czwartek, 30 października 2014

94. Ciąża = strach.

Witajcie, pogoda nadal nas nie rozpieszcza, ale - przez ostatnie dwa dni było dość słonecznie. No i rano nie budzę się już zamarznięta, jak z tydzień temu. Chyba przyzwyczajam się do jesiennych temperatur. Jedyne co jeszcze muszę zrobić, to kupić sobie jakieś cienkie rękawiczki "na teraz", a żeby pasowały mi do jesiennej kurtki. Poza tym, dziś obudziłam się z bólem gardła! Czyżbym miała przegrać walkę z bakteriami? O nie, nie ma mowy. Od razu zrobiłam sobie herbatę z szałwii i wpierdzielam szałwiowe cukierki. :P No ale dobrze, czas przejść do tematu, bo... Jak widać mam do przekazania, a może raczej do podzielenia się z Wami czymś ważnym.
Od kilku dni łaziło za mną przeczucie, że KTOŚ BĘDZIE W CIĄŻY. Było to przeczucie tak cholernie mocne, że tylko czekałam, aż mi się przyzna. Najdziwniejsze było to, iż byłam jakimś cudem, że mi się nie wydaje. I co z tego wyszło...?
Takie mamy czasy, że obecnie ciąża budzi więcej strachu niż radości - przynajmniej na początku, przynajmniej w moim otoczeniu - ludzi goniących nie wiadomo za czym, pędzących przed siebie. Byle szybciej, byle mocniej. (Jakby coś komuś przyszło do głowy - to nie, ja nie jestem w ciąży). Jednak kilka dni temu dowiedziałam się, że ktoś inny jest i... na prawdę jestem w szoku. Sama nie rozumiem swojej reakcji, swojego przybicia (?), strachu. Mogłabym powiedzieć - to nie moje dziecko, nie moje życie - WISI MI TO. Ale nie... Jakoś tak cholernie mi to NIE wisi. Jakoś mnie to nie obeszło, a dotknęło - bardzo mocno.
W życiu bym nie pomyślała, że nie moja ciąża wywrze na mnie aż takie wrażenie. Tylko dlaczego? Dlatego, że się nie spodziewałam? Nikt się nie spodziewał - sami rodzicie pewnie też. Przyszła babcia mówi, że się cieszy - ale na pewno też się boi. Przecież babci nie wypada powiedzieć czegoś innego. Zawsze, gdy ktoś był w ciąży bez ślubu - przynosiła takie ploteczki do domu. A teraz? Pewnie zastanawia się, kiedy to o niej zaczną paplać - chociaż pewna nie jestem. Nie siedzę w jej głowie. Ale wiem na pewno - martwi się. Czy sobie poradzą no i... jak to teraz będzie? Aż mam taką ogromną ochotę ją przytulić. Powiedzieć, że się ułoży. Na pewno będą szczęśliwi.
A przyszła mama? Młodsza ode mnie - choć teraz to nic nie znaczy. Pewnie też się boi. Tak, ona boi się najbardziej. Wiem, jak sama się bałam - gdy myślałam, że i mi się przydarzyło (ktoś kiedyś tak ładnie to określił - och i ach). Na SZCZĘŚCIE moje życie nie uległo przewrotowi o 180 stopni - okazało się, że po prostu przetrenowałam organizm i nie miał on już po prostu siły na miesiączkę (na szczęście mi wybaczył, a ja obiecałam mu, iż więcej nie będę go tak katować).
Ale wracając do niej, do jej strachu - na pewno boi się czy sobie poradzi jako mama - no bo jak to? Skąd ma niby wiedzieć jak się opiekować dzieckiem, skoro nigdy go nie miała? - takie pytanie na pewno zadałabym sobie, a poza tym: czy sobie poradzę? Jak się zmieni moje ciało? (tak, to ciało z którym tak cholernie trenuję). Czy gdy brzuszek rośnie, biodra się rozszerzają - czy to boli? A poród? itd...
Ja pytań bym miała mnóstwo i zapewne każda taka "nieplanowa" mama - także. Mimo, iż jej nie lubię, denerwuje mnie często i sukcesywnie odbiera mi wszystko to, co dawniej było tylko moje (yhh... kto wymyślił dzielenie się?!) to teraz martwię się o NIĄ. A raczej o nich - ojciec jest mi bliższy. Tak po ludzku się boję, może nawet wczuwam się w ich strach. Ile czasu jest potrzebne, żeby oswoić się z myślami i zacząć się cieszyć?
Tak, cieszyć się. Bo dziecko to radość i od tego powinna się każda informacja zaczynać. Bóg dał Ci dziecko - wyróżnił Cię, wiedział, że sobie poradzisz - On w Ciebie wierzy, uwierz i Ty. Tymczasem młode społeczeństwo pochłonięte gonitwą za pieniędzmi, karierą - nie myśli o dzieciach w wieku, w którym moja mama np. miała już dwuletnią córkę. Nie uwzględniają czegoś tak cudownego i pięknego w swoich planach. A potem, gdy się "przydarzy" - zamiast radości jest strach.
Kiedyś rozmawiałam z moją koleżanką, która też zaszła w ciążę zaraz po szkole. Zapytałam ją z czystej, ludzkiej ciekawości czy się bała. Odpowiedziała mi, że na początku tak, że chyba każdy się boi - bo tak na prawdę nikt na to dziecko nie czekał. Pojawiło się niespodziewanie, ale przecież niespodzianki są najlepsze. :) Teraz ma śliczną trzyletnią córeczkę i nie wyobraża sobie bez niej życia.
Powracając jeszcze do sytuacji, która ma teraz obecnie miejsce w moim życiu - dotknęła mnie ta sytuacja tak bardzo, ponieważ gdy sama się bałam, pomyślałam sobie - że chciałabym, żeby to ona była pierwsza, żeby przetarła szlaki (mamy być rodziną, kiedyś, w jakiejś przyszłości) - i gdy się o tym dowiedziałam, to w pierwszej chwili zamarłam. Oczywiście ja jej swoimi myślami tego dziecka nie zrobiłam - gdyby tak było, to pewnie ludzie płacili by mi za to gruby hajs - ale poczułam, że to MOJA WINA. - tell me WHY??? Bo jej tego życzyłam? Przecież nie miałam na myśli JUŻ TERAZ ZARAZ... W każdym razie - postanowiłam na przyszłość ostrożniej wybierać życzenia. :P
Wiecie, tak na zakończenie powiem Wam, że fajnie iż nowa, mała, słodka istotka będzie w moim życiu. Zakochałam się w takich maluszkach odkąd zostałam chrzestną - staram się odwiedzać moje maleństwo jak najczęściej i wiem ile radości daje chociażby spojrzenie, uśmieszek, gaworzenie po swojemu.
tumblr
Wiem, że Ona będzie dobrą mamą, że On jej pomoże. Wszyscy pomożemy, nawet ja - może się polubimy. A teraz... Teraz sobie poczekamy jakieś siedem miesięcy i będziemy się po cichutku modlić, żeby dziecko było zdrowe i... żeby mi nie ukradli imienia dla mojego dziecka. xD


poniedziałek, 27 października 2014

93. "...pozwala pisać mi teksty o miłości, prawie tak intensywne jak kolor jej paznokci."

Witajcie. Straszną mamy temperaturę na zewnątrz, prawda? Już nawet oznajmiłam mojej mamie, że najchętniej nie wychodziłabym z domu do wiosny. A to dopiero początek... Przecież zima przed nami. Brrr... Mam nadzieję, że się zaaklimatyzuję i nie będę się trząść jak galaretka za każdym razem gdy wyjdę na dwór. Na dobry początek - biorę grubszą kurtkę.
 Planowany temat notki miał być inny, ale z racji większego zainteresowania moimi paznokciami - postanowiłam, że właśnie to będzie dzisiejszym tematem. A więc przybliżę Wam moje pazurki.
Otóż na wstępie muszę się przyznać, iż paznokcie maluję na okrągło - przez cały rok. Jedyny czas, w którym na moich paznokciach nie ma lakieru, to moment pomiędzy zmyciem jednego lakieru i nałożeniem drugiego. Mimo tego - są one twarde i nie łamią się. Ogólnie - zahartowałam je chyba, bo ktoś z Was mógłby stwierdzić, że je katuję tą ciągłą ilością chemii. No tak, coś w tym jest. Dodatkowo powiem, że nie używam żadnych odżywek itp. Po prostu są genetycznie twarde i idealne do samoobrony. :P Wspomnę jeszcze, że w szkole średniej nie raz były użyte, w celu odzyskania zabranego zeszytu itp. Ale okej, przejdźmy do ich stylizacji.
Dawniej, od jakiegoś czasu skupiłam się na klasycznych barwach - wszelkiego rodzaju czerwienie, beże, pudrowe róże ożywione złotem. Przeważnie malowałam paznokcie w ten sposób, że ten na palcu serdecznym zawsze otrzymywał inny kolor - i co do tego mi nie przeszło. Nie lubię nudnych pazurków, więc nawet klasykę ożywiałam chociażby złotem.
Jakiś czas temu, w erze szału na pękające lakiery też miałam swoje pięć minut. Jednakże moja kosmetyczka powiększyła się jedynie o trzy takie lakiery - czarny, złoty i czerwony z brokatem.
Szalałam także z np. niebieskim kolorem. Co do zieleni - nie lubię tego koloru. Chociaż ostatnio zaczęła kusić mnie mięta.
Co do obecnych kolorów na moich paznokci - znudziła mi się klasyka. Postawiłam na kolory, których wcześniej na moich paznokciach nigdy nie było - biel, niebieski, czarny (ten ostatni nosiłam dość często w czasach swego buntu).
To, co obecnie mam na paznokciach.
Może na koniec napiszę jeszcze, jakich lakierów najchętniej używam. Moją NAJ marką jest firma AVON. Ich lakiery utrzymują się na moich paznokciach nawet do dwóch tygodni (i nie, przez cały ten czas nie leżę i pachnę, a często zmywam naczynia - co jest świetnym egzaminem dla lakierów). Z racji tego, iż nie zawsze mam czas, a nie lubię mieć niepomalowanych paznokci - są one dla mnie idealne. Dodatkowo bardzo łatwo jest mi utrzymać porządek w tych lakierach, gdyż każdy z nich ma swój kartonik - w których je trzymam. W przypadku poszukiwań wystarczy, iż odczytam nazwę z wierzchu i już. Nie muszę kopać w kosmetyczce w poszukiwaniu tego jednego.
Kolekcja lakierów AVON.
Ostatnio jednak w poszukiwaniu nowości zainwestowałam w lakiery z hurtowi Allepaznokcie. Są o wiele tańsze (te z AVON-u przeważnie około 20 zł), jednak ich jakość nie jest już taka zadowalająca - jeden z nich mam obecnie na paznokciach (wygrany na jednym z blogów) i powiem Wam, że po trzech dniach pojawiły się odpryski na końcówkach. Zdecydowałam się jednak na nie, ponieważ mają w swojej ofercie lakiery termiczne - zmieniają kolor w zależności od temperatury (przynajmniej tak zapewniają). Bardzo spodobała mi się ta opcja, jednak jeszcze ich nie testowałam i mam nadzieję, że nie zawiodę się efektem. :)
A Wy jakie lakiery lubicie? Jakie polecacie? Jak często malujecie paznokcie?

poniedziałek, 20 października 2014

92. I'm like an ARTIST!

Witajcie. Ostatnimi czasy cierpię na jakiś zanik weny twórczej. Z tego względu notkę tę zacznę od chwalenia się. Pierwszą rzeczą jaką muszę się Wam pochwalić jest fakt, że... MAM INTERNET w mieszkaniu. Wreszcie - będę z blogiem na bieżąco. Drugą sprawą jest moje kolokwium - straciłam na nim 0,5 punktu - wiec chyba jest dobrze, co nie? xD (tak, jestem dumna. Najważniejsze, to dobrze zacząć rok akademicki) No a tak poza tym, aby zebrać tutaj wszystkie pozytywy dzisiejszego dnia - byłam odebrać kubek z promocji Wedla, a że jestem maniaczką wszelakich kubeczków - jaram się i tym faktem.
Wiecie, zaczęłam pisać tę notkę z takim wewnętrznym przekonaniem, że muszę coś napisać - jednak miałam ogromny problem z którym tłukłam się cały dzień. Mianowicie - brak pomysłu na napisanie CZEGOKOLWIEK. Sama myśli o pisaniu choćby wstępu rodziła we mnie swego rodzaju ból istnienia. A jednak zaczęłam pisać bez żadnego konkretnego zamysłu na notkę, jedynie z przekonaniem, że w trakcie pisania wstępu pomysł sam się urodzi. No i tak też się stało.
Swego czasu doszłam do niezbyt pozytywnych wniosków na temat swojego życia. Otóż stoję w takim miejscu swojego życia, w którym wszelkie zawracanie napotyka na swojej drodze ogromną ścianę z wyrytym napisem ZA PÓŹNO. Czy faktycznie, nie wiem - nie dane mi było sprawdzić, gdyż za każdym razem się od tej ściany odbijam i posłusznie wracam do szeregu. Ale.. do rzeczy.
Zaczęłam sobie uświadamiać (będąc na ostatnim roku - nie ma co, mam sprint), że CHYBA wybrałam złe studia, że ten kierunek jest zbyt sztywniacki jak dla kogoś takiego jak ja. Wiecie FiR - to na prawdę sztywniacka przyszłość - miliard papierków, sryliard cyferek i z czasem totalnie automatyczna robota polegająca na księgowaniu "Winien, Ma, Saldo do bilansu itd." - słodko.
Jest coś co szczególnie mnie w tym wszystkim przeraziło - świadomość, że ja chyba przez ten czas szłam ślepo za tym w czym byłam dobra, nie myśląc o spełnianiu marzeń, realizowaniu swoich pasji na co dzień. Może trochę bałam się je spełniać. Tak - bałam się. Wiecie, po FiRze na pewno mam pewniejszy zawód niż po ASP, z którego (jak rozmawiałam z jedną z Was;)) ciężko byłoby wyżyć. Także mój wrodzony rozsądek mówił mi od zawsze, że nie tędy droga. Jednak ostatnio zaczęłam żałować, że nie poszłam na tą cholerną architekturę - są rysunki, uczestniczysz w tworzeniu nowych rzeczy - a ja kocham tworzyć i nie chodzi tu tylko o rysowanie. A wiecie dlaczego tak nie poszłam? Bo fizyka. Tak bo nigdy jej nie mogłam przetrawić i nawet gdy dostawałam 4, to na samo brzmienie słowa FIZYKA coś się we mnie rozrywało na kawałki i kazało uciekać. (ble.. nie lubię do dziś)
Jednak czasu nie cofnę, te studia skończę, zastanawiam się tylko co dalej. Może spróbować zmierzyć się ze swoimi marzeniami, poniekąd możliwymi do spełnienia? Mam jeszcze troszkę czasu, wiec pomyślę. Zastanawiam się, ponieważ z drugiej strony, jeśli moja pasja stałaby się dla mnie częścią zarobkową - mogła by przestać być pasją (no właśnie).
Trochę się boję, że za kilka lat usiądę i powiem, że moje życie jest nudne, a tego nie chcę. Wiecie, zauważyłam ile radości daje mi jakakolwiek sztuka - dziś np. zaklejałam szklane drzwi w swoim pokoju gazetami. Miałam wizję, wiedziałam jak chcę by to wyglądało - myślę, że wyszło jeszcze lepiej. Ale zastanowiło mnie w tym wszystkim coś innego - otóż moja mama stwierdziła, że w ogóle tego nie widzi, nie czuje i nie rozumie - czegoś co dla mnie było oczywiste. Wtedy właśnie doszłam do wniosku, że nie wszyscy mają jakiś taki zmysł twórczy i może to kolejny znak, żebym zrobiła coś ze swoim życiem - póki nie jest za późno.
tumblr
Tylko, że... Najgorsze jest to, iż ja sama chyba nie wiem, czego na prawdę chcę i czego od siebie oczekuję. A w tym już nikt mi nie pomoże.
Tak czy inaczej - to był dobry dzień i nikt nie ma doła. :)



EDIT: 23.10.2014
Na specjalne życzenie ciekawskiej Anelise :* :

Moje pseudoartystyczne drzwi - tak, chciało mi się. :)

Mój kubek, otrzymany z promocji Wedla. A różowy, bo... lubię! :D

czwartek, 16 października 2014

91. Nic nie dzieje się przypadkiem (?)

Witajcie. Nie byłabym sobą jeśli na wstępie nie wspomniałabym o piłce nożnej - miłości mojego życia. W sobotę, o mało co się nie popłakałam - emocje sięgały zenitu. Wiecie, do całego spotkania podchodziłam z dystansem, ale wierzyłam, że nie przegrają. Liczyłam na wynik 0:0, więc to, co się stało było dla mnie ogromnym prezentem. Do wtorkowego meczu podeszłam już nieco pewniej, wiedziałam, że mogą wygrać - bo mogli. Niemniej jednak remis też jest dobry i już nie mogę doczekać się kolejnego meczu w listopadzie. <3
Poza tym kolejny tydzień bez Internetu w centrum wielkopolski za mną. Ale... muszę Wam powiedzieć, że ma to swoje pozytywy. Przynajmniej udało mi się ogarnąć ponad 70 stron podręcznika na wczorajsze kolokwium, w co - szczerze mówiąc, nie wierzyłam. Jakoś w domu nauka mi nie szła, a tam - odcięta od świata, po prostu usiadłam i zgłębiałam tajniki MSG (międzynarodowych stosunków gospodarczych). Nie zmienia to jednak faktu, iż nie cierpię przedmiotów teoretycznych - zdecydowanie wolę LICZYĆ, LICZYĆ, LICZYĆ. Jedynym pocieszającym faktem jest to, że chociaż fragmenty książki bywały interesujące. Ale... żeby za słodko nie było, to powiem Wam, że czekają mnie jeszcze dwa kolokwia z tego przedmiotu. No cóż, jakoś przebrnę. Mimo, iż koleś prowadzący jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu, to nawet polubiłam ćwiczenia. Jest coś, co mi się w nim podoba - barwa Jego głosu. (taaaak, jako zapalona fanka muzyki zawsze jaram się INNĄ barwą głosu, niż ta przeciętna - dziewczyny, wiecie o co chodzi, prawda? :D). No, a pro po głosu...
Głos A. też zawsze mnie powalał na zajęciach i mogłabym słuchać Jego zgermanizowanych wypowiedzi godzinami. Dlaczego wspominam o A.? Ponieważ ostatnio w moim życiu dzieją się dziwne rzeczy, dość mocno powiązane ze sobą. Z tego względu zaczęłam się zastanawiać czy to tylko ogromny zbieg okoliczności, a ja sama sobie coś wmawiam, czy faktycznie w naszym życiu nie ma przypadków i to wszystko dzieje się w jakimś celu - którego kompletnie nie ogarniam, ale mam nadzieję, że już nie długo się to zmieni. Jednak... Zacznijmy od początku.
Zapewne pamiętacie, jak pisałam o urzekającym spojrzeniu A., którego niedawno widziałam pierwszy raz od... czerwca. Niby nic, a jednak coś. To niepozorne zdarzenie poniosło za sobą, w ostatnim czasie, lawinę kolejnych, które mój mózg każe mi ze sobą łączyć.
W tym tygodniu wybrałam się z dwójką moich znajomych na zakupy do PCC. Jako, iż skończyliśmy szybciej niż planowaliśmy, a kolega musiał czekać na PKS - usiedliśmy przed głównym wejściem, wygrzewając się na słońcu. Gadaliśmy o pierdołach, jak zwykle śmiejąc się z rzeczy totalnie bezsensowych - takie odmóżdżenie. W pewnym momencie coś mnie tknęło - odwróciłam się dokładnie w momencie, gdy obok przejeżdżał bus z tabliczką, na której widniała nazwa miejscowości, z której pochodzi A. Zaśmiałam się wtedy głośno "Czy Bóg chce mi coś powiedzieć?" - oczywiście wszystko obróciłam w żart, bo tak też ten przypadek potraktowałam - jako zwyczajny zbieg okoliczności.
Wczoraj idąc na wykład, nie wiedziałam, że zmienili nam salę i szukając grupy, jakaś wewnętrzna siła ciągnęła mnie na drugie piętro - w porę jednak kolega z grupy nawrócił mnie na schodach. Jak później wyczytałam z planu - A. miał tam zajęcia. (o.O - zwariowałam chyba!)
No, a na dokładkę dziś rano B. wysłał mi zdjęcie z TEJ SAMEJ miejscowości, z której pochodzi A.! B., który nie ma pojęcia o istnieniu A.!
Jak widzicie - coś się dzieje. W sumie, zawsze wygłaszałam teorię, że nic nie dzieje się przypadkiem, ale... Nie brałam tego tak niesamowicie serio. Być może dlatego, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. W sumie sama nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Jeśli faktycznie los rzuca mi pod nogi jakieś znaki, to jestem strasznie ciekawa CO chce mi powiedzieć, lub dokąd zaprowadzić. Tym samym chciałabym, żeby całą sytuacja jak najszybciej się rozwiązała - nawet jeśli miałaby się rozmyć.
źródło: tumblr
A Wy, co o tym wszystkim sądzicie? Spotkało Was kiedyś coś podobnego?

sobota, 11 października 2014

90. Życie to nie matma - nie musisz wszystkiego udawaniać!

Witajcie Kochani. Muszę się Wam na wstępie wyżalić, że JUŻ mam zapowiedziane pierwsze kolokwium, sterta notatek i piękna książeczka tylko czekają, aby chłonąć z nich wiedzę, ale... Ja jakoś nie mogę się zmotywować. Chyba jeszcze się nie rozkręciłam i mam tylko nadzieję, że do środy zdążę jakimś cudem wszystko ogarnąć (albo załatwić pytania od zaocznych xD Ależ to ZUE i nieuczciwe - wiem, przykro mi. :P) Jednak nie moje kolokwium ma być dzisiejszym tematem. 
Swego czasu dotarło do mnie, że nie ma sensu PRÓBOWAĆ udowadniać ludziom czegoś na siłę. Doszłam do wniosku, że to totalnie bez sensu. Po co chcesz za wszelką cenę udowodnić komuś, kto przez cały czas tego nie zauważył (lub po prostu było mu wygodniej tego nie widzieć), że potrafisz zajebiście śpiewać, rozwiązujesz najcięższe łamigłówki matematyczne w kilka minut czy masz idealną figurę na modelkę? Jeśli ktoś nie będzie chciał czegoś w Tobie dostrzec, to i tak tego nie zrobi – choćbyś stanął na głowie opierając się o czubek jego nosa…
Wiecie, przypomniałam sobie moje stwierdzenie, że „szkoda zachodu” czytając mój krótki opis na bloggerze.
 "Nieduża, niemała, nieładna
Niechuda, niegruba, niezgrabna
Niemądra, niegłupia, niezaradna
Niebieska, niebiała, nieczarna
Nie taka, nie siaka, nie żadna"

Nic konkretnego, nic wspaniałego – opis pasujący raczej do pokraki, życiowej niezdary – spoko, mi to pasuje. Chodzi o to, że nawet swoim opisem nie mam zamiaru wciskać Wam na siłę, że jestem jakaś OCH i ACH. Stwierdziłam, że nic na siłę. Jeśli ktoś nie polubi mnie za moje literki, nie chcę by lubił mnie za to kim jestem, za to jak wyglądam itp. Nie tędy droga moi drodzy. Dlatego też na moim blogu nie ma moich zdjęć (no czasem coś wrzucę – ekstremum to moje oczy i bodajże nogi od kolan w dół :P), odnośników do facebooka i innych pierdołek zdradzających prawdziwą tożsamość. Ale… wróćmy do tematu, bo niechcący nieco zboczyłam.
Ogólnie chciałam dziś rozważyć problem udowadniania ludziom na siłę, że się do czegoś nadajemy, że naprawdę jesteśmy w czymś dobrzy. Nie jestem w tym święta – no tak, przecież gdybym się nie sparzyła, nie mogłabym Was dziś pouczać (w sumie nadal nie wiem czy mi wolno, ale wolę żebyście się uczyli na moich błędach, niż je powtarzali).
Wiecie, swego czasu ciężko pracowałam na swoją pozycję w szkole średniej, a gdy już udało mi się osiągnąć to, co chciałam – szkołę trzeba było opuścić. Na studiach nikt nie wiedział kim jest pani Iksińska i okazało się, że moja cała reputacja przepadła. No cóż… Kilka razy starałam się udowodnić prowadzącym, że naprawdę wiem więcej niż mogłoby się wydawać. Były osoby, które to doceniły, ale zdarzyło się klika przypadków, dla których priorytetem było lizanie tyłka (a w tym niestety się nie specjalizuję – pozdrawiam z tym miejscu „kolegę” M. zostającego po każdych zajęciach dłużej w sali… - tak jestem wredna). Tak czy inaczej, nauczyło mnie to, że jeśli ludzie nie chcą czegoś zauważyć – to nic z tym nie zrobisz. Nie zauważą i już. O wiele lepiej pokazać im, że wcale Ci na ich opinii nie zależy i po prostu - robić swoje. Przynajmniej ja taką zasadę wyznaję i naprawdę od dłuższego czasu zdanie innych na mój temat mało mnie obchodzi – chyba, że osoby te są mi bliskie.
Także, tak na zakończenie – nie mam pojęcia jak wyobrażacie sobie autorkę. Może mała, zakompleksiona, ruda, piegowata z ogromnymi stopami? (Spoko, wyszło nawet komicznie. :D) Mam dystans do siebie, bo dla mnie ważne jest, że ja wiem kim jestem i co potrafię. Ważne jest to co chcę Wam przekazać, to, że z niektórymi z Was mam na prawdę wspaniały kontakt i mam nadzieję, że niektóre znajomości przetrwają na prawdę długo. ;) 
źródło: tumbrl
Chciałabym w tym miejscu jeszcze do Was zaapelować, abyście zawsze pamiętali o tym, iż najważniejsze jest właśnie to, co sami o sobie wiecie! To, że Wy uważacie się za pięknych, mądrych czy zdolnych w pewnej dziedzinie. Naprawdę nie musicie nikomu niczego udowadniać. Jeśli ktoś będzie chciał – dostrzeże w Was to co najlepsze bez problemu (nawet nie będziecie się musieli wysilać)! J  A jeśli nie… To niech spada.

Buziaki kochani i miłego dnia! :*

środa, 8 października 2014

89. Szczęście łatwo znaleźć - patrz pod nogi.

Witajcie. Wybaczcie, że bywam ostatnio tutaj tak rzadko, ale... Mam problemów z Internetem ciąg dalszy. Tak, tak - pan "ineowiec" dotarł co prawda w poniedziałkowy wieczór, jednak po podłączeniu modemu zaraz uciekł. Okazało się niestety, że mój router (wzięłam modem bez WiFi, gdyż to co było rok temu w standardzie - dziś jest oferowane za comiesięczną dopłatą - słodko) blokuje dostęp do Internetu i nie mam pojęcia co z tym dalej zrobić. Jeśli znacie jakiegoś dobrego i w miarę taniego informatyka z Poznania, to błagam o kontakt, gdyż próbując ogarnąć coś ostatnio własnymi siłami zmarnowałam CZTERY i PÓŁ godziny, z czego godzinę wisiałam na telefonie próbując wytłumaczyć informatykowi, co się właściwie dzieje. (masakra)
Okej, czas zwrócić się ku przyjemniejszemu tematowi, który chciałam dziś poruszyć - dotknięta doświadczeniem (uwielbiam takie notki, w których mogę podzielić się z Wami prawdą, którą odczułam na własnej skórze). A więc...
Wczoraj w szkole widziałam A. Tego samego, który wprawiał mnie w entuzjazm jednym uśmiechem (no okeeeej, sam jego widok wprawiał mnie w euforię). Tego, który też zdenerwował mnie podczas wakacji i z którym nie utrzymywałam kontaktu przez dobre 3 miesiące. Czas jednak uleczył mój uraz i dziś widząc Go moje wnętrze krzyczało z radości – jednak, nie było takie WOW, jak kiedyś (mój mózg mi odpuścił i przestał się nakręcać). Fakt, że liczyłam na to „przypadkowe” spotkanie, ale nie spodziewałam się tego, co miało się za chwilę wydarzyć. Wiedziałam, że właśnie tam ma zajęcia – ale nie miałam pewności, że będzie (przecież nie bez powodu notorycznie nazywałam go leserem). Szczerze? Idąc tam nawet przestałam się łudzić – odpuściłam, pomyślałam, że będzie co będzie, przecież i tak muszę tam iść. Jednak... miło się zaskoczyłam.
Gdy przechodziłam przez korytarz, widziałam te ogromne, brązowe oczy wpatrzone we mnie jak nigdy – przecież zawsze unikał spojrzenia. Nawet rozmawiając ze mną wpatrywał się w okno. A dziś – patrzył na mnie, nie kryjąc się – może nie zdążył, może nie chciał, może nad tym nie panował.
Jego koledzy na mój widok aż przerwali rozmowę – jeden z nich nie potrafił się wysłowić (zabawne, ale i bardzo miłe, gdy facet w ten sposób reaguje na Twój widok, no nie? ;)).
Powiem Wam, że nawet mnie to speszyło. Tak, mnie! A mnie naprawdę bardzo trudno speszyć, zawstydzić.  W tym momencie poczułam jednak, że nie dam rady pod tą salą czekać na wykładowcę – poszłam kawałek dalej, by nie stać koło nich. Nie wiem co mnie tak speszyło, chyba sam fakt, że się tego nie spodziewałam – naprawdę przez myśl mi nie przyszło, że ktokolwiek może właśnie tak zareagować na mój widok. Przecież nie miałam spódniczki, ani sukienki. Zwykłe czarne rurki i T-shirt - chyba nic dziwnego, że byłam zaskoczona.
Tak, tak. Jak każda kobieta dbam o siebie i wychodząc z domu chcę wyglądać jak najlepiej – ale nigdy nie mówiłam o sobie, że jestem piękna, wspaniała itp. Bo w sumie czemu to ma służyć? Nie wiem, dowartościowywać się nie muszę, a już na pewno nie po tym, co mnie dziś spotkało.
Dziękuję Panowie! U made my Day! J Dzięki temu zdarzeniu miałam nawet energię pod koniec wykładu, gdy wszyscy przeżywali już ból istnienia, a po wykładzie śpiewałam całą drogę – biedna S. musiała tego słuchać – brawa dla niej.
źródło: tumblr
Tak czy inaczej, podsumowując – jeden mały gest potrafi naprawdę odmienić dzień i sprawić, żeby uśmiech z twarzy nie znikał. Szukajcie w swojej codzienności takich małych iskierek – potrzeba naprawdę niewiele, by znaleźć powód dla którego cały dzień stanie się lepszy. Nie zawsze musi to być zależne od kogoś innego - pomyślcie sami, co jest w stanie natychmiastowo poprawić Wam humor, nie wymyślając - coś codziennego, zwyczajnego. 
Hmmm.... Może zrobimy tak: mam dla Was zadanie! Napiszcie proszę CO SPRAWIŁO, ŻE DZIŚ UŚMIECH POJAWIŁ SIĘ NA TWOJEJ TWARZY? :)

piątek, 3 października 2014

88. Ostatni rok...

Witajcie. Pierwszy "tydzień" nauki za mną. Jeżeli 3 dni można nazwać tygodniem (ogólnie jeśli chcecie mieć mało zajęć i mnóstwo wolnego czasu - polecam FIR. Z tego miejsca pozdrawiam również kolegów z logistyki, którzy spędzają w szkole 8 godzin dziennie). W moim mieszkaniu Internetu jak nie było, tak nie ma - łaskawcy podłączą mnie do sieci w poniedziałkowy wieczór, więc postanowiłam wrócić do domu - przynajmniej tutaj, na wsi (paradoksalnie) jest cywilizacja! :D
 Dziś chciałam podzielić się z Wami moimi małymi fanaberiami.
Ostatnio odkryłam dlaczego tak bardzo nie chcę, aby ten rok akademicki się rozpoczynał. Czułam to od początku wakacji - chciałam by trwały wiecznie, nie chciałam wracać, chociaż lubię powroty. Przecież to ciągły kontakt z ludźmi, którzy są mi bliscy, ciągle coś się dzieje, nie można się nudzić. A jednak tym razem jestem tak bardzo na nie. Całe moje wnętrze próbuje jakby krzyczeć, wyrywać się w drugą stronę, szukać sposobu, by cofnąć lub chociaż zatrzymać czas. Niestety - nie da się, a ja muszę iść dalej.
Wiem, że z początkiem roku akademickiego dni popłyną szybciej. Ani się nie obejrzę, a będą święta, potem sesja, ferie, święta, maj, znów sesja i koniec. Wszystko minie bardzo szybko, jak co roku. Jednak tym razem zdecydowanie za szybko.
Jest to mój ostatni rok. Ostatni rok, w którym będę studiować dziennie. Mega beztrosko, leniąc się przez pół dnia i wychwalając życie studenta dziennego. Będę mieć mnóstwo czasu dla siebie, jak i innych. Będę się uczyć, zakuwać, pisać projekt i narzekać jak bardzo mi się nie chce już patrzeć na tę stertę notatek. Ale nie to jest dla mnie najgorsze, nie to...
Nie boję się nawet tej śmiesznej obrony. Pójdę jak na każdy egzamin. Prezentacja? Przecież to lubię, gdy wiem o czym mam mówić, nawijam jak najęta i podobno w ogóle nie widać po mnie zdenerwowania. Nie... Obrona to nie problem.
Problemem dla mnie jest pytanie CO POTEM? Potem miałam iść do NORMALNEJ pracy, zarobić. Miałam się wyprowadzić i zamieszkać z B. Tak sobie planowaliśmy, jeszcze w szkole - wtedy to było piękne i takie... odległe. Teraz niestety widzę to już na horyzoncie. Pewnie zastanawiacie się dlaczego niestety.
Za każdym dniem, gdy jestem bliżej tego usamodzielnienia się w pełni odczuwam strach. Nie wiem dlaczego. Może, że sobie nie poradzę, że będę musiała wstawać co rano do pracy, użerać się z upierdliwym pracodawcą lub wrednymi koleżankami z pracy? Wiecie, nawet to mnie aż tak nie rusza. Najbardziej rusza mnie ta cała przeprowadzka. No okej, niby mieszkam sama, większą część roku w Poznaniu. Radzę sobie, jest super. Nikt nie spogląda mi przez ramię - taka wolność jest człowiekowi potrzebna. No to czego się boję?
Boję się myśli, że mój dom nie będzie już moim domem. Wiecie, przeprowadziłam się do moich dwóch pokoi z łazienką w wieku czternastu lat - życie jak w bajce. Mam wrażenie, że jeszcze się tutaj nie na mieszkałam. Boję się, że będę za bardzo tęsknić za tym miejscem, w którym mam spokój. Za moim miejscem, w którym wylewałam hektolitry łez, bazgrałam całe stosy rysunków, śpiewałam setki piosenek. Boję się, że już nigdy nigdzie nie będzie mi tak dobrze i bezpiecznie jak tu. Bo przecież tutaj wystarczy, że zejdę na dół do mojej mamy podzielić się problemem, zawołam brata, żeby się przytulić, gdy mi źle. Dlatego tak bardzo chcę nacieszyć się tym miejscem, każdą sekundą spędzoną tutaj, jako domownik, bo wiem, że czas w którym się wyprowadzę zbliża się nieubłaganie. Nie wiem czy będzie to już za rok, za półtorej czy za trzy. Mimo wszystko widzę tę chwilę przed sobą i wizja stawiania własnych kroków samodzielnie mnie przeraża. Wiadomo - urządzanie własnych kątów jest czymś wspaniałym, ale to nie to samo. Chociaż...
źródło: tumblr
Może faktycznie właśnie tam będzie MOJE miejsce. Może właśnie tam będę się czuła najlepiej. Może potrzebowałam napisać tego posta, żeby zrozumieć, że nie można się bać nieznanego. Naturalna kolej rzeczy. Przecież wszyscy sobie radzą i nikt nie mówi, że się boi. A może po prostu się wstydzą? Będzie co będzie... Ale powiem Wam - teraz boję się mniej.