - ale byłam zła! Wiecie dlaczego? Ponieważ za ogień była odpowiedzialna najbrzydsza z dziewczyn. xD No ale teraz, z perspektywy czasu stwierdzam, że chyba coś w tym jest, skoro zapalone świece tak mnie fascynują. :P


Niedziela, 4. styczeń - Pobaw się aparatem.

Nawet nie wiecie ile radości sprawiło mi to wyzwanie. Przypomniałam sobie dawne czasy, kiedy to bez aparatu nie wychodziłam z domu i robiłam zdjęcia dosłownie wszystkiemu. Uwielbiałam to i nadal uwielbiam - jak się po tej zabawie okazało. Swego czasu, oczywiście w gimnazjum, głównym obiektem moich fotografii byłam ja, no bo jakże inaczej. xD Jednak później, z czasem zaczęłam robić zdjęcia przedmiotom na pozór zwykłym, a jednak w moim mniemaniu mającym w sobie to coś - pamiętam zdziwienie mojej mamy, po co ja robię takie zdjęcia?! (za grosz poczucia artyzmu! Pamiętacie akcje z drzwiami? :P) Trochę żałuję, że to zostawiłam, może dziś wychodziłyby mi całkiem niezłe ujęcia. Tak czy siak - dzięki zabawie aparatem odkryłam, że ma on opcje uwzględniania na zdjęciu tylko jednego koloru, czego efekt widzicie obok.
Wiecie, jednak aparat, to aparat i w moim mniemaniu żaden, nawet najlepszy smartfon go nie przebije - mimo, że mój telefon ma osiem trybów robienia zdjęć plus osiemnaście trybów wyboru scenerii (w tym - "z ręki o zmroku" o.O) to mimo wszystko nigdy nie uznam go za lepszego fotografa niż mój kilkuletni aparat.
Z racji tego, iż tak lubię robić "zwykłe niezwykłe" zdjęcia postanowiłam założyć instagrama. Ale nie dla znajomych, tak dla siebie i też dla Was. Tak żeby moja radosna twórczość nie ginęła w przestrzeni karty sd. Jeśli macie też swoje profile - zostawcie mi nazwy w komentarzach, a chętnie pooglądam, co tam focicie. :)

Poniedziałek, 5. styczeń - Dzień z niemieckim.

Jak pewnie większość z Was wie - jestem zgermanizowana do szpiku kości. xD Kocham niemieckie słodycze, niemiecką muzykę, niemieckie filmy i język niemiecki. Niestety swoją przygodę z tym językiem skończyłam w poprzednim semestrze, tak więc muszę się przyznać bez bicia, iż trochę go zaniedbałam. Z racji tego, postanowiłam, że w ramach wyzwania, będę przez cały dzień opisywać wykonywane przez siebie czynności właśnie w języku niemieckim (taki mi się przypomniało teraz, że przed maturą z niemieckiego właśnie, poszłam z przerażoną miną do koleżanki i oznajmiłam jej w drzwiach "Ich denke auf Deutsh!" - myślę po niemiecku)
Tak więc moi mili, pozwólcie, iż Was trochę poterroryzuję XD
So... Am Montag habe ich Rechnungswessen gelernt. Es dauerte etwa 5. Stunden. Inzwischen habe ich ein Coffee getrunken und viele Schokoladen gegessen. Dann habe ich Ihren Blogs gelesen und habe ich ein paar Komentare geschrieben. Hmm... Am Abends z.B. habe ich vier Episoden One Tree Hill gesehen.
Taka skrócona wersja w ramach powtórki - jak ktoś zauważył, lub nie - uwielbiam pisać zdania w Perfekcie. Partizip II nigdy mnie do siebie nie przekonał. :P

Wtorek, 6. styczeń - Peeling twarzy.

Wreszcie coś kosmetycznego, nie? Więc tak - na co dzień używam delikatnego peelingu, różnych firm - czyli co akurat jest w promocji. :P Jednak od czasu do czasu, np. raz lub dwa razy na miesiąc przemywam twarz czymś ostrzejszym, czyli peelingiem do ciała. Obecnie jestem w posiadaniu peelingu z AVONu. Mimo, iż do najtańszych nie należał, to powalił mnie swoim zapachem i zamówiłam go od razu, gdy tylko pojawił się w katalogu - miał być to intensywny zapach czekolady. A co z tego wyszło? No powiem Wam, że zapach nieco się różni, od tego prezentowanego w katalogu. Mianowicie peeling nie pachnie czekoladą, a karmelem - dokładniej, mi ten zapach jednoznacznie przypomina karmelową krówkę. Mimo, iż nie tego się spodziewałam, to i tak jestem bardzo zadowolona. :)
Co do twarzy, to po tym peelingu była bardzo gładka - zupełnie jak po jakiejś maseczce oczyszczającej. Nawet mój nieszczęsny nos był dogłębnie oczyszczony. Trochę się bałam, że przy peelingu o tak intensywnym zapachu, nastąpi jakieś podrażnienie na mojej twarzy, ale nic takiego nie miało miejsca. Także, wszystko elegancko.

Środa, 7. styczeń - Narysuj coś.

Ho, ho! I tu mnie macie. Pamiętam jak jakiś czas temu wyrzekałam się jakiejkolwiek publikacji moich prac. Wyzwanie jednak, to wyzwanie. Wzięłam więc kartkę, ołówek i zaczęłam rysować. Powiem Wam, że poszło mi nawet sprawnie, bo zarysowałam całą kartkę w nieco ponad godzinę. Po skończeniu jednak doszłam do wniosku, że nie pokażę Wam mojego obrazka tutaj, a przedstawię go w kolejnym poście razem z opisem, w jaki sposób powstawał - ale nie będzie o opis techniczny, a opis procesów rodzących się w mojej głowie, bo wiecie - ja zawsze zaczynam z pustką w głowie, a co z tego wychodzi..?
Jednak żeby nie było Wam smutno - dodaję zdjęcie mojego bazgroła stworzonego na "fascynującym" wykładzie z socjologii. Jedyny plus tego przedmiotu - rozwijam się artystycznie. :P (byście widzieli tą fascynację moją osobą, gdy ktoś się odwracał - inni padają z nudów, a ja rysuję, nawet szybko minął mi ten wykład. xD).



Wsio na dziś. A na koniec chciałam tylko powiedzieć, że wtyczka z fb nie działa, bo zrobiłam ją na zaś - w razie mi się zachce prowadzić fanpejdż. xD
Czy u Was też tak wieje?! Pozdrawiam i trzymajcie się ciepło! :*

wtorek, 6 stycznia 2015

110. Trening pozytywnych myśli, czyli dlaczego grudzień był dobry.

Witajcie! Na wstępie muszę Wam się przyznać, że spóźniłam się z tym postem - bo powinien być napisany wczoraj. Pomimo tego, że mam wolne do poniedziałku, posypała mi się trochę organizacja wolnego czasu. Głównym powodem tego jest fakt, że zza rogu wychyla się zaawansowana rachunkowość finansowa (spokojnie, wiem że słowo zaawansowana może przerażać, ale nie jest tak źle :P), która przypomina mi, iż w poniedziałek własnie mam zaliczenie z całego semestru - SUODKO <3
 Szczerze? Myślałam, że tych materiałów jest mniej - ale tak to jest jak się ciągle kseruje po kilka kartek przed zajęciami. Fakt, faktem trochę mi się tego nazbierało. Całe szczęście, nieświadoma wówczas ogromu notatek, zaczęłam się uczyć już w sobotę. Uwaga - wczoraj dopiero skończyłam to ogarniać. Ale żeby nie było za pięknie, muszę zrobić jeszcze trzy strony zadań - też na poniedziałek. A potem będę powtarzać... Plusem całej sytuacji jest to, że od dwóch dni świeci piękne słońce (które odbijając się od śniegu, rano prawie wypaliło mi oczy) i daje mi to jakąś tam energię do działania.
Odczuwam również nieodpartą chęć napisania tego: zaczęło się! Tak, zaczął się okres, w którym czytam więcej rzeczy, niż w ciągu poprzednich kilku miesięcy razem wziętych. Całe szczęście, z tego co liczyłam, w tej sesji czekają mnie jeszcze tylko 4 zaliczenia i dwa projekty. Byle do lutego... 

Zapominając na chwilę o pracowitym okresie, który mnie czeka z przyjemnością powspominam okres błogiego lenistwa - grudzień. 

Grudzień był dobry, ponieważ...

Tak jak napisałam wyżej, grudzień był dla mnie okresem błogiego lenistwa i totalnego nieróbstwa jeśli chodzi o uczelnie. Na samym początku miałam jedno kolokwium, a później już do samych świąt moim jedynym obowiązkiem było ogarnianie kontraktu z promotorem (który ogólnie też jest nieźle pokręcony z terminami). 
tumblr

Grudzień jest dla mnie również magicznym czasem, ponieważ z jego początkiem zabłysnęły poznańskie galerie, a ja po prostu uwielbiam światełka, czerwony kolor i świąteczne piosenki. Także co roku, z początkiem grudnia oczy mi świecą jak te lampki choinkowe z zachwytu! 

W grudniu również spadł pierwszy śnieg - jak małe dziecko cieszę się na śnieg. Niestety szybko się stopił, jednak w święta posypało znów (z małym opóźnieniem, ale zawsze) i jest biało do dziś (z kilkudniową przerwą na deszcz). 

Wspominałam już o tym w którymś poście - w grudniu mój brat miał urodziny. Był tort, goście, prezenty, dużo śmiechu i pogaduchy. A po wszystkim padłam na twarz, jednak uwielbiam rodzinne imprezy. 

W grudniu też zostałam pierwszy raz sama z moim półrocznym chrześniakiem na cały dzień. Trochę się bałam, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że było to świetne doświadczenie. Dodało mi pewności siebie i pewne przekonanie, iż W RAZIE CZEGO poradzę sobie z mały dzieckiem. :)

Święta, święta! Lubię święta i z tego powodu, od pewnego momentu, każdego roku czekam już na ten grudzień z utęsknieniem. Te przygotowania, bieganie za prezentami, przystrajanie choinki i dobre jedzenie - jestem na tak! A tym, którzy mówią, że święta są sztuczne - współczuję, bo moje nie są. :) 

No i jak to mówią, najlepsze na koniec. W grudniu spędziłam z B. ponad tydzień bez przerwy. Oglądanie filmów, dobre jedzenie, układanie puzzli i po prostu ta nieustanna obecność. <3 

Z tych oto powodów uważam właśnie, że grudzień był dla mnie dobrym miesiącem. Myślę, że dla każdego z Was był - wystarczy jedynie poszperać i wyciągnąć jakieś, nawet najdrobniejsze, dobre wspomnienia na wierzch.
 Dziękuję kochanej Lusi za wymyślenie Treningu pozytywnych myśli, a Was pytam: co dobrego spotkało Ciebie w grudniu? (nie przyjmuję odpowiedzi, że nic!) 

Pozdrawiam! 

sobota, 3 stycznia 2015

109. Podróż w czasie - dwanaście miesięcy do tyłu.

Witajcie. Dziś zabiorę Was w nieco sentymentalną podróż wstecz, zaczynającą się na początku roku 2014. Chciałabym nie tyle powspominać, co podsumować mój pierwszy rok na bloggerze. Ale o tym za chwilę. Najpierw małe sprawozdanie z Sylwestra.
Otóż wyszło tak, że koniec końców nie chciało mi się ruszyć nigdzie tyłka i zostaliśmy w domu. Najpierw przygotowałam kilogram frytek (proszę nie liczyć kalorii), a później upijałam się martini grając przy okazji w chińczyka i oglądając sylwestrowe zabawy w telewizji. O północy oglądaliśmy fajerwerki, jednak tylko te wystrzeliwane przez sąsiadów, ponieważ tak jak rok temu - w sylwestra zaatakowała nas mgła i nic dalszego widać nie było.
O której poszłam spać - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że gdy zaczęło mi się robić niedobrze stwierdziłam, że pójdę wziąć prysznic i otrzeźwieję (wiem co mówię, nie raz trzeźwiałam leżąc w wannie - woda pomaga xD). Drugim aspektem skłaniającym mnie do wzięcia prysznica w stanie półprzytomności był fakt, że zaszalałam z różowymi włosami (zastosowałam wygraną kredę koloryzującą) i nie chciałam pofarbować całej pościeli na różowo. Najlepiej na różowe włosy zareagowała moja mama stwierdzając, że dobrze mi w takim kolorze i powinnam zrobić sobie tak na stałe. xD (fajną mam mamę, nie? Sama namawia mnie na noszenie różowych włosów xD)
W Nowy rok obudziłam się koło 14. z Saharą w ustach i resztę dnia przeleżałam oglądając TV lub filmy na laptopie. Tak mi minął pierwszy dzień nowego roku. :P
Tyle z teraźniejszości. Teraz cofnijmy się o rok wstecz.

Rok 2014

Styczeń,
tumblr
Założyłam bloga i postanowiłam rozpocząć swoją przygodę z tym światem. Pamiętam jak wyobrażałam sobie siebie na samym początku. Miałam wrażenie, że stoję w progu ogromnego zamczyska, którego drzwi przewyższają mnie dziesięciokrotnie. Stoję i sama do końca nie wiem, w którą stronę iść. Po zamku przemykają doświadczeni już blogerzy, mający tak wielu czytelników. Jejku jak ja im wtedy zazdrościłam. Zastanawiałam się czy sobie poradzę, czy wytrwam do przyszłego roku? Czy kiedyś będę miała równie wspaniałych czytelników? Otóż jak widać wytrwałam, a moich czytelników mogę określić mianem jeszcze wspanialszych!
Styczeń był również czasem sesji, tak więc zakuwałam ostro do egzaminu.

Luty, 
Luty przywitał mnie egzaminem semestralnym i popełnianiem błędów, które kusiły swoim smakiem, do ponownego ich popełnienia. Na szczęście oparłam się. Jeśli chodzi o bloga, to powoli się rozkręcałam, czepiałam się słówek i walczyłam z ich komercyjnymi znaczeniami - kogo tak na prawdę nazywamy PRZYJACIELEM i dlaczego nadużywamy słowa KOCHAM odbierając mu ten magiczny sens.

Marzec,
Marzec chyba spokojnie mogę nazwać czasem moich życiowych rozterek. Borykałam się nadal z per "Błędem" przez co wiele notek miało dość filozoficzny wydźwięk. Poza tym w marcu poszłam z B. na targi pracy i wyszłam obładowana darmówkami tak bardzo, że myślałam, iż nie będzie mi dane dojść do mieszkania. xD Jednogłośnie stwierdziliśmy, że następnym razem idziemy z walizką!

Kwiecień,
W kwietniu natomiast zaczął się projekt międzynarodowy Interculture 2.0. - najwspanialsza rzecz jaka mnie spotkała na uczelni. Konferencje międzynarodowe prowadzone w języku niemieckim ze studentami z Hiszpanii, Danii i Chorwacji. Musieliśmy prowadzić firmę zawiązując spółkę z jednym z zespołów. Poza spółką nawiązaliśmy wspaniałe znajomości i mam wrażenie, że osłuchałam się z językiem niemieckim jak nigdzie. To co początkowo sprawiało problemy - rozumienie kogoś mówiącego po drugiej stronie monitora, na końcu stało się automatyczne. Jednym uchem słuchałam, drugim notowałam coś innego. Tam też dodatkowo poznałam A. i nacieszyłam oczy jego widokiem. :P
 Kwiecień był również miesiącem w którym kładłam ogromny nacisk na pewność siebie - chyba za sprawą wiosennego powera. :)

Maj, 
Jeśli chodzi o bloga, to maj okazał się najbardziej płodnym miesiącem - aż 13 postów! Uważam też, że właśnie wtedy poruszałam najlepsze tematy. Jakoś tak jest, że gdy zbliża się lato mam wiele energii i zapału do działania, co przejawiało się sporą ilością postów. Właśnie w maju rzuciłam hejt przeciwko Facebookowi, który okazał się jednym z najczęściej czytanych postów.

Czerwiec,
google
Czym byłby mój czerwiec bez mistrzostw świata w Brazylii?? Ludu, ja odliczałam dni do pierwszego gwizdka! Tak też 12. czerwca rozpoczął się dla mnie okres półtoramiesięcznej piłkarskiej rozpusty. Każdego dnia mecze, aż trzy dziennie. Coś pięknego. Pamiętam, że w międzyczasie robiłam dość duży projekt z analizy finansowej - oczywiście przy włączonym telewizorze (co nie zmieniło faktu, że na końcu miałam ochotę wymiotować na widok sprawozdań finansowych i ich obszernych tabelek). Czerwiec to również egzamin semestralny i koniec roku akademickiego - także luz, blues i orzeszki!

Lipiec,
No niestety nie mogłam napisać, że wraz z czerwcem nadeszły moje wakacje. Od pierwszego lipca chodziłam na praktyki w biurze rachunkowym. Jestem strasznie niezadowolona z tego okresu, ponieważ w najcieplejszych momentach tego lata, ja byłam zamknięta w nieklimatyzowanym pomieszczeniu i jedynym ratunkiem była lodowata woda z automatu (po prostu się rozpływałam). Plusem lipca był finał mundialu i zwycięstwo drużyny, której kibicowałam od początku (zapamiętajcie - gdy Polacy nie grają, ja zawsze kibicuję Niemcom! xD). Mimo wszystko jednak uważam, że najlepszym meczem tych mistrzostw był mecz półfinałowy Niemcy-Brazylia zakończony wynikiem 7:1 - coś pięknego. Dodatkowo podczas przerwy w tym meczu zagłosowałam na Esce i już na drugi dzień wygrałam bilety na EMA! Podsumowując więc lipiec nie był aż taki zły, mimo iż na blogu pojawiło się tylko pięć postów.

Sierpień,
Jak zwykle pod samą sceną - innego miejsca na koncercie
 nie uznaję. xD
W sierpniu najbardziej wyczekiwaną przeze mnie datą był koniec praktyk. Mimo iż lubiłam tą firmę i pracujących tam ludzi (poza jedną zołzą, którą znielubiłam od pierwszego wejrzenia). Miałam jednak zakodowane, że zaraz po zakończeniu jedziemy na wakacje! Tak też w sierpniu odwiedziłam polską IBIZĘ pijąc najlepsze mojito na świecie i grając na automatach. Niestety na plaży się nie wyleżałam, bo prawie codziennie padało. Po tygodniu pojechałam jednak do Szczecina na EMA - dobra zabawa wynagrodziła mi kiepską pogodę, a po koncercie znów wylądowałam nad morzem. Według postów, w sierpniu cierpiałam również na przypływ weny twórczej i zaczęłam pisać dwie książki, które do dziś "leżą" porzucone, bo nadmiar weny nagle się skończył i nastąpił wręcz jej niedobór. Ale spokojnie, kiedyś je skończę. Kiedyś.


Wrzesień,
Wrzesień rozpoczęłam w Warszawie. Strasznie ciągnie mnie do dużych miast, wielkich oświetlonych budynków, myślę więc, że Warszawa to dobry starter. Cudownie było oglądać miasto nocą z trzydziestego piętra. Byłam w tylu miejscach i ciągle było mi mało, ciągle chciałam więcej. Wiem na pewno, że do Warszawy wrócę.
We wrześniu również borykałam się z mieszkaniem - jak zwykle szukałam w totalnym chaosie, na szczęście JAK ZWYKLE udało się znaleźć coś przyzwoitego.
Sporą dawkę adrenaliny w tym miesiącu dostarczyli nam siatkarze zdobywając mistrzostwo świata. Jestem z chłopaków niesamowicie dumna i nadal pamiętam te emocje podczas meczów - uwielbiam ten stan, gdy serce łomocze jak szalone, mimo iż "spokojnie" siedzisz.
Wrzesień kończył się niestety jednym wielkim minusem, ponieważ w tym roku rozpoczynałam zajęcia już pod koniec tego miesiąca.

Październik,
O tym znaku pisałam właśnie jakiś czas temu. Wiecie, że
można go licytować na WOŚP? :D (google)
Ten miesiąc mogę opisać krótko - szkoła, szkoła, szkoła. Zaczęło się i tyle. Krótkim przerywnikiem w tej monotonii były mecze eliminacyjne Polaków w piłce nożnej (taaak, znów o tym nawijam). Dokładnie 11. października Polska zwyciężyła z Niemcami i to 2:0! Myślałam, że się popłaczę, coś pięknego, co będziemy zapewne wspominać przez kolejne 40 lat. W tym miesiącu dowiedziałam się również, że moja niedoszła szwagierka jest w ciąży i ,że już się jej raczej nie pozbędę. No cóż, takie życie, może kiedyś się zaprzyjaźnimy. Póki co upajam się widokiem, jak jej dupa rośnie... (si, jestem wredna)

Listopad,
Ten miesiąc przywitał nas niezapowiedzianym kopniakiem w najczulszy punkt. Odebrał nam Kordiana, zostawiając morze łez i dziesiątki pytań bez odpowiedzi. Chociaż pewnie nie pogodzimy się z tym nigdy, po czasie jakoś łatwiej spojrzeć na to, co się stało. Listopad to także pierwsze mrozy i oczekiwanie na święta.

Grudzień,
To w sumie najbliższa przeszłość i nie mam za wiele do wspominania. Ten miesiąc był bogaty w chwile z rodziną, poszukiwanie prezentów, przystrajanie domu - ogólnie cały miesiąc kręcił mi się wokół świąt. Wspominam go dość spokojnie i rodzinnie.

Tak więc podsumowałam miniony rok. Mój pierwszy rok spędzony tutaj - z Wami. Niektórzy są ze mną od początku tej drogi, inni dołączali w trakcie. Najważniejsze, że jesteście. Blog wniósł w moje życie wiele nowych znajomości, otworzył mi oczy na pewne sprawy. Dzięki blogowemu światu mogę spojrzeć nieco inaczej na rzeczy pozornie błahe. Dzięki temu, że rok temu postanowiłam stworzyć swoje miejsce w sieci, mogłam przez ten rok być z Wami w chwilach radości oraz wspierać Was w walce z problemami - z wzajemnością. Nie żałuję ani sekundy poświęconej blogowi i Wam, mogę żałować jedynie tego, że tak późno zaczęłam i dopiero teraz było mi dane Was poznać.
Jak Nowy Rok, to i postanowienia? Rok temu postanowiłam, że chcę wytrwać w blogowaniu i znaleźć się tu za rok. Tak też w tym roku:

Chcę prowadzić bloga kolejny rok i w przyszłym roku być tu nadal z Wami.

Dodatkowo:
Napiszę w ciągu roku 108 (lub więcej) postów.
Znajdę pracę w zawodzie (zaraz po tym jak obronię się na pięć xD).
Pojadę 11. października na mecz Polska-Irlandia na narodowym <3
Każdego dnia będę się uśmiechać i iść przed siebie z przekonaniem, że to będzie dobry dzień!

Więcej postanowień nie mam, jak mi się coś ubzdura - to się za to wezmę nawet i w środku roku, bo jak to wiele z Was pisało - nie potrzeba specjalnej daty, by sobie coś postanowić. :)

Jak zaczął się dla Was ten nowy, 2015 rok? Spisaliście listę postanowień? :)
Pozdrawiam i duuuużo uśmiechu w nowym roku!