piątek, 7 listopada 2014

96. Tytuł jest dziś zbędny.

Witajcie. Możecie mnie uznać za totalną wariatkę, możecie patrzeć jak na porąbańca. Trudno. Jednak nigdy więcej nie dam sobie wmówić, że każde zdarzenie, każda chwila w naszym życiu biegnie swoim torem i nic ich nie łączy. Wszystko się łączy, wszystko coś znaczy.
Ktoś, kogo już z nami nie ma, wiele razy powtarzał mi, że rzeczy dzieją się po to, by coś wnieść do naszego życia, byśmy coś zrozumieli. Miał rację, szkoda, że dotarło to do mnie dopiero we wtorek. Tak, we wtorek... Bo we wtorek to wszystko się zaczęło.
Wieczór, siedziałam z "przyjaciółmi". Wszystko było okej, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Zwykły wieczór z paczką znajomych. Aż nagle, w pewnym momencie coś mnie tknęło, cały dobry nastrój uleciał i poczułam, że MUSZĘ iść do mieszkania. MUSZĘ. Po prostu wstałam, powiedziałam, że źle się czuję i poszłam. Nic się nie działo. Po drodze, spotkałam w tramwaju M., który to opowiadał mi o swoim kacu moralnym przez którego został zmuszony do skserowania książki z msg.
- Dziesięć złotych wydałem na książkę, a nie na piwo! Czaisz to?? Co się ze mną dzieje?! - śmiał się sam z siebie. Ogólnie było miło, a ludzie w tramwaju gapili się na nas, jak na wariatów - jak zwykle (tematy rozmów mamy zawsze niebanalne - jak B. ma w zwyczaju to określać "poziom absurdu przekracza wszelkie granice").
Wróciłam do mieszkania, wstępując po drodze do osiedlowego marketu. Zaopatrzyłam się w typowo studencką kolację - jakieś danie w pięć minut nafaszerowane emulgatorami (aż szok, że nocą nie świeciłam w ciemności). Wracając już do samego mieszkania zaczęłam myśleć o A. i o słowach Kordiana - o tym, że każdy człowiek ma coś wnieść do naszego życia, że przez jego obecność mamy coś zrozumieć. Zaczęłam uporczywie rozmyślać o wszystkich, który w moim życiu pojawili się epizodycznie, którzy stali się częścią mojego życia na chwilę, chociaż gościli w nim bardzo intensywnie. Wyciągnęłam parę wniosków i przeszłam dalej do codzienności.
Kolejnego dnia, a była to środa - wiedziałam, że nie będzie to dobry dzień. Czułam się fatalnie od samego rana. Podkrążone oczy tłumaczyłam sobie dużym ubytkiem krwi. Na zajęciach jakoś wysiedziałam. Chociaż w sumie nic mi nie było. Po prostu byłam strasznie osłabiona. Nie mówiąc nic B. przesiedziałam grzecznie całe msg, aż po zajęciach prawie wylądowałam na krzesłach przede mną potykając się o własne nogi, co krótko skomentowałam:
- Umrę dziś, zabijając się o własne nogi! - co B. odebrał ze śmiechem, po czym zaczęliśmy żartować, że musi mi przynieść znicz z Jamesem Rodrigezem. (mamy specyficzne poczucie humoru)
W mieszkaniu musiałam się położyć, dawno się tak kiepsko i słabo nie czułam. nawet po wypiciu kawy chodziłam na zombie - nawet boję się pomyśleć, jak bym "funkcjonowała" bez niej. Postanowiłam wrócić do domu. Spakowałam się, jednak już w oczekiwaniu na autobus wiedziałam, że to zły pomysł. Czułam się tragicznie, chwała, że nie padłam i nikt nie musiał mnie zbierać. Całą podróż w pociągu przespałam (mimo iż dwie godziny wcześniej wypiłam ogromną kawę).
Wychodząc z pociągu na peronie zobaczyłam moją mamę, która krótko i na temat skomentowała, że wyglądam dziś jak (uwaga cytuję) Z KRZYŻA ZDJĘTA - dobry komplement zawsze spoko, ale faktycznie tak się czułam. Moja mama stwierdziła, że to przez pełnię i że sama czuje się kiepsko. Dodała również (sama nie wiem czemu), że podczas pełni nie zaleca się wykonywania jakichkolwiek operacji, bo często są komplikacje - po czym skomentowała, że to głupoty, ale jednak coś w tym jest. (słyszeliście o tym wcześniej?)
 Przespałam całe popołudnie, przez co w nocy rzucałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. I właśnie w nocy, leżąc - być może na pół przytomna, usłyszałam w pewnym momencie męski głos. Wystraszyłam się, bo nie znałam tego głosu, nie kojarzył mi się z nikim. Nawet nie wiem co konkretnie powiedział, coś krótkiego. Być może jedno słowo. Myślałam nawet, że ktoś włamał się do domu, ale... pies nie szczekał, w całym domu cisza. Zasnęłam.
Dziś przeczytałam coś czego na prawdę nie chciałam dzisiejszego dnia widzieć. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Nadal nie mogę uwierzyć, że odszedł ktoś tak wyjątkowy i tak nam tutaj wszystkim potrzebny, bliski... Teraz sami pomyślcie, co mogłam sobie pomyśleć na temat tego głosu...
Być może mój mózg ma jakiś dar wyłapywania najbardziej trafnych momentów mojego życia i zlepiania ich co do okoliczności, okej jeśli ktoś tak uważa - dobrze. Ale ja wiem, że całą sobą czułam wczorajszego dnia, iż COŚ SIĘ DZIEJE.
tumblr
(mam nadzieję, że mój tekst i moje przemyślenia nikogo nie uraziły. Po prostu jestem człowiekiem, który odreagowuje mówiąc, rozmawiając, a w tym przypadku - pisząc. Nie potrafię siedzieć cicho i wylewać łez w poduszkę... Ja nie z tych co płaczą...).
Ściskam Was wszystkich bardzo mocno!

42 komentarze:

  1. Lekarstwem na nasze zmartwienia, a przede wszystkim gdy ktoś bliski odchodzi to nieśmiertelność. Szkoda, że jeszcze nie wymyślono takiego lekarstwa, ułatwiło by to życie wielu ludziom by mogli żyć ze sobą, ale taka jest kolej rzeczy. Rodzimy się by umierać ( i w tym momencie myślisz "Boże Marta... Ty na prawdę nie umiesz podnieść człowieka na duchu..) . Jedyną nadzieją jest to, że ludzie którzy odeszli są teraz w raju Boga :)
    Buuziaaki!! :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak,szkoda... Chociaż On by się z tym nie zgodził. Powiedziałby, że śmierć jest potrzebna i na pewno jakoś mądrze by to uzasadnił... Ja jednak nie potrafię się z Jego odejściem pogodzić, jeszcze nie... I nie wiem czy kiedykolwiek...
      :*

      Usuń
  2. Nie napiszę nic mądrego, nie jestem w stanie...
    Siedzę i wyję, szlocham...
    Wchodzę na Jego bloga i za każdym razem mam nadzieję, że zobaczę tam Jego długi post, mądry i przemyślany. Zawsze Mu pisałam, że Jego słowa dają do myślenia...
    Nie wierzę, po prostu w to nie wierzę ;(
    Mam tylko ogromną nadzieję, że jest z Mamą, że jest szczęśliwy, że nie cierpi...
    Zostawił nas, ale my musimy żyć dalej...
    Przytulam Cię mocno :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wchodzę i czekam, sama nie wiem na co... Po prostu dobrze mi tam.
      Na pewno zerka na nas z góry i denerwuje się, że za Nim płaczemy, zamiast śpiewać - tak jak chciał. Ale spokojnie, jeszcze mu zaśpiewamy...
      Dziękuję, teraz to bardzo potrzebne. :*

      Usuń
  3. Niektórych rzeczy nie da się zrozumieć... zrobiłam sobie przerwę od bloga, by nabrać sił... on napisał, że będzie czekać, aż wrócę, a wczoraj...
    To wszystko sprawia, że tym trudniej jest mi wrócić na mojego bloga. Ale, chociaż sama tonę we łzach i nawet przed chwilą "wybuchłam" płaczem przy dzieciach, którymi się opiekuję... nie chcę skupiać się na tym swoim "nieszczęściu". Jesteśmy rodziną - rodziną blogerów. Cierpimy razem, ale też wspieramy się razem. Bo my wiemy... wiemy, jakim cudownym człowiekiem był Kordian. Jakie piękne było jego serce, jakim cudownym był przyjacielem... przyjdzie czas, że miną łzy... minie smutek... będziemy go mogli wspominać ze szczerym uśmiechem na ustach, ciepłem w sercach... A tymczasem... mogę tylko napisać, że jestem z Tobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te piękne słowa o Nim. Mimo wszystko, to pomaga, ta myśl, że nie jesteśmy sami - mamy siebie.

      Usuń
  4. może to śmieszne ale mam podobny stan obecnie :/ jestem na pierwszym roku studiów ale ten tydzień był dla mnie fatalny, w poniedziałek to ja wyszłam z imprezy i do dzisiaj nie umiem się jeszcze odnaleźć

    http://jzabawa11.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś złego wisiało w powietrzu... :/

      Usuń
  5. Słońce, ja również nie mogę się z tym pogodzić. Spędziłam dziś 10 minut wpatrując się w tekst Fridy, że on naprawdę odszedł. Chciałabym by to był jakiś kawał, ale to nie w stylu Kordiana :(

    Wiesz... ja miałam podobne uczucie jak Ty. Myślałam o nim dziś patrząc w kuchni na kalendarz. Wiesz jaką on przywiązywał wagę do dzisiejszej daty, prawda? Tęsknił za mamą i pisał, że ona w tym dniu umarła. Może dziś właśnie się spotkali. A może już od wtorku na niego czekała.

    Nie wiem co napisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czytałam pierwsze zdanie chyba z milion razy - nie wiem, może szukałam przeoczenia. Liczyłam na to, że coś źle odczytałam. I bardzo mocno wmawiałam sobie, że to żart, strasznie głupi i bolesny - ale mimo wszystko wybaczyłabym mu, byleby był z nami...
      Tak, 07.11 - jeszcze kłócił się z babcią, że przetrwa tą datę... A Sisi też coś czuła... :(

      Usuń
    2. Patrz, niby zwykła, blogowa, internetowa znajomość a tak nas boli jej zakończenie :(

      Usuń
    3. Bo zakończenie nastąpiło zdecydowanie za szybko. No i On był wyjątkowym człowiekiem...

      Usuń
    4. Gdy tak szybko obudził się po operacji i pojawił na blogu, nic nie mówił że źle się czuje, ja się cieszyłam już że wszystko jest w porządku. Nie wierzyłam w to, że może umrzeć. Nawet o tym nie myślałam :/

      Usuń
    5. Ja też myślałam, że już może być tylko lepiej. Przecież puścili Go do domu... A w domu ludzie zdrowieją, dochodzą do siebie. Dlatego też ta wiadomość była takim szokiem. Nikt się tego nie spodziewał.

      Usuń
  6. Dowiedziałam się kilka minut temu i... nie wiem, pozbierać się nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy potrzebujemy czasu... Pytanie kiedy przestanie boleć, jeśli w ogóle...

      Usuń
  7. Alee.. Że kto odszedł? Nie wiem, może mnie uznacie za idiotkę, ale z tym odejściem to chyba nie jestem w temacie :)

    myheart-mymusic.blogspot.com
    katethecambrdiges.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie ma Cię za idiotkę. Odszedł nasz blogowy przyjaciel - Kordian, którego mogłaś nie znać.

      Usuń
  8. Bardzo fajny post. Ten kawałek mnie rozwalił cyt. "aż szok, że nocą nie świeciłam w ciemności".
    Jeśli chodzi o to, że każdy człowiek w naszym życiu, jest po to, aby coś zrozumieć to jak najbardziej się zgadza. Ja też wierzę w przyczynowo-skutkowy tok naszego życia, każdy wybór "pociąga jakieś sznurki". Szkoda, że nie myślimy o konsekwencjach.
    http://gabriel-data.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w przeważającej większości uczymy się na błędach i dopiero po czasie otwierają nam się oczy. Stety, niestety... Tak już po prostu jest.

      Usuń
  9. Wiesz.. każdy cos czuł... ja wolałam milczeć.. czekać.. i teraz wiem że to była najgorsza opcja.. teraz wiem.. ale dzięki temu ,, chyba coś zrozumiałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "wszystko dzieje się po coś..."

      Usuń
    2. Owszem, szkoda, że czasem kosztem czegoś innego ..

      Usuń
    3. Kordian nauczył mnie, że należy akceptować wszystko takim, jakie jest - nie ma sensu się buntować przeciwko sprawom, na które nie mamy wpływu...

      Usuń
  10. Ludzie odchodzą zdecydowanie za wcześnie... Też wierzę w to, że sami wyczuwamy sytuacje kryzysowe, jednak czasami twierdzimy, że to nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo rozsądek tak nakazuje - ignorować pewne sytuacje, nie szukać między nimi związku.

      Usuń
  11. Wiesz co, ja od czwartku siedzę i płaczę. Co jakiś czas wchodzę na Jego bloga, czytam pierwsze kilka zdań i staram się uwierzyć. Później docieram do listu, który pisał i zanoszę się szlochem, głupim szlochem tęsknoty. Dużo o tym rozmawiam, próbuję zrobić to, co chciał, śmiać się, ale nie potrafię, nie potrafię w to uwierzyć, że go nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pierwsze zdanie przeczytałam chyba ze sto razy - ale i tak nie potrafię uwierzyć w to, co się stało.
      Przyjdzie czas, a będziemy się śmiać. Obiecałam sobie i Jemu, że zatańczę dla Niego pod gwiazdami, wypiję Jego zdrowie i będę śpiewać - tak jak chciał.

      Usuń
    2. Ależ oczywiście, że będziemy się śmiać :) On znowu śmieje się teraz z nas, że tak przeżywamy, z pewnością się śmieje i chciałby dać nam znak, żebyśmy tego nie robiły, bo mu tam dobrze... I ja w to wierzę :)

      Usuń
    3. Taaak, na pewno siedzi tam teraz i krzyczy na nas "Bogowie! Co Wy wyrabiacie! Cieszcie się!". :) Ja wierzę, że jest wciąż obecny i że właśnie teraz mogę z Nim porozmawiać jak nigdy wcześniej.

      Usuń
    4. Dokładnie :) Wiesz co, może to zabrzmi śmiesznie, ale jak mnie wczoraj wzięło wieczorem na płakanie, szlochanie w zasadzie, to.. Wpadłam na pomysł, wzięłam kartkę papieru i napisałam coś... coś w formie listu. Wyrzuciłam to wszystko z siebie, kartka nasiąkła moimi łzami, napisałam mu wiele rzeczy, jemu, samej sobie... I schowałam ten list pod poduszkę. I jak dzisiaj mi się chciało płakać, to patrzyłam na to zdjęcie jego, co mam, wzięłam sobie tą kartkę do ręki... I tak jakoś mi się bezpieczniej zrobilo. Nie wiem, czy to zadziałało, ale... jakoś trochę mi lżej.

      Usuń
    5. Nie brzmi śmiesznie, ale bardzo mądrze i... uczuciowo (?) Nie można trzymać tego wszystkiego w sobie, trzeba komuś powiedzieć co się czuję - a jeśli nie mamy komu, to nawet kartka jest dobra.
      O... Masz zdjęcie. Ja nie mam pojęcia jak wyglądał. Mogę sobie jedynie Go wyobrażać z opisów - chociaż samy był niepochlebny wobec siebie, gdy się opisywał.

      Usuń
  12. szkoda, że ten bloger odszedł...

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja wierzę w takie rzeczy..
    A o śmierci Kordiana ciągle myślę..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już chyba nie myślę, tyle o samej śmierci, tylko o tym, co nam po sobie pozostawił. Tak, na tym się teraz skupiam, na Jego słowach, wartościach - chcę aby w moim życiu pozostało po Nim jak najwięcej.

      Usuń
  14. Coś w tym jest, choć dopiero jak ktoś coś takiego przeżyję bardziej w to wierzy.
    Mnie uratował ktoś lub coś, bo nie wiem do tej pory co to było. Prawie przejechałby mnie samochód , ale poczułam, że ktoś/coś pociągnęło mnie za rękę tak mocno , że się wywaliłam do tyłu. A nikogo nie było na ulicy oprócz kierowcy, który jechał tym autem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój Anioł Stróż nad Tobą czuwa. :)

      Usuń
    2. też miałam podobny przypadek i dokładnie to samo odczucie!

      Usuń
    3. Kolejny dowód na to, że ktoś nad nami wszystkimi czuwa, opiekuje się i nie pozwala skrzywdzić.

      Usuń
  15. Gdybym nie przeczytała komentarzy, nie ogarnęłabym się do końca w temacie, nie widziałam jego postów, nie wiem jaki jest adres jego bloga. Ale w tym roku, każda śmierć wpływa jakoś na moje emocje i przypomina mi bliską osobę, która niedawno odeszła. W dzień śmierci, czy w dzień przed nią pomyślałam właśnie o tej osobie i płakałam, bałam się, że odejdzie. Później wszystko było dobrze. A parę dni później dowiedziałam się, że już nigdy tej osoby nie zobaczę.
    I.. nawet nie sądziłam, że komentując kiedykolwiek twojego bloga będę płakać.
    Coś w tym jest, że czuje się takie rzeczy, że coś można przewidzieć, że coś się dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana... :*
      Łzy są nam potrzebne - płacz pomaga nam się oczyścić z tego natłoku emocji. Przecież zawsze potem czujemy się lżej.

      Usuń