czwartek, 27 listopada 2014

100. I tak nie znajdziesz pracy.

Witajcie. Wiem, że obiecałam Wam post wcześniej, niż po tygodniu, ale niestety - nie wyszło. Mimo tego, iż tydzień w szkole miałam luzacki, to na mojej drodze stanęła kolejna przeszkoda. Otóż zaczęło mnie łapać jakieś choróbsko - katar i łzawiące lewe oko odbierają ochotę na cokolwiek, a tym bardziej na pisanie czegoś mądrego i wartościowego. Zapewniam Was, że gdybym pisała w takim stanie, to głównym tematem byłoby moje płaczące oko i mokry nos (a pro po nosa, to na uczelni stwierdziłam, że JESTEM JAK PIESEŁ, BO MAM MOKRY NOSEŁ! :P - proszę, nie pytajcie czy jestem normalna). Ogólnie rzecz biorąc już dochodzę do siebie i myślę, że mogę być z siebie dumna, ponieważ choroba kolejny raz nie położyła mnie do łóżka. No a tam poza tym - jest SETNY POST - brawa, fanfary, serpentyny itp. A co w związku z tym? A no nic, kolejny post (haha taa jestem nudna). Jeszcze na koniec tego przydługawego wstępu chciałam ogłosić publicznie, iż PODEJMUJĘ WYZWANIE ANELISE i wynikami podzielę się już wkrótce. ;)
Dziś chciałam poruszyć temat, który wpadł mi do głowy wczoraj, gdy przypadkiem trafiłam na vloga Banshee, a dziś jakby utwierdził mnie w tym wstęp do notki u Natalii. Mianowicie chciałam omówić dziś ogromną empatię otaczających nas ludzi, którzy tak strasznie martwią się o nasz przyszły los, o to, że sobie NIE poradzimy, NIE znajdziemy pracy i ogólnie może jakimś cudem uda nam się dożyć do trzydziestki. Trochę niejasno? Już zapalam świeczkę.
Spotkaliście się kiedyś z opinią kogoś strasznie zatroskanego o Waszą przyszłość, kto tak bardzo obawiał się czy może raczej już przesądził o tym, że nie znajdziecie sobie w przyszłości dobrej pracy, np. z powodu wyglądu? Ja już słyszałam takie gadki kilkukrotnie, nawet od rówieśników, a do poruszenia tego tematu skłoniła mnie sama wypowiedź Banshee, która na temat swoich tatuaży usłyszała podobne proroctwa.
Otóż, powszechna opinia na temat tatuaży, która panowała jakieś 20 lat temu jest nam wszystkim dobrze znana. TATUAŻE NOSZĄ KRYMINALIŚCI - hip hip, hurra, kocham ten ciemnogród. No, ale... przeszłości nie zmienimy. Otóż nasze mamy na pewno wielokrotnie słyszały tego typ teksty, po czym wpajały podobne zdanie swoim dzieciom w latach dziewięćdziesiątych czy na początku dwudziestego pierwszego wieku. No i powiem Wam - okej. Pewnie gdybym w tamtych czasach starała się o pracę w biurze z wytatuowanym rękawem, to kazaliby mi się popukać w głowę czymś twardym. Ale dziś? Obecnie? Ludzie... Szefostwa wielu firm pozmieniały się, często zarządzają nimi ludzie starsi od nas o jakieś 10 lat i nie postrzegają ludzi przez pryzmat WYTATUOWANEGO KRYMINALISTY. Sama doświadczyłam ogromnej euforii będąc w biurze na praktyce. Na przeciwko mnie siedziała księgowa z wytatuowaną ręką i stopą. Nikt nie uważał, żeby to uwłaczało jej wiedzy, nie zniechęcało to klientów, wszystko było odbierane mega pozytywnie. Nawet nie wiecie z jaką satysfakcją powiedziałam o tym K., która jakiś czas wcześniej prorokowała: Z TATUAŻEM NA NADGARSTKU MOŻESZ POŻEGNAĆ SIĘ Z PRACĄ W BIURZE. Ha! Szach-mat moja droga! ;)
Kolejnym powodem zmartwień ludzkości, na temat naszej przyszłości są wybierane przez nas studia. No i tutaj jest dopiero pomieszane z poplątanym, bo ilu proroków, tyle wersji wyboru TYCH LEPSZYCH studiów. W przeciwieństwie do sporu o nasz wygląd, gdzie była jakaś tam zgodność - tutaj każdy ma swój ranking wg. którego GDYBYŚMY poszli na inne studia, to na pewno mieli byśmy pracę, bo pamiętajcie - TERAZ I TAK JEJ NIE ZNAJDZIEMY. Otóż jedni użalają się nad polonistami i wychwalają studentów prawa, drudzy negują tych z prawa, wychwalając studentów finansów, a jeszcze inni uważają, że tylko po polibudzie ludzie mają jakąś przyszłość. Ehh... Muszę coś jeszcze dodawać? Myślę, że nie.
Ogólnie chciałam tym wszystkim prorokom powiedzieć, że dziękuję za troskę i na pewno sobie jakoś poradzę. Sama, bez ich cennych rad i wskazówek. Już nawet mnie to nie wkurza, no może poza hejtem na wszystkie możliwe kierunki studiów (niektórym ciężko zrozumieć DLACZEGO ktoś wybrać tak, a nie inaczej i będą Ci pierdzielić nad uchem w nieskończoność, że to BEZ SENSU). Także, tak - to mnie wkurza. Ale cała reszta... Phiii.

Spotkaliście na swojej drodze takich proroków? Mieliście do czynienia z jakimiś innymi argumentami, które miałyby potwierdzać ogromne NIE na temat Wszej przyszłości?

Buziaki kochani i NIE chorujcie! :*

sobota, 22 listopada 2014

99. Nie wyszło mi w życiu... więc Cię zhejtuję!

Witajcie. Ogromnie przepraszam za moją nieobecność, bądź obecność pół na pół - starałam się udzielać na blogu chociaż odpowiadając na Wasze komentarze, bo na nic innego nie wystarczało mi czasu. W skrócie co u mnie: weekend spędziłam z B., więc o blogu nie było mowy. Od poniedziałku uczyłam się namiętnie na OSTATNIE kolokwium z MSG (jak to pięknie brzmi, prawda? OSTATNIE). Niemniej jednak moja namiętna nauka ograniczała się jedynie do odpowiedzi na pytania, które dostałam od zaocznych - nie nauczyłam się ani zdania ponad to i gdyby doktorek zmienił pytania - byłabym ugotowana. Na całe szczęście nie zmienił, więc ten przedmiot mam z głowy. W czwartek sama nie wiem co robiłam, ogarnęła mnie jakaś taka stagnacja, że dzień minął mi w mgnieniu oka. Sporą część czasu spędziłam na odpowiadaniu na Wasze komentarze, jednak w trakcie rozbolała mnie głowa - chyba za długo siedziałam przed komputerem (w dodatku bez okularów, no bo po co je fatygować, niech sobie spokojnie leżą w walizce). Także nawet tego nie dokończyłam. Dziś po cichu liczyłam na to, że S. przyniesie mi moją książkę, bym mogła dokończyć i opublikować recenzję, jednak się przeliczyłam. Tak więc moja recenzja powisi sobie jeszcze jakiś czas, zanim ujrzy światło dzienne (to się wpakowałam, nie ma co). No dobrze, tyle u mnie. A teraz czas na temat.
"Nie wyszło mi w życiu, więc Cię zhejtuję!" - jak dobrze to znacie? Ja aż za dobrze. A jak często się z tym spotykacie? Ja muszę przyznać, że niestety na co dzień. Pewnie jakiś czas temu powiedziałabym, że krew mnie zalewa w reakcji na takie zachowanie, ale dziś... Dziś szczerze to po mnie spływa, a do osób tak postępujących odczuwam jedynie ogromny przypływ litości... Powiedzcie mi dlaczego tak się dzieje, że za swoje porażki najłatwiej jest nam obwiniać innych? Czy nie powinniśmy z każdego niepowodzenia wyciągać pewnych wniosków na przyszłość? Starać się udoskonalać siebie i swoje poczynania? Dlaczego tak trudno jest nam przyjmować porażki z godnością?
Moim zdaniem ludzie zachowują się tak, ponieważ nie chcą naruszać swojej bezbłędności - pamiętacie kolegę, o którym pisałam w poście "Mów mi dobrze, tylko nie mów mi źle!" ? No więc chodzi mi o takie osoby. Ale po kolei. Może napiszę jakie wydarzenie skłoniło mnie do podjęcia właśnie takiego tematu.
Otóż ostatnio mieliśmy wybory samorządowe. Na wójta mojej gminy startowały trzy osoby: obecny wójt, znienawidzony przez nauczycieli, ponieważ zrobił porządek w szkole, komendant policji i jednocześnie mąż jednej z nauczycielek oraz trzeci, w sumie nieistotny kandydat. Po wyborach okazało się, że obecny wójt, mimo wszechobecnego hejtu zdobył 48% wszystkich głosów (tosz to szok). Nazajutrz w Internecie pojawiły się komentarze mniej-więcej takiej formy: Na obecnego wójta głosowali tylko niedorozwinięci analfabeci po podstawówce. No i pierwsza myśl, kto mógł być autorem? Czyżby ktoś popierający komendanta, osoba z naszej wiejskiej elity, po studiach, ktoś z nauczycieli? No sami powiedzcie, że to jako pierwsze nasuwa się na myśl.
Oczywiście znaleźli się ludzie zbulwersowani, jednak ja zaczęłam się śmiać. No bo kurczę, jaki poziom reprezentuje ta wielce oświecona elita obrażając innych w internecie, w dodatku anonimowo, nie biorąc odpowiedzialności za swoje czyny? Wiecie, początkowo chciałam odpowiedzieć: "Dziękuję za uświadomienie, iż dyplom magistra otrzymuje się po podstawówce - niepotrzebnie poszłam na studia." Może faktycznie też mnie to trochę ruszyło, ale zamiast się kłócić  i wylewać żale stwierdziłam, że niech się  podbuduje trochę niedowartościowany człowiek, niech myśli, że pocisnął i jest fajny.
To jedna z sytuacji, w tym przypadku kluczowa do powstania tej notki, bo poczułam, iż muszę ten problem obnażyć, Pokazać, że hejter - jako osoba, której coś się nie udało jest tak na prawdę osobą słabą i bezsilną, nie potrafi poradzić sobie z porażką i szuka winnych wokół siebie. 
Ale co wtedy, gdy nie ma winnych? Jak np. w wyborach? Przecież tak już jest - wygrywa lepszy i nic się z tym nie zrobi. Przecież wszystko dzieje się po coś... Każda porażka ma nas czegoś nauczyć, powinniśmy najpierw zastanowić się nad tym, co mogę zmienić, co ta porażka mi pokazuje, jakie wady obnaża, zamiast szukać winnych wokoło, bylebyśmy my zostali nieskazitelnie czyści.
tumblr
A ile razy dzieje się tak w codziennym życiu, że zwalamy naszą porażkę na innych? Kierowca nas ochlapie - a może to Ty stanąłeś zbyt blisko kałuży? Dostałaś jedynkę ze sprawdzianu czy nie zaliczyłaś kolokwium? Może zamiast obsmarowywać nauczyciela czy prowadzącego pora się przyznać przed sobą, że za mało czasu spędziłaś na nauce? Zmokłeś podczas ulewy, bo nie zabrałeś parasola? Tak, tak... To przez ten %$#@& deszcz, ale tak szczerze - to nie wina deszczu, że nie wziąłeś parasola, prawda? ;)
No i mogłabym wymieniać jeszcze długo... Na pewno Wy sami macie w głowie jeszcze wiele takich przykładów. Powiem Wam szczerze, że jakoś tak złagodniałam ostatnio, nie wiem dlaczego. Może to nasz drogi K. hamuje mój cięty język i uczy pokory? Być może...
No cóż, na dziś koniec. Przyszły tydzień mam luzacki, jeśli chodzi o uczelnię, więc notka pojawi się wcześniej niż za tydzień.
Buziaki kochani i trzymajcie się ciepło w te coraz chłodniejsze dni!

piątek, 14 listopada 2014

98. Różnica pokoleń.

Witajcie. Przyznam się Wam szczerze, że mam prawie gotową notkę z recenzją książki, którą obiecałam Wam ładnych parę miesięcy temu. Jednak do pełni szczęścia i ukończenia jej brakuje mi kilku cytatów. I tutaj urodził się problem - wczoraj S. przyszedł na korepetycje i ujrzał ową książkę, po czym zapytał czy mu jej nie pożyczę. A jako, że ja - dobra duszyczka, zgodziłam się bez namysłu i dopiero po czasie olśniło mnie, że bez książki nie skończę recenzji. No cóż... I tym samym zostałam zmuszona do napisania czegoś innego - chociaż mam z tym ostatnio spore problemy, moja wena poszła w pizdu i nie mam pojęcia, kiedy ma zamiar wrócić. Więc nawet ten wstęp rodzi się w ogromnych bólach.
Wiecie, niedługo moja babcia obchodzi swoje osiemdziesiąte urodziny. Z racji tego będzie "impreza" - rano do kościoła, a później na salę zjeść śniadanio-obiad + deser. Powiem Wam szczerze, że gdy nie znałam szczegółów, to jarałam się impresską, bo lubię takie rodzinne zjazdy - zwłaszcza, że moja rodzina uwielbia je celebrować na tyle, że statystycznie przynajmniej raz w roku spotykamy się na sali, w szerokim gronie i balujemy. Tym razem jednak jestem trochę rozczarowania - raz, już było mówione, że wpadniemy do babci z tortem i będzie kameralnie - toteż na to się nastawiłam, dwa - iść specjalnie na rano do kościoła - pozwólcie, iż nie będę dalej komentować, a trzy, że i tak będę się musiała szybciej zwinąć i gnać na pociąg, bo tożto niedziela będzie. No, ale cóż. Cieszę się, że mogę obchodzić kolejne urodziny mojej babci, a resztę jakoś przełknę.
No, a skoro już o babci mowa, to pomyślałam, iż poruszę temat różnicy pokoleń, którą bardzo wyraźnie zauważam, zwłaszcza w kontaktach z tą babcią. Jedyne o czym mogę z nią pogadać, to moja szkoła, studia, jak mi się mieszka i na tym koniec - bo o czym rozmawiać z babcią w tym wieku? No mogłabym jeszcze o kościółku, ale żeby babci nie denerwować, to pomijam ten temat. Właśnie na tym przykładzie widzę, jak wiele nas różni, w jak odmienny sposób odbieramy pewne sprawy.
Moja babcia należy do kobiet eleganckich - tych, których w życiu nie ujrzysz w spodniach. Tylko suknie, spódnice i to wszystko idealnie do siebie dopasowane, wielokrotnie szyte na miarę. Pierścionki, kolczyki, korale - błyskotki to coś, co zdecydowanie towarzyszy jej na co dzień. Dzięki temu np. była zachwycona ilością kolczyków w moich uszach oraz kolczykiem w pępku mojej kuzynki (która była pewna, że dostanie od babci ochrzan). Pod tym względem moja babcia jest bardzo tolerancyjna - w przeciwieństwie do drugiej, która zawsze patrzyła na moje podziurawione uszy z politowaniem.
Jest jednak coś, co mnie w mojej babci denerwuje stuprocentowo. Jej nastawienie do tatuaży i wytatuowanych ludzi. Jej określenie jest krótkie - jeśli ktoś ma tatuaż jest po prostu GŁUPI. Nie ważne czy ma tytuł doktora lub jest światowej sławy chirurgiem - jeśli ma tatuaż jest głupi i koniec. Nie ma przebacz, nie przemówisz jej i zdania nie zmieni. Ona nie może zrozumieć, że ludzie z tatuażami nie są głupi, a ja nie rozumiem jak można oceniać ludzi przez pryzmat dziar na ciele. Myślę, że sprawa tatuaży jest kwestią w której tą różnicę pokoleń widać najbardziej (oczywiście pomijam facebooki, instagramy i inne cuda techniki, bo moja babcia zapewne nie ma pojęcia o ich istnieniu).
Widzę też, że moja mama - kiedyś przeciwna tatuowaniu się, obecnie wspomina mi - "Jak pójdziesz się tatuować, to idź do dobrego salonu, a nie gdzieś po piwnicach!" - czyli jak już chcesz się krzywdzić, to rób to profesjonalnie. xD Jednak nawet tutaj zauważyłam różnicę pokoleń - np. gdy nie rozumiała mojej fascynacji drzwiami, które obkleiłam gazetami.
Mimo wszystko mama potrafi zrozumieć moje wyczyny bardziej, niż któraś z moich babć. Bo one widzą świat "po staremu" - czyli tak jak było kiedyś i nie jest łatwo im akceptować zmian. Zwłaszcza tej starszej, mimo jej fascynacji kolczykami. Moja druga babcia poszła mocno w kierunku techniki, od kilku lat ma komórkę, komputer i zamiast tradycyjnie grać w karty - układa pasjansa przy monitorze. :D
Co by nie było, różnicę pokoleń widać. Zwłaszcza teraz, gdy technika idzie do przodu w tempie błyskawicznym - myślę, że ta przepaść niestety będzie się pogłębiać. Osoby wiekowe - nie będą uczyć się nowości, a przez to coraz młodsze pokolenia nie będą mogły nawiązać z nimi tematu do rozmowy. (widzę to po moim młodszym bracie, który w przeciwieństwie do mnie - z babcią nie potrafi rozmawiać już praktycznie o niczym, poza tym, że w szkole było "fajnie").
Jedno mnie zastanawia - jaki pokoleniem dziadków będziemy my? Grającym na PS, wytatuowanym i pokolczykowanym? Brzmi interesująco i jestem bardzo ciekawa. ;)
Tak czy inaczej - wszystkiego najwspanialszego dla mojej kochanej babci i dwieście lat życia! :) Nawet jak nie będziemy miały o czym gadać, to sobie chociaż pomilczymy wspólnie.
tumblr
A Wy, zauważacie różnicę pokoleń w swoim otoczeniu? Z niektórymi członkami rodziny rozmawia Wam się płynniej niż z innymi?


No i zadanie dla Was na wieczór - trzymamy kciuki za naszych! Dziś - 18.00 Polska - Gruzja. <3  (i nie mówcie mi, że po meczu będę rozczarowana:P)

niedziela, 9 listopada 2014

97. Don't U go... I need U so...

Witajcie. Ostatnie wydarzenie, które nie powinno mieć miejsca, de facto namieszało w moim życiu, w moim planie ogarnięcia się. Ale... To nic. Dziś już ładnie się za siebie wzięłam, porobiłam MSG (mam wrażenie, że gdy tylko skończę ten przedmiot będę mieć odruch wymiotny na samą myśl o nim). Cały czas tylko te pieprzone stosunki gospodarcze. Już gdy słyszę na tvn24 o imporcie, eksporcie i wahaniach koniunktury to mnie trzęsie - luduuuuu, dajcie żyć. Ile można?! A no można dużo... Państwo prowadzący przedmiot potraktowali nas jak w podstawówce, gdy to zadawało się nie wiadomo ile na czas wolny - zróbcie wypowiedź pisemną, kartę pracy, zadanie na ćwiczenia, a ! I jeszcze nauczcie się na kolokwium. - chwała całej reszcie, że nie przyszło im do głowy to samo.
Wiecie, gdy tak siedzę i robię te wszystkie "ważne rzeczy" nie myślę o tym co się stało. Czuję się twarda. Pamiętacie moje stwierdzenie z początków prowadzenia bloga? "Nie mam czasu się przejmować. Muszę się uczyć." - jakież to bezduszne, pomocne i prawdziwe. Jednak są momenty w ciągu dnia, gdy nie mam dokąd uciec przez tym, co czuję.
"Noc, a nocą gdy nie śpię..." - beczę, gadam z Kordianem i sama nie wiem czego szukam na Jego blogu. Jednak wróćmy do gadania - gdy emocje opadają, ogarnia mnie pewnego rodzaju spokój i jakieś przeświadczenie, że On TU jest. Że właśnie teraz mogę z Nim porozmawiać i być bliżej niż kiedyś. Bo czyż nie ma On teraz daru bycia w wielu miejscach jednocześnie? (pewnie jakby mnie ktoś zauważył, to do mojego pokoju weszłyby dwie smutne twarze z białym kaftanem i wylądowałabym w Gnieźnie - najbliższym psychiatryku). Tak czy inaczej - to moje przeświadczenie pomaga mi się oswoić z prawdą, pomaga mi iść naprzód, czując Jego obecność obok, dosłownie obok. Jakoś sobie radzić trzeba. Idę więc naprzód i staram się dużo myśleć nad tym, co i jak robię. Zastanawiam się nad Jego słowami i tym, jak bardzo był zgodny z tą całą rzeczywistością, jak często powtarzał, że wszystko, co się dzieje jest potrzebne - ta filozofia mi pomaga. Więc idę dalej, a gdy tęsknię - wpadam do Niego i czytam zaległe wpisy, te pierwsze, te początkujące. Radosne, szalone i już wyjątkowe jak sam autor.
Wiecie, czas łez powoli mija - chociaż nikt z nas nie może obiecać, że już nie będzie płakać. Ale czas by zacząć wypełniać Jego wolę i wspominać Króliczka z uśmiechem. Ja staram się wracać do codzienności, jednak każdego dnia będę o Nim myśleć. Będę myśleć jak najbardziej pozytywnie się da. Może uronię łzę, wznosząc toast do gwiazd... Może rozpłaczę się czytając Jego wpisy o pięknym życiu, ale czas iść na przód i korzystać z życia, które jeszcze mamy - tak jak sam kazał. :)
Ja muszę ogarnąć swój projekt dyplomowy, bo póki co leżę i kwiczę. Msg pierze mi mózg i nie mam sił myśleć o dyplomie. Całe szczęście S. trzyma rękę na pulsie i zbiera cały zespół do kupy. Wiem, że jako szef, powinnam to robić sama, ale przez ostatnich kilka dni nie byłam w stanie. Dziś z jej pomocą napisałam do promotora i rozdzieliłam zadania do wykonania na wtorek (tak jestem brutalna i za nic mam długi weekend :P). Jestem jednak na tyle łaskawa, że unikam konfrontacji z największym projektowym leniem, który musi "pracować i grać w siatkówkę" bardziej niż cokolwiek innego - wysyłam do niego S. Lepiej niech ona go opieprza, bo jak ja mu wylecę z tą jego karierą pseudo siatkarza i mrówki korporacyjnej, to nie będzie co zbierać... Tak więc wyciszam się...
Jutro jadę do B., bez komputera, książek i wszystkich przeczy przypominających mi - MUSISZ COŚ ZROBIĆ. Zostawiam to na dwa dni, a potem znów wezmę się do roboty.

tumblr
Jak tam Wasze samopoczucie? Zbieracie się po tym wszystkim? Ja nadal jestem jakaś przyrąbana, ale... Razem damy radę iść naprzód. Jak nie my, to kto? :*

piątek, 7 listopada 2014

96. Tytuł jest dziś zbędny.

Witajcie. Możecie mnie uznać za totalną wariatkę, możecie patrzeć jak na porąbańca. Trudno. Jednak nigdy więcej nie dam sobie wmówić, że każde zdarzenie, każda chwila w naszym życiu biegnie swoim torem i nic ich nie łączy. Wszystko się łączy, wszystko coś znaczy.
Ktoś, kogo już z nami nie ma, wiele razy powtarzał mi, że rzeczy dzieją się po to, by coś wnieść do naszego życia, byśmy coś zrozumieli. Miał rację, szkoda, że dotarło to do mnie dopiero we wtorek. Tak, we wtorek... Bo we wtorek to wszystko się zaczęło.
Wieczór, siedziałam z "przyjaciółmi". Wszystko było okej, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Zwykły wieczór z paczką znajomych. Aż nagle, w pewnym momencie coś mnie tknęło, cały dobry nastrój uleciał i poczułam, że MUSZĘ iść do mieszkania. MUSZĘ. Po prostu wstałam, powiedziałam, że źle się czuję i poszłam. Nic się nie działo. Po drodze, spotkałam w tramwaju M., który to opowiadał mi o swoim kacu moralnym przez którego został zmuszony do skserowania książki z msg.
- Dziesięć złotych wydałem na książkę, a nie na piwo! Czaisz to?? Co się ze mną dzieje?! - śmiał się sam z siebie. Ogólnie było miło, a ludzie w tramwaju gapili się na nas, jak na wariatów - jak zwykle (tematy rozmów mamy zawsze niebanalne - jak B. ma w zwyczaju to określać "poziom absurdu przekracza wszelkie granice").
Wróciłam do mieszkania, wstępując po drodze do osiedlowego marketu. Zaopatrzyłam się w typowo studencką kolację - jakieś danie w pięć minut nafaszerowane emulgatorami (aż szok, że nocą nie świeciłam w ciemności). Wracając już do samego mieszkania zaczęłam myśleć o A. i o słowach Kordiana - o tym, że każdy człowiek ma coś wnieść do naszego życia, że przez jego obecność mamy coś zrozumieć. Zaczęłam uporczywie rozmyślać o wszystkich, który w moim życiu pojawili się epizodycznie, którzy stali się częścią mojego życia na chwilę, chociaż gościli w nim bardzo intensywnie. Wyciągnęłam parę wniosków i przeszłam dalej do codzienności.
Kolejnego dnia, a była to środa - wiedziałam, że nie będzie to dobry dzień. Czułam się fatalnie od samego rana. Podkrążone oczy tłumaczyłam sobie dużym ubytkiem krwi. Na zajęciach jakoś wysiedziałam. Chociaż w sumie nic mi nie było. Po prostu byłam strasznie osłabiona. Nie mówiąc nic B. przesiedziałam grzecznie całe msg, aż po zajęciach prawie wylądowałam na krzesłach przede mną potykając się o własne nogi, co krótko skomentowałam:
- Umrę dziś, zabijając się o własne nogi! - co B. odebrał ze śmiechem, po czym zaczęliśmy żartować, że musi mi przynieść znicz z Jamesem Rodrigezem. (mamy specyficzne poczucie humoru)
W mieszkaniu musiałam się położyć, dawno się tak kiepsko i słabo nie czułam. nawet po wypiciu kawy chodziłam na zombie - nawet boję się pomyśleć, jak bym "funkcjonowała" bez niej. Postanowiłam wrócić do domu. Spakowałam się, jednak już w oczekiwaniu na autobus wiedziałam, że to zły pomysł. Czułam się tragicznie, chwała, że nie padłam i nikt nie musiał mnie zbierać. Całą podróż w pociągu przespałam (mimo iż dwie godziny wcześniej wypiłam ogromną kawę).
Wychodząc z pociągu na peronie zobaczyłam moją mamę, która krótko i na temat skomentowała, że wyglądam dziś jak (uwaga cytuję) Z KRZYŻA ZDJĘTA - dobry komplement zawsze spoko, ale faktycznie tak się czułam. Moja mama stwierdziła, że to przez pełnię i że sama czuje się kiepsko. Dodała również (sama nie wiem czemu), że podczas pełni nie zaleca się wykonywania jakichkolwiek operacji, bo często są komplikacje - po czym skomentowała, że to głupoty, ale jednak coś w tym jest. (słyszeliście o tym wcześniej?)
 Przespałam całe popołudnie, przez co w nocy rzucałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. I właśnie w nocy, leżąc - być może na pół przytomna, usłyszałam w pewnym momencie męski głos. Wystraszyłam się, bo nie znałam tego głosu, nie kojarzył mi się z nikim. Nawet nie wiem co konkretnie powiedział, coś krótkiego. Być może jedno słowo. Myślałam nawet, że ktoś włamał się do domu, ale... pies nie szczekał, w całym domu cisza. Zasnęłam.
Dziś przeczytałam coś czego na prawdę nie chciałam dzisiejszego dnia widzieć. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Nadal nie mogę uwierzyć, że odszedł ktoś tak wyjątkowy i tak nam tutaj wszystkim potrzebny, bliski... Teraz sami pomyślcie, co mogłam sobie pomyśleć na temat tego głosu...
Być może mój mózg ma jakiś dar wyłapywania najbardziej trafnych momentów mojego życia i zlepiania ich co do okoliczności, okej jeśli ktoś tak uważa - dobrze. Ale ja wiem, że całą sobą czułam wczorajszego dnia, iż COŚ SIĘ DZIEJE.
tumblr
(mam nadzieję, że mój tekst i moje przemyślenia nikogo nie uraziły. Po prostu jestem człowiekiem, który odreagowuje mówiąc, rozmawiając, a w tym przypadku - pisząc. Nie potrafię siedzieć cicho i wylewać łez w poduszkę... Ja nie z tych co płaczą...).
Ściskam Was wszystkich bardzo mocno!

poniedziałek, 3 listopada 2014

95. "Tak się boję - o siebie, że zostanę sam, o swój psychiczny stan..."

Witajcie.
Nie wiem co się ze mną dzieje. Czegoś się boję. Nie radzę sobie sama ze sobą, a co dopiero z innymi. Odsuwam się niebezpiecznie daleko. Odwracam się w drugą stronę mimo dłoni wyciągniętych w moją stronę. Tak bardzo bym chciała, ale... nie potrafię. Nie potrafię i to mnie gniecie, tak bardzo... Zagubiłam się, tak bardzo. Nikt nie może mnie odnaleźć, skoro sama tego nie potrafię. Nie wiem czy stoję w miejscu, czy uciekam w tą czarną dziurę - coraz głębiej.
Coraz bardziej zaczynam żałować tych niewykorzystanych chwil. Tych złych czynów. Aż mi wstyd to pisać, ale okazuje się, iż mój młodszy brat zachowuje się momentami doroślej ode mnie... Aż tak się pogubiłam? Możliwe.
Dlaczego ten czas tak cholernie szybko biegnie do przodu? Dlaczego nie można go cofnąć?? Dlaczego? Nie chciałabym niczego wielkiego zmieniać. Po prostu poświęcałabym więcej czasu tym, dla których nie mam czasu i teraz... Dziś, nie mając nic do roboty - wybrałam samotność, niż chwile z tymi, których kocham. Tak, kocham - a kiedy ostatnio im to mówiłam? Sama nie pamiętam. Po prostu jestem - to ma im wystarczyć?
Jestem okropna, zachowuję się okropnie - egoistycznie. Skupiam się na tym co Ja w tym momencie czuje, ale czy to moja wina, że to WSZYSTKO tak mnie przygniata? Tyle rzeczy na mnie spadło, a ja co rusz dokładam sobie więcej na plecy. Och tak, jeszcze moje plecy - tydzień temu z trudem się poruszałam, ale to chyba nie dziwne z wystawioną łopatką. Póki co - przeszło mi. Zajmę się nią później, czyli gdy znów nie będę mogła się ruszać - i nie ruszać też. Teraz mam ważniejsze sprawy. Ból fizyczny, to najmniejsze zło, jakie mam na horyzoncie.
Mam do zrobienia kilka rzeczy, z czego wybieram jedną i zajmuję się nią, aż stracę wszystkie siły. A tamte? Grzecznie czekają. Mam nadzieję, że zdążę wszystko pozałatwiać w terminach. Nienawidzę tej presji czasu, nienawidzę gdy wisi nade mną kalendarz z zaznaczonym terminem - na kiedy, co ma być zrobione. Nienawidzę, gdy coś mnie ogranicza, a już najgorszy ze wszystkich ograniczeń jest czas...
No i jeszcze sprawy niezależne ode mnie. A są i takie, na których rozwinięcie pozostaje mi czekać - biernie czekać. To jest dopiero straszne. Gdy mam coś zrobić na czas, to siedzę i zapierdalam z zegarkiem nad głową, ale co w momencie, gdy zrobiłam wszystko i pozostaje czekanie na ruch z drugiej strony? Nie lubię nie mieć nad czymś kontroli. Tak, jestem z tych osób, które mają zaplanowane całe życie, może nie każdy dzień - ale jakiś zarys całości i KONTROLUJĄ czy aby na pewno wszystko idzie zgodnie z planem...
A co planu wypada jeszcze wspomnieć o projekcie dyplomowym - jako urodzona dyktatorka zostałam wybrana na szefa grupy - to ze mną rozlicza się promotor, a ja mam sterować resztą. Tak, będę się nad nimi wytrząsać i nawet wiem nad kim najbardziej. Wiedzieli na co się piszą i ja dobrze wiedziałam. Na szczęście S. mi pomoże, bo tylko na nią mogę w stu procentach liczyć, jeśli chodzi o formalności. Tak, to też mnie stresuje - czy zdążę się rozliczyć we wszystkim o czasie, czy zdołam zmotywować pewne osoby do ruszenia dupy??? Nie wiem, najwyżej usiądę i się rozpłaczę manifestując, że nie mam już siły - to pomaga. Pomaga, jak cholera.
Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie, samo się nie ułoży - mam nadzieję, że JA wszystko sobie poukładam i bądź co bądź w ostatecznym rozrachunku będę zadowolona ze efektu - na całej płaszczyźnie. Ogarnę się i pewne rzeczy przestaną mnie przygniatać - tutaj muszę zacząć od siebie i swojego uciekania przed ludźmi. Jak to było: SAM MECZU NIE WYGRASZ - no nie, na pewno nie.
tumblr
Wiecie, na sam koniec chciałabym złożyć mojemu bratu obietnicę. Wiem, że na pewno tego nie przeczyta, ale chcę mieć to na piśmie. Chcę mieć dowód, że obiecałam, gdy kolejny raz przyjdzie mi do głowy uciekać. Chcę mu obiecać, że poświęcę mu więcej czasu - każdego dnia, że będzie jak kiedyś (chociaż ze łzami w oczach piszę, że nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś... Czasu nie cofniemy.). Ale  OBIECUJĘ CI BRACISZKU, BĘDZIE JESZCZE LEPIEJ! Znów będziemy najlepszymi przyjaciółmi - nadal jestem gotowa śpiewać tylko przy Tobie. Obiecuję i podpisuję się pod tym swoją lewą dłonią.

A Was, drodzy czytelnicy - przepraszam za taki misz-masz w ten notce. Po prostu miałam ogromny napływ emocji i musiałam wylać je gdzieś poza poduszkę. Chyba jest mi... spokojniej.