niedziela, 28 września 2014

87. Mój EX to...

Witajcie, dziś z ogłoszeń parafialnych mam do zakomunikowania tylko tyle, że wyjeżdżam do Poznania i nie mam tam jeszcze Internetu. Nie chciało mi się specjalnie jeździć i załatwiać, to pójdę jutro - po szkole. A no tak - bo biedna ja już jutro zaczynam (tak bardzo na NIE). Także, z przyczyn przeze mnie wypisanych - będę nieobecna jakiś czas. Mam nadzieję, że nie zbyt długo (co prawda mam telefon, ale pisanie z telefonu nie jara mnie). Na ten czas zabrałam sobie kilka książek, więc nie martwcie się o mnie - z nudów nie umrę, a i zerkać tutaj będę na pewno. Pozostaje jedynie modlić się o łaskę panów z INEI, żeby im się chciało jak najszybciej połączyć mnie ze światem.
Co do dzisiejszego tematu, to jest to temat który mega mnie bulwersuje. Mianowicie nastawienie do naszych EX.
Nie wiem jak Wy, ale ja NIGDY na żadnego z moich ex nie powiedziałam złego słowa, dlatego tak strasznie drażni mnie, gdy ktoś z kimś zrywa, rozstaje się i zaczynają się sypać epitety przeplatane ogólnym poczuciem wstrętu. Czaicie to??? Jak tak można?! Jak można tak diametralnie zmienić stosunek wobec kogoś, kogo kochaliśmy albo chociaż de facto "coś" nas łączyło?? Kompletnie tego nie ogarniam i wkurwia mnie taka niedojrzałość - bo jak TO inaczej nazwać?
Cały bulwers urósł mi do rozmiarów kosmicznych gdy takie zjawisko zaczęło mieć miejsce w moim otoczeniu. Moja koleżanka była z chłopakiem kilka lat. Piękny związek, byli wzorem dla innych. Mówiono o nich "ulubiona para" - po prostu och i ach. Aż tu nagle, kilka miesięcy temu się rozstali, no i co ja teraz słyszę? Na jego temat "Kto? Nie znam". Rzeczy od Niego stały się nagle "ble, weź to wyrzuć/spal/utop", nawet Jego rodzinne miasto oberwało, bo owa koleżanka nagle nie lubi tego miasta i ma do niego awersję. Czy takie zachowanie jest normalne?!
Ja osobiście uważam, że nie. No cholercia! Jeszcze rok wstecz była w nim totalnie zakochana, trzymali się za ręce, sypiali w jednym łóżku, a dziś jest nagle osobą NIEZNANĄ (aż się prosi o pocisk pro po sypiania z nieznajomymi - tak, jestem wredna).
Ogólnie takie zachowanie uważam za mega niedojrzałe, na poziomie gimnazjum albo jeszcze gorszym (przepraszam wszystkich rozsądnych gimnazjalistów, chociaż ja, nawet w gimnazjum się tak nie zachowywałam). Czasem mam ochotę wziąć tę koleżankę i strząsnąć z zapytaniem ILE TY MASZ LAT?! 12 czy 22?! No ręce mi po prostu opadają na takie zachowanie.
Może to jest "normalne", może to ja jestem dziwna, ale na prawdę nigdy, przenigdy nie powiedziałam nic złego na temat swojego ex, nawet tego, który mnie zdradzał. Nie i koniec. Mało tego - gdy ktoś zaczynał jakieś pociski w mojej obecności - natychmiast go uciszałam.
Jeśli ktoś z Was zastanawia się dlaczego, to już mówię. Przecież "coś" nas łączyło. Nawet jeśli to nie była miłość, nawet jeśli na miłość byliśmy za młodzi i za głupi, to jednak "coś" między nami było. Całowaliśmy się, mówiliśmy sobie czułe słówka, byliśmy blisko - dlatego też nie jestem w stanie pojąć pojawiającej się po rozstaniu nienawiści. Ludzie zapominają o tym co było dobre i zaczynają wyolbrzymiać same złe rzeczy. Pewnie ktoś powie, że próbują w ten sposób zaleczyć ranę w sercu. A wiecie co ja Wam na to powiem? Niech najpierw sami pójdą się leczyć! Jeśli ktoś nie potrafi szanować swoich byłych, nie dorósł jeszcze do prawdziwego związku.
źródło: tumblr
Jeśli nie umiesz powiedzieć nic dobrego, lepiej nie mów nic. 
Amen.

czwartek, 25 września 2014

86. Lubię gdy boli...

...do wszystkich ZBEREŹNIKÓW: dziś będzie o SPORCIE! 

Witajcie. Muszę się Wam przyznać, że przez ostatnie dni w ogóle nie miałam głowy do bloga. Oczywiście sama sobie jestem winna, no bo przecież tak to jest, jak się wszystko załatwia na ostatnią chwilę. Tak więc całymi dniami szukam ostatnich potrzebnych mi rzeczy do mieszkania, przez moje podwórko przetaczają się istne pielgrzymki kurierów, ale to już końcówka - całe szczęście.
Nie mając totalnie głowy do pisania postów filozoficznych postanowiłam napisać o tym, co jest mi bliskie na co dzień. Czyli o sporcie i ćwiczeniach - jednak jak na mnie przystało, nie w sposób prosty, a zawiły. Chcę poruszyć bowiem temat bólu wywołanego sportem.
Każdy z nas kiedyś go doświadczył (mam taką nadzieję!) - zwłaszcza teraz, gdy sport stał się taki modny - i dobrze. Może chociaż moda przekona niektórych, że warto robić coś dla siebie. Ja jestem osobą mega aktywną i mimo braku czasu i skupienia, późnym wieczorem - zawsze odnajdę chwilę na to, aby poćwiczyć. Jednak nie jest to takie sobie ćwiczenie bez celu. Otóż jakieś 10 miesięcy temu uparłam się na umięśniony brzuch i od tego czasu tak sobie go rzeźbię. A co jest dla mnie w tym rzeźbieniu najlepsze? Otóż ból właśnie. Uwielbiam czuć, że z mięśniami coś się dzieje, że moje ćwiczenia nie są dla nich lekkie i łatwe, a że muszą się właśnie wysilić - bo wiem, że właśnie to przynosi efekt.
Taką samą radochę miałam, gdy umówiłam się z CHŁOPAKAMI na bieganie (moje pierwsze po około czteromiesięcznej przerwie). No i pobiegliśmy 8 km - ludzie, ja siedzieć w pociągu nie mogłam, tak mnie uda bolały, ale za to później, gdy już biegałam sama, żadnych problemów nie miałam. Chociaż powiem Wam, że ostatnimi czasy zrezygnowałam z biegania, ponieważ stwierdziłam, że mam za bardzo umięśnione uda. Fakt, bardziej podoba mi się umięśnione ciało, niż taka nieuformowana "galaretka" , ale z racji tego, iż nie chcę mieć nóg jak piłkarze (och co ja piszę! :P) zrobię sobie zimową przerwę od biegów i zostanę tylko przy swoich brzuchu, od którego ciągle wymagam więcej (czy popadłam w jakiś rodzaj obsesji? :P Mam nadzieję, że to dobra obsesja).
źródło: tumblr
Tak czy inaczej - zazwyczaj nie lubimy, gdy coś nas boli - no to raczej normalne, ale moim zdaniem ból związany ze sportem jest inny, inaczej "smakuje". Daje nam swego rodzaju satysfakcję, że daliśmy z siebie na prawdę dużo i za każdym razem chcę go więcej. Podczas każdych ćwiczeń, gdy odczuwam ból - w mojej głowie pojawia się "jest dobrze!" i motywuje do tego, żeby nie przerywać, żeby skończyć tę serię. Później poleżę chwilę, aż przejdzie. Najwyżej nie będę mogła chodzić po schodach czy spać na brzuchu - oj tam. Dla mnie to nic. Nie wiem jak Wy, ale ja na prawdę LUBIĘ GDY BOLI mnie po treningu.

poniedziałek, 22 września 2014

85. Lubię Bazgrolić Anonimowo - LBA .

Witajcie. Nawet nie macie pojęcia jaki miałam zabiegany weekend. Otóż MAM MIESZKANIE! (nawet nie wiecie, jak bardzo nie mogłam się doczekać, żeby to napisać i odetchnąć z ulgą). Tak więc cała sobotę spędziłam na przeprowadzce i bieganiu po mieście na trasie DZIEKANAT-MIESZKANIE. Tak swoją drogą, chcecie receptę na wzmocnienie mięśni ud i pośladków? Pobiegajcie sobie na 11. centymetrowych obcasach cały dzień. Szczerze? Pierwszy raz odczułam taki ból dupy (dosłownie xD) i do dziś mi nie przeszło. Mięśnie dostały wycisk, mam tylko nadzieję, że skutkiem tego nie będzie efekt brazylijski na mojej pupie, bo się załamię chyba. xD
Tak więc mam te swoje cztery kąty, na tych swoich ulubionych Ratajach. Och i ach - znów będę wychodzić na ostatnią chwilę na uczelnię i zdążę na zajęcia <3 .
Z racji tego, iż nie wiem za bardzo o czym miałabym pisać - poza moim nowym mieszkaniem (co uważam ze bezsensowne, bo nie wiem co ten opis miałby wnieść w Wasze życie :P) postanowiłam odpowiedzieć na pytania z LBA, do których nominowała mnie Anelise (nie, nie dostaniesz czekolady! :D).
Okej, no to zaczynam!

1. Jakie wspomnienie kojarzy Ci się nieodłącznie ze szkołą podstawową?
Bezapelacyjnie jest to wspomnienie związane z moją koleżanką, która zawsze wracała ode mnie do domu ZA PÓŹNO i za każdym razem tłumaczyła się mamie "A bo wiesz, szłam sobie spacerkiem..."

2.Każdy z nas ma takie piosenki przy których płakał ze szczęścia albo cichutko płakał ze wzruszenia. Proszę podaj kilka tytułów.
Ohoho, przez moje życie przewinęło się chyba z milion utworów, gdyż nie wyobrażam sobie bez niej życia, więc myślę, że coś wybiorę.
Piosenki wzruszające:
The Used - On my own  - piosenka, która w moim przypadku wiąże się ze złamanym serduchem, po szczeniackiej miłości do osoby wspomnianej w poprzednim poście.
Britney Spears - Everytime - jak mi źle, to ją włączam i ryczę, a gdy dodatkowo odpalę teledysk, to ryczę podwójnie.
Rihanna - Stay - może nie płakałam przy niej, ale ściska mnie za serducho tak, że jestem bliska płaczu.
Z kolei radosne:
Pezet - Super girl (Auer remix) - jakąś taką radochę mi sprawia ta piosenka, utożsamiam się z nią, z tekstem, jakby Paweł śpiewał do mnie. :D
Rihanna - We found love - podoba mi się taki ZUY teledysk. <3 A dodatkowo kojarzy mi się z after party z Dj. Adamusem, więc w ogóle mnie nastraja pozytywnie.
Michael Mind Projekt - Nothing lasts forever  - NIC NIE TRWA WIECZNIE - czy to nie piękne??

i tak serio, to mogłabym wypisać tych utworów lekko ponad pięćdziesiąt. :D

3. Twój dzień zaczyna się od..., a kończy na...?
Zaczyna się od złapania telefonu i ogarnięcia, która to godzina, a kończy się ulubionym serialem.

4. Kiedy poznałaś swoją pasję i ile czasu obecnie jej poświęcasz?
Swoją pasję poznałam chyba gdy byłam małym dzieciakiem - bo chyba wtedy uczymy się rysować. Niestety obecnie nie poświęcam jej czasu, chyba, że zaliczę do tego kontemplowanie mojej "sztuki" wiszącej na ścianach pokoju. :P
Drugą pasją którą odkryłam jest blogowanie - tym zajęłam się na poważnie ponad 9 miesięcy temu, no i jak widzicie, poświęcam się temu kiedy tylko mam czas. :)

5. Proszę wymień dziesięć słów, które przychodzą Ci na myśl, gdy wspominasz swój rodzinny dom.
Koty, psy, ogród, kwiaty, zieleń, mama, tata, Paweł, obiad, miłość. :)

6. Będąc dziećmi nieraz oszukiwaliśmy przeznaczenie. Czy pamiętasz jakąś sytuację, kiedy to byłaś o krok od nieszczęścia?
Jasne, że pamiętam. Kiedyś bawiłyśmy się z sąsiadką w policjantki i machałyśmy rękami (jakby próbując je zatrzymać) do rozpędzonych na drodze samochodów. W sumie to cud, że nikt nas nie przejechał. Ale dostałyśmy wtedy niezły ochrzan od mojej mamy. :P

7. Wyjście z domu bez makijażu to odwaga, na którą stać nieliczne kobiety czy zupełnie normalna sprawa? 
Nie maluję się codziennie. Także, gdy nie muszę nigdzie jechać to chodzę naturalnie, nawet gdy ktoś do mnie przyjedzie to nie biegnę się szybko ogarniać. Jednak do szkoły czy na jakieś dalsze wyjazdy zawszę się maluję, bo po prostu czuję się lepiej (no i bez makijażu wyglądam jak dzieciak :P)

8. Najgorsza książka jaką przeczytałaś z życiu i dlaczego Ci się nie spodobała.
Turururu! Teraz zbulwersuję wszystkich wielbicieli historii itp. POTOP - to było najgorsze co "czytałam". W sumie przeczytałam 3 strony i nie dałam rady więcej. Język bym sobie połamała, nic więcej.

9. Wymień proszę kilkanaście miejsc, które musisz zobaczyć przed śmiercią? 
KILKANAŚCIE?! Ano okej - dam radę.
Muszę wrócić jeszcze do Warszawy i Berlina. Chętnie obejrzę Londyn i Paryż. Wakacje spędzę na Teneryfie, a później w Dubaju. Pojadę na karnawał do Rio. Muszę pojechać do Nowego Yorku - dokładnie na Upper East Side, zajrzę jeszcze na chwilę do Los Angeles, pobaluję w Las Vegas i zrobię karierę w Hollywood. (hahah) Później w Tokio przejdę się najbardziej kolorową dzielnicą świata - Harajuku. Wracając zahaczę o Portugalię i Hiszpanię. (uff, udało się :D)

Dubaj. źródło: google

10. Dziś czy jutro? Który dzień jest dla Ciebie ważniejszy? [nie chodzi mi o konkretną datę, a o pojęcie ogólne].
Zdecydowanie dziś. Zawszę mówię, że liczy się tu i teraz, a co będzie jutro - tym będę się przejmować jutro. No, a po drugie - jutra może nie być. :)

11. Mój blog, to dla mnie...?
...moje własne, idealne miejsce, w którym bezkarnie mogę wyrażać swoje zdanie na każdy temat. Czuję się przy tym anonimowa, bo zupełnie nikt nie wie, że ja to ja. :)

Okej, a więc ja się uporałam, teraz pora na innych. Do udzielenia odpowiedzi na te pytania nominuję:
Natalia Orlika - w podziękowaniu za poprzednią nominację :D
Silvercornflower - również odwdzięczam się za nominację do poprzedniego TAGU :D
Nika K. - jestem ciekawa jak odpowiesz na te pytania. :)

Więcej typów nie mam. Także - do dzieła dziewczyny!

czwartek, 18 września 2014

84. Alte Liebe rostet nicht!

...czyli w wolnym tłumaczeniu "Stara miłość nie rdzewieje!"

Witajcie. Dziś postanowiłam, że trochę popłynę. Popłynę po uczuciach - bo cóż, dawno tego nie było, a i zjawiło się ostatnio kilka czynników, które takowym rozważaniom sprzyjają (w sumie niczym innym się dzisiaj nie zajmowałam). A co do tytułu, dlaczego po niemiecku? Tak jakoś - sytuacyjnie. 
Wczorajszej nocy, jakimś cudem zasnęłam koło czwartej - dziś chodzę nieprzytomna. Ale uwielbiam takie noce, gdy leżę niby spokojnie, a muzyka wydobywa moje uczucia na wierzch - tak, że niczego nie chce się ukrywać, a może nie jest się w stanie już niczego ukryć...

Ludzie - jedni pojawiają się w naszym życiu, inni - z niego odchodzą. Są jednak osoby, które pozostają częścią naszego życia, nawet jeśli nie ma ich przy nas fizycznie. Są wspomnienia, które wracają jak bumerang, po usłyszeniu choćby jednej nuty. 
Mijają lata, a ludzie się zmieniają (fizycznie) - dorastają, nie wyglądają  już tak jak wtedy, gdy się poznaliśmy. A mimo to, w każdym z nas jest fizyczna część, która pozostaje taka sama - mimo upływu lat. Oczy, głębia spojrzenia. 
Możesz ściąć lub zapuścić włosy, możesz się przefarbować czy zrobić dready. Możesz zrobić sobie mnóstwo kolczyków na twarzy lub wytatuować całe ciało. Możesz wyszczupleć lub przytyć - Twoje oczy wciąż będą takie same. Zawsze będę z nich czytać, tak samo, jak kiedyś z ciemnobrązowych oczu zagubionego chłopca - dziś, mimo iż minęło osiem lat widzę w oczach mężczyzny ciągle tego samego, zagubionego chłopca. Chłopca, którego dziś chętnie poprowadziłabym za rękę. Niestety - nie mogę. (zawsze zakochiwałam się w dwóch rzeczach, zanim pokochałam kogoś tak "właściwie" - w oczach i w głosie).
Wiem, że przez te kilka lat w ogóle się nie interesowałam. Może byłam zła, może po prostu chciałam odejść przytłoczona presją otoczenia, która wytykała mi uczucie do tego, co tworzysz (na prawdę byłam znienawidzona - co wówczas było dla mnie nowością, dziś - codzienność, nie przeszkadza mi to). Chyba byłam za młoda, zbyt niedojrzała do tego, aby stać wiernie przy Twoim boku i Cię bronić. Poddałam się, ratując swój tyłek i zapominając o Tobie. Ale wiesz co? To uczucie nie umarło. Nieraz ukradkiem wracałam, patrzyłam i słuchałam. Słuchałam głosu, którego uwielbiałam słuchać, patrzyłam w oczy, w które uwielbiałam patrzeć. Nieczęsto, ale co jakiś czas. Systematycznie - pamiętałam. Chciałam nawet wrócić, o tak chętnie bym wróciła, ale... nie miałam do czego. 

Tak wiele wspomnień wróciło, gdy Go zobaczyłam. Nie dzieciaka, a mężczyznę - zupełnie innego. Mimo to, od razu poczułam to co kiedyś, dokładnie to samo. Poczułam, że jest taki sam, mimo, że inny. Tylko skąd wiedziałam, że to On, skoro się zmienił? Coś mi podpowiedziało... Teraz wiem, że jest we mnie jakaś mała część, która została przez Niego zniewolona lata temu i już zawsze będzie do niego należeć. Już zawsze będę się rozpływać przy każdej nucie, już zawsze będę nałogowo pochłaniać każde słowo, nie znając umiaru, aż w końcu przedawkuję (jeśli to w ogóle możliwe) topiąc się w głębi ciemnobrązowych oczu, przepełnionych iskierkami. Takimi samymi, jak kiedyś.

Skoro nie wolno mi Ciebie kochać, będę kochać Twoją muzykę... Chociaż tyle. 
źródło: tumblr
(Czytałam ten tekst chyba z piętnaście razy, zastanawiając się czy nie zagubicie się w nim zbytnio. Z drugiej strony - chyba chciałam Was nieco zakręcić. A tak, żeby raz na jakiś czas nie podawać wszystkiego wprost, żeby trzeba było się czegoś domyślić, coś dopowiedzieć samemu. A może nawet... znaleźć tam cząstkę siebie.)

wtorek, 16 września 2014

83. Pod gradobiciem pytań.

Witajcie. Mój zły humor powoli mija, zwłaszcza, że wczoraj wygrałam dwa lakiery do paznokci, na blogu u Klaudii. (tak, tak - musiałam się pochwalić, skoro szczęście się zaczyna do mnie uśmiechać). Właśnie dziś też nadszedł dzień, w którym pokażę Wam odpowiedzi na pytania, które zadała mi w nominacji do LBA Natalia Orlika - bardzo dziękuję. :) Nie przeciągając dłużej - zapraszam do czytania.

1. Skąd pomysł na założenie bloga?
A więc, chciałam mieć takie swoje anonimowe miejsce, gdzie będę mogła przelać swoje wszystkie myśli, żale, spostrzeżenia. Miejsce, w którym ludzie powiedzą mi, że mam rację lub że się nie zgadzają, a przy tym nikt nie będzie wiedział kim jestem na prawdę, nikt nie będzie zwracał uwagi na mój wygląd, a tylko i wyłącznie na osobowość.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze przy pisaniu bloga?
Hmm... Chyba najbardziej skupiam się na języku wypowiedzi. Zależy mi na tym, aby teksty czytało się szybko i przyjemnie, aby zdania do siebie pasowały i nie kaleczyły gramatyki. Zwracam też dużą uwagę na tematy, które poruszam. Nie chcę bowiem Was męczyć ciągle ciężkimi tematami, tak samo - zbyt lekkimi czy samymi TAGami. Podsumowując - najważniejsze jest dla mnie to, ażeby to Wam się tutaj podobało.

3. Gdybyś miała wybrać jedną książkę, którą mogłabyś polecić byłaby to...
Hahaha, no to tutaj polecę, myślę, dość oryginalnie. Książka piłkarska "Futbol obnażony". Książka pisana przez Anonimowego Piłkarza, który zdradza sekrety i całą prawdę o piłkarzach i ich świecie - bez cenzury. Jak dla mnie - fanki futbolu, to najlepsza książka jaką czytałam. Dowiedziałam się wielu rzeczy - również tego, że piłkarze wcale nie są takimi aniołkami. ;) (kiedyś obiecałam recenzję tej książki także spokojnie - zrobię to.)

4. Jaki jest Twój ulubiony serial?
Otóż niepodważalnie i bezapelacyjnie Gossip Girl. Spodobał mi się od pierwszego obejrzanego przeze mnie odcinka, w dodatku spodobał mi się tak bardzo, iż teraz oglądam całą serię raz jeszcze - co tu dużo mówić - skradł moje serce.
źródło: tumblr
5. Jaką porę roku najbardziej lubisz i dlaczego?
Lato, lato, lato! Dlaczego? Bo jestem człowiekiem ciepłolubnym i temperatury powyżej 25 stopni radują moje serce, jak nic innego. Uwielbiam się opalać, wylegiwać na plaży czy na materacu w basenie - dlatego też ta pora roku jest dla mnie idealna i mogłaby trwać przez cały rok (chyba muszę się przeprowadzić :D)

6. Najgorszy film jaki kiedykolwiek oglądałaś?
Uuuu... Ciężkie pytanie. Ogólnie bardzo lubię horrory, ale nienawidzę, gdy ich cała straszność ma się opierać na pływającej wokoło krwi, ludzkich wnętrznościach itp - uważam, że to nie jest straszne, ale obrzydliwe. Dlatego też myślę, że najgorszy był dla mnie Hostel - dotrwałam do momentu przecięcia ścięgien Achillesa, dalej nie byłam w stanie tego oglądać.

7. Jakiej potrawy najbardziej nie lubisz?
Hmm... Czego to ja mogę nie lubić. Nie lubię wołowiny (także wszystkie McDonaldy, Burger Kingi itp. nie zarobią sobie na mnie - sorry :D), więc mogę odpowiedzieć, że nie zjadłabym steku.

8. Jak spędzasz wolny czas?
To zależy czy jestem sama, czy z kimś, no i jaką mamy pogodę. Najczęściej przeglądam Internet, jestem TU, gdy jest ciepło - biorę książkę i idę na dwór ją czytać, czasem rysuję słuchając muzyki, ćwiczę, a gdy jestem z B. - oglądamy filmy.

9. Jakiej rzeczy nigdy nie zrobisz?
Ciężkie pytanie, ponieważ nie wiem przed jakimi wyborami postawi mnie życie, dlatego też trudno mi powiedzieć, że nigdy nie zrobię tego czy tamtego - bo nie wiem, co mnie czeka. Ale myślę, że na pewno NIGDY NIE ZMIENIĘ PŁCI - bo kocham być kobietą. :D

10. Twój najdroższy kosmetyk jaki kupiłaś.
Eeee... To teraz mnie zakasowałaś. Powiem tak - cena większości moich kosmetyków mieści się w granicy 10 zł, maksymalnie 20. - tak, kosmetyki to coś na czym oszczędzam. Uważam, że nie warto wydawać nie wiadomo ile kasy na coś, co ma o wiele tańszy zamiennik o takim samym czy podobnym działaniu. A co do droższych kosmetyków - wartych swojej ceny, to kupuje je na promocjach, także też nie przekraczają postawionej przeze mnie granicy. Tak więc, jak już mam wskazać ten najdroższy (aż się musiałam przejść do pokoju i łazienki, żeby obczaić co ja tam mam :D ) to strzelam, że będą to kuleczki brązujące AVON. Ich regularna cena wynosi około 60 zł, więc na promocji zapewne przekroczyły dwie dyszki. :P

11. Bez jakiego kosmetyku nie wyobrażasz sobie życia?
Tutaj poleciałam drogą eliminacji - jakby to było, gdyby ten jeden kosmetyk nie istniał. Doszłam do wniosku, że bez antyperspirantu byłoby ciężko. :P Jestem osobą aktywną, codziennie uprawiam sport, więc antyperspirant jest dla mnie niezbędny.


No i tyle. Macie więcej pytań? Chętnie odpowiem - tu lub na asku (tak obiecuję zaglądać tam częściej, bo ostatnio się przeraziłam) Pozdrawiam!

niedziela, 14 września 2014

82. Nie wszyscy zasługują na drugą szansę.

Cześć wszystkim. Ale jestem zła. Nawet nie macie pojęcia. Ale po kolei.
Wiele razy słyszałam, że każdy zasługuje na drugą szansę, że każdy może się zmienić, że jesteśmy tylko ludźmi i takie tak pierdoły. Otóż nie - nie wszyscy zasługują na drugą szansę. Nie mówię tego ot tak sobie, bo mam takie widzi mi się - mówię to z doświadczenia. Doświadczenia, które wczoraj nieźle kopnęło mnie w dupę...
Jakiś czas temu spotkałam się z koleżanką z byłej klasy. Zawsze uważana za wielką dziw...ną panią. Od zawsze fałszywa - przyjaciółka wszystkich i nikogo zarazem. Każdego pogłaszcze i każdemu wbije nóż w plecy. Ulubione zajęcie? Obrabianie ludziom dupy. Pytanie - dlaczego więc postanowiłam się z nią spotkać? A no właśnie z powodu dawania ludziom drugiej szansy. A poza tym... Urodziła dziecko, ma faceta - pomyślałam, że się zmieniła, dorosła i porozmawiamy jak dwie dorosłe kobiety i tak pozostanie także po zakończeniu spotkania. Niestety KOLEŻANKA ani nie dorosła, ani nie zrezygnowała z dawnych zwyczajów. Nie dość, że wypaplała dalej wszystko co jej powiedziałam, to na dodatek obrąbała mi dupsko w taki sposób, że prawie pokłóciłam się z moją K. i o mało co - nie miałabym gdzie mieszkać od października i z kim rozmawiać w szkole.
Wiecie, poszłam do niej, jak do kogoś neutralnego. Mogłam powiedzieć co mi leży na wątrobie, co mi ostatnio nie pasowało, nawet pożartowałam z beznadziejnych sytuacji - jak to ja. Na poważnie to się leży - sami wiecie gdzie. A ona każdy mój żart podała dalej jako śmiertelną prawdę. Ręce mi opadły i jestem tak wściekła, że słów mi brak. Mam nadzieję, że chociaż tutaj uda mi się jakoś rozładować napięcie.
Także, jak pisałam na początku. Nie wszyscy zasługują na drugą szansę - popierdolona suka zawsze będzie popierdoloną suką i nie zmieni jej nawet dziecko (które z resztą jest owocem wpadki - współczuję ojcu dziecka, że jest teraz z nią związany do końca życia). Wiadomo, dziecko nie jest niczemu winne - niech będzie szczęśliwe, ale takiej matki mu współczuję. Wszystkie koleżanki się od niej odwracają - ciekawe dlaczego. A niech spróbuje się jeszcze do mnie odezwać... Nie ręczę za siebie, a raczej za swój cięty język...
W sumie nie wiem skąd się to bierze. Taka nienawiść do mnie. Fakt, była od zawsze, przykryta płaszczykiem fałszywej "przyjaźni". Taka, że niby LUBIĘ CIĘ, ale tak naprawdę nigdy nie było między nami dobrze. Zawsze uważała się za lepszą, piękniejszą i w ogóle naj. A tutaj - o proszę. Zaliczyła wpadkę, gdzie wszyscy ją wyśmiali (z racji tego, iż spała z niezliczoną liczbą facetów, którzy znają się wzajemnie) - a ja? Ja sobie spokojnie studiuję dalej, na dziecko mi się póki co nie zanosi, mam przyjaciół - wszystko zgodnie z planem. Więc co? Musiała namieszać, musiała spróbować wszystko spierdolić... Teraz wiem, że błędem było to spotkanie, to że w ogóle się zgodziłam. Głupia ja, nawet nie wiecie jak żałuję. Ale jak to mówią - ludzie uczą się na błędach - ja dostałam zajebistą lekcję...
źródło: tumbrl
Przeprosiłam K. za to, że w ogóle cokolwiek powiedziałam tej suce. Mówi, że jest okej, nie gniewa się, mamy o tym nie gadać. Ale... Ale ja nadal nie wiem czy będę w stanie jej spojrzeć w oczy po tym wszystkim. Tak strasznie mi źle i jestem taka zła... Nie wiem czy bardziej na sukę, cze bardziej na samą siebie... Mam ochotę się gdzieś schować i nie wychodzić. Chyba, że iść kilka ulic dalej... Ale co bym tej małpie powiedziała??? Nic, nie no szkoda zachodu. Nie ma sensu dawać jej satysfakcji.
Błagam Was, podnieście mnie jakoś z tego dołka, bo się załamię totalnie... (chyba, że z czasem samo mi przejdzie)

piątek, 12 września 2014

81. Lustereczko powiedz przecie... Minęłam Cię pięć minut temu w toalecie???

Witajcie Kochani. Przyznam się Wam, że chciałam już wczoraj coś do Was napisać - ba, nawet napisałam całą notkę, ale po skończeniu zamiast ją opublikować poszłam na kolację. Po powrocie uznałam, że jest beznadziejna i po prostu ją usunęłam. Później jakoś nie miałam weny na nic nowego i zaczęłam odpowiadać na pytania zadane mi w LBA - publikacji odpowiedzi możecie się spodziewać w najbliższym czasie (nie wiem kiedy skończę). No a że pytań wiele i odpowiedzi dość obszerne - nie zdążyłam w określonym czasie (mam dość uporządkowany plan dnia, którego staram się trzymać). Dopiero w momencie, gdy powinnam iść spać naszła mnie ogromna wena, której postanowiłam nie ignorować w obliczu ostatnich kryzysów twórczych. Także napisałam cały post, jednak z publikacją wstrzymałam się do "rana", bo wiecie - z pracą mózgu o drugiej w nocy różnie bywa. Wolałam sprawdzić świeżym umysłem, jak się to wszystko czyta. Także nie mając dalszych zastrzeżeń zostawiam Was z moimi nocnymi spostrzeżeniami.
Nie często zerkam w lustro, przez co wielu zmian, które we mnie zachodzą - po prostu nie zauważam. A może to dlatego, że widuję się codziennie? Nie dostrzegam drobnych rzeczy - tak jak wzrost dzieci, gdy z nimi mieszkamy - na co dzień nikt z domowników nie zauważa, że dziecko urosło, ale nagle ubranka stają się za małe - właśnie NAGLE. Zauważamy kumulację tych małych zmian, które tworzą coś wielkiego. Może też tak jest właśnie ze mną. Nie lustruję się codziennie, nie latam wokół siebie z miarą, po prostu nie. Nie odczuwam takiej potrzeby, a potem - a potem jestem zdziwiona.
Pamiętacie jak ostatnio wspominałam o swoich paznokciach? Nie zauważyłam kiedy urosły. Pamiętam tylko, że na koniec szkoły były tragicznie połamane i mega krótkie - jak na mnie. Teraz, dopiero na jednym ze zdjęć ujrzałam swoje szpony - nie ma co, trzeba przykrócić, dla dobra ogółu (żeby mi B. nie jęczał, że Go znów podrapałam).
Kolejnym zaskoczeniem dla mnie jest obecna długość moich włosów. Nie jest tajemnicą, że przycinam je co jakiś czas i dodatkowo cieniuje. Ale... Ostatnio mam je ciągle związane, naturalnie pokręcone - po prostu pozwalam im żyć własnym życiem. Dopiero wczoraj w lustrze, po umyciu dostrzegłam, że wyprostowane sięgają mi prawie do pasa- kolejny szok. Zastanawiam się jakie były przed obcięciem. o.O Ogólnie nawet ich rudość zauważyłam dopiero, gdy strzeliłam sobie samojebkę na plaży (fakt słońce przyprażyło w tym roku dość obficie i zafundowało mi darmową koloryzację, obecnie już jest mi coraz bliżej do blondu).
Kolejnym faktem, którego nie dostrzegłam w ostatnim czasie jest stan mojej cery. Polepszył się (odpukać w niemalowane drewno, żeby nie zapeszyć) i to znacząco. Nie miałam nigdy jakiś wielkich problemów w tej kwestii, ale od czasu do czasu parę elementów, których wolałabym nie oglądać pojawiło się na mojej twarzy. Codziennie po kąpieli więc nakładałam na nie specjalny krem - ostatnio okazało się, że... nie mam go na co nałożyć (o ja nieszczęsna hahaha). No i tak sobie stałam chwilę z paluchem umazanym w kremie konsternując w co go wytrzeć.
Ogólnie to nie jest tak, że mam jakiś problem z patrzeniem na siebie czy coś. Nie mam problemu z akceptacją swojego ciała, swojego wyglądu. Jest mi dobrze, tak jak jest. Wiadomo, jak każda z nas, mam raz na jakiś czas taki dzień, że możecie mnie wsadzić w sukienkę od Valentino, na nogi wcisnąć szpilki Louboutina do tego wymalować tak, że sama siebie nie poznam, a ja i tak powiem Wam, że nie czuję się CHOCIAŻBY ładna. Ale na co dzień tak nie jest... Patrzę w lustro i powiem Wam, że nawet akceptuję siebie bez grama makijażu - jakoś tak nie chce mi się ostatnio malować, to sobie wmawiam, że tak też jest fajnie (hahaha).
Także, jak widzicie - ja nie ogarniam w tym momencie samej siebie i tego, jak wielu rzeczy nie zauważam. Być może jest też tak, ponieważ na nic z tych rzeczy nie czekam - wiadomo jeśli zapuszczamy włosy - nie możemy się doczekać ich idealnej długości (a ja moje co dwa miesiące skracam). Wiecie, mam też tak, że nie raz idąc do toalety, w jakimś miejscu publicznym - no powiedzmy u mnie w szkole czy w jakiejś galerii, myjąc ręce - stoję 30 cm od lustra zawieszonego na całej ścianie i po wyjściu nie wiem jak wyglądam. Nie mam pojęcia czy jakimś cudem udało mi się tego lustra nie zauważyć, czy patrząc na siebie uznałam, że jest okej i olałam ten fakt. :D
źródło: tumbrl
Na koniec dodam jeszcze, że często zdarza mi się przeglądać MIMOCHODEM w witrynach sklepów, szybach pociągu czy tramwaju - także aż taka anty w patrzeniu na siebie nie jestem. Nie mam więc pojęcia jak to się dzieje, że nie raz po odejściu od lustra, nie mam pojęcia jak w tym momencie wyglądam.
A Wam zdarzyło się kiedyś coś podobnego? Ile razy w ciągu dnia przeglądacie się w lustrze?

wtorek, 9 września 2014

80. "...ja chciałem tylko patrzeć na jej paznokcie i jak zwykle przez chwilę studiować ich odcień..."

Witajcie. Dziś post nieco kosmetyczny, jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła przy tym filozofować. (Kordian, nie post o paznokciach wcale nie jest odwetem za CIĄGŁE WSPOMINANIE O PAJĄKACH :D )
Pamiętacie post, w którym pisałam o włosach? O tym, że są pierwszym elementem na który zwracamy uwagę, gdy kogoś widzimy? Otóż to, ale gdy dochodzi do spotkania - twarzą w twarz, zazwyczaj witamy się podając sobie dłonie - przynajmniej w moim przypadku tak jest. Uważam podanie sobie dłoni za pewnego rodzaju przełamanie lodu - podaliśmy sobie ręce, teraz będzie łatwiej. Wysuwam więc kolejny wniosek - przy bliższym poznaniu zadbane dłonie są równie ważne, albo nawet ważniejsze!. I nie tyczy się to jedynie Pań!
Faceci również powinni zwracać na to uwagę. Brudne, połamane i obgryzione paznokcie to coś co mnie delikatnie odpycha. Również gdy są za długie - nie działa to tak jak powinno, a więc drodzy panowie - nieprzeciętne długości zostawmy paniom.
Tak, tak - długość nieprzeciętna, ale... w granicach rozsądku. Nie wiem jakie jest wasze zdanie na ten temat (chętnie je poznam), ale mega długie żelki, akryle, plastiki i Bóg jeden wie co jeszcze mnie osobiście przerażają. Do tego tona świecidełek, kwiatuszków i różnych słodkości sprawia, że robi mi się słabo. Dziewczyno, to są paznokcie, a nie choinka bożonarodzeniowa!
Wiecie co jeszcze jest dla mnie okropne? Francuski manicure, który przy odpowiedniej długości wygląda na prawdę ładnie, ale gdy ma się już te megadługaśne szpony - nic, nic, kompletnie nic do mnie nie przemawia.
Mogę Wam obiecać z ręką na sercu, że nigdy nie zrobię sobie niczego z wyżej wymienionych rzeczy na paznokciach. Może trochę cwaniakuję, bo mam na prawdę długą i grubą płytkę paznokcia i takie zabiegi są mi na prawdę zbędne, ale mimo wszystko cenię sobie pewnego rodzaju naturalność i myślę, że działa to również u większości.
Przedłużane paznokcie - jasne, byleby wyglądały delikatnie, naturalnie. Nie powiem - podoba mi się to, gdy dziewczyny mają je na prawdę dobrze zrobione. Długość nie odstrasza, do tego fajny kolorek i kształt paznokcia - myślę, że każdy się ze mną zgodzi.
Ja jednak, z racji tego iż moje paznokcie są jakie są (swego czasu budziły postrach u chłopaków w szkole średniej - oj drapało się, drapało), nie będę ich niszczyć niczym takim. Wystarczy mi ładny lakier i pilnik do paznokci.
A tak pro po - ostatnio zauważyłam, że moje paznokcie rosną szybciej, gdy o nich zapominam, też tak macie? Ostatnio malowałam je przed wyjazdem do Mielna, było to 22 sierpnia (ciągle wspominam, że jestem leniem w tej kwestii, dlatego używam tylko megatrwałych lakierów). Od tego czasu ich nie ruszałam i dopiero ostatnio, na jednym ze zdjęć zauważyłam - O MATKO, JAKIE JA MAM PAZURY! Fakt, że zaczęły się pojawiać odpryski i muszę zrobić z nimi porządek również zwrócił na nie moją uwagę. Jednak, gdy człowiek nie zawraca sobie nimi głowy, chyba faktycznie rosną szybciej.
Podsumowując - paznokcie są naszą wizytówką przy bliższych poznaniach i warto o nie dbać by były przynajmniej równo przycięte lub spiłowane, no i oczywiście CZYSTE. :)
źródło: tumbrl
Teraz moje pytanie do Was - jak paznokcie wyglądają u Was? Jakie są Wasze ulubione kolory na pazurkach i jak często je zmieniacie? A może chodzicie do kosmetyczki i mogłybyście powiedzieć nieco więcej na ten temat? (bo ja widać, ja jestem nieco zielonkawa :P )
Pozdrawiam i zostawiam Was z tematycznym utworkiem w tle. ;)

piątek, 5 września 2014

79. Nie jestem fanem STUPROCENTOWYM.

Witajcie. Pamiętacie jak pisałam, że mam nadmiar weny? Teraz już wiem, że był on zapowiedzią stanu obecnego - czyli niedoboru. Coś bym napisała, ale sama się długo zastanawiałam CO. Pisałam, kasowałam i tak kilka razy. Całe szczęście jakiś czas temu zapisałam sobie listę tematów, które MUSZĘ tutaj poruszyć. Właśnie wybrałam jeden z nich. Dziś będzie o... muzyce.
Oczywiście, temat odnosi do wyłącznie do muzyki. Nigdy do sportu. Jak dobrze wiecie, jestem ogromną fanką piłki nożnej i na tej właśnie płaszczyźnie daję sobie łatkę fana nawet 1000 procentowego. Serio, gdy wszyscy buczą, krzyczą i gwiżdżą - ja nadal stoję za chłopakami murem. Mogli by nawet przegrać 10:0 z juniorami Gibraltaru, a ja i tak nosiłabym koszulkę reprezentacji z dumą. Ale nie o tym.
Miało być o muzyce. Ostatnio słuchając różnych kawałków doszłam do wniosku, że każdy z moich ulubionych wykonawców, za którymi podpisuję się rękami i nogami - nagrał kawałek, którego nie jestem w stanie przetrawić. Dosłownie, w każdym z nich odnajdę coś, co nigdy nie stanie się moim ulubionym kawałkiem.
Pezet - ogólnie uwielbiam jego kawałki na zły nastrój albo do picia alkoholu - na prawdę świetny towarzysz, polecam. Jednak kawałek "Mam to kotku" nie przemawia do mnie pod żadnym względem. Idźmy dalej - uwielbiam głos Rihanny i szczerze go jej zazdroszczę. Uwielbiam każdą jej piosenkę, którą usłyszę. Każdą poza "China Princess" nagraną z Coldplay - no nie ma mowy. Słuchałam wiele razy i nie potrafię się przełamać. Dalej - mój najwspanialszy happysad. Uwielbiam tą muzykę, która jest na prawdę muzyką trudną do zaakceptowania. Znam kilka osób, które potrzebowały czasu, żeby ich pokochać, niektórzy nie dali rady - ja sama zaczęłam swoją przygodę z tym zespołem od wyśmiania kawałka "Od kiedy ropą". Mimo, że ich teksty są dla mnie magiczne i jedyne w swoim rodzaju, to nawet tutaj jestem w stanie się przyczepić - nie trawię melodycznie kawałka "Ariadna", z którego zaczerpnęłam swoją bloggerową charakterystykę - tekst TAK, muzyka NIE.
Może teraz coś bieżącego - znacie LemOna? Jasne, kto go nie zna (poza moim kolegą B. - pozdrawiam, który na wieść "Byłyśmy na koncercie LEMONA" za bardzo nie wiedział o co nam chodzi.) W MBTM urzekła mnie emocjonalność Igora. Lubię jego piosenki, rozpływam się gdy zdziera sobie głos na scenie (mój B. zawsze komentuje to tak samo "A ten znów umiera..."), ale i tutaj jest coś czego się czepiam - AKE - nie bierze mnie to totalnie, nie czuję tej piosenki.
I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność - Katy Perry , którą obecnie ubóstwiam, moja dawna miłość The Rasmus,  AFI, LaFee - u każdego z tych wykonawców znajdę jakiś niewypał, którego nie jestem w stanie obdarzyć głębszym uczuciem. Może jestem zbyt krytyczna. Właśnie dlatego nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem czyjąś fanką w stu procentach (tylko w 99. ;) ).
źródło: tumbrl
A Wy uwielbiacie czyjąś muzykę tak na STO procent?  A może tak jak ja - jedynie w 99. procentach i czepiacie się jakiś drobnych potknięć? ;)

P.S. zostałam też nominowana do LBA, ale nie chcę być monotematyczna i co chwilę dodawać TAG-ów, więc odpowiem na nią później. Pozdrawiam!

wtorek, 2 września 2014

78. Wynajmę mieszkanie! Najlepiej za darmo!

Witajcie. Dziś przychodzę się Wam WYŻALIĆ i wyładować swoje zbulwersowanie na temat poszukiwania mieszkania. Fakt, faktem - zaczęłam późno - jak co roku. Jak co roku również obiecywałam sobie, że zacznę wcześniej - oj no nie miałam czasu. Trzeba się było wyczillować. Za co teraz płacę zszarganymi nerwami. No, ale spokojnie. Nie pali się. Zacznie się palić, jak będzie 13. (od 14. potrzebuję mieszkania). Ale to nie o tym chciałam, przejdźmy do żali właściwych.
Nie mogąc znaleźć dwóch jedynek w tym samym mieszkaniu, postanowiłyśmy z koleżanką (od dwóch lat żyjemy w symbiozie - kochając się i nienawidząc na przemiennie, jednak nie potrafiąc żyć bez siebie) zagarnąć jakieś dwie zbłąkane duszyczki i wynająć całe mieszkanie. Wiadomo, im więcej osób, tym taniej wychodzi. Dodałam więc ogłoszenie na facebooku - bo gdziesz w dzisiejszych czasach szukać ratunku, jak nie tam? Dodałam je w trzech grupach, zrzeszających opóźnione w poszukiwaniu lokum, grono studenckie. Napisałam coś takiego: "Poszukuję dwóch dziewczyn zainteresowanych pokojem dwuosobowym, do wspólnego poszukiwania mieszkania wraz z koleżanką. Więcej informacji - priv." Niby wszystko jasne, nie? DWIE dziewczyny, pokój DWUOSOBOWY, POSZUKIWANIE mieszkania. Myślałam, że jest to dość czytelne i komunikatywne - myliłam się.
Napisało do mnie 12 dziewczyn, z czego nawet nie połowa zrozumiała o co chodzi w ogłoszeniu. Za to te, które zrozumiały - miały wymagania, że głowa mała, ale po kolei.
Dostawałam różne wiadomości, ze czego pierwsze, które mnie rozbiły to konkretne pytania o mieszkanie. Czyli gdzie ono jest, jakie ma wyposażenie i ile wychodzi na osobę. - ludzie! Czy słowo POSZUKIWANIE nie znaczy, że dopiero będziemy szukać??? Tłumaczyłam to niekumatym dziewojom tyle razy, że na końcu przestałam już odpisywać na takie pytanie. Po prostu opadło mi wszystko, co mi opaść mogło.
Kolejne kwiatki nie odrobiły zadania domowego z liczebników. Napisałam wyraźnie, że chodzi o DWIE dziewczyny i pokój DWUOSOBOWY. Zaczęły pisać dziewczyny szukające lokum same. Twierdząc, że zajmą jedno miejsce w pokoju dwuosobowym. Po czasie jednak próbowały mi wmówić, że myślały, iż to ja z koleżanką zajmę ten pokój dwuosobowy, a ona weźmie jedynkę - powiedzcie mi proszę, w którym miejscu to napisałam, bo chyba rzuciło mi się na oczy, albo jeszcze gorzej... na mózg. Nie wiem co piszę.
W końcu pojawiła się iskierka nadziei. Chociaż przebłyski blondu i strasznie przerysowane brwi kazały mi zwątpić. No, ale okej. Kumata laska - szukamy mieszkania, pytała o lokalizację, ile maksymalnie chcemy, by wyszło na osobę. Dobra - szukamy. No to podsyłam jej jedno, drugie ogłoszenie - po czym z łaski swojej oznajmia mi, że ona CHCE KONIECZNIE NA JEŻYCACH, żeby mieć na uniwersytet blisko... Już chciałam zapytać, DZIEWCZYNO, NIE UMIESZ WSIĄŚĆ DO TRAMWAJU???? Grunwald - nie, za daleko. Winogrady - no ewentualnie, ale to jest totalna ostateczność. Rataje - oczywiście za daleko. O okolice Malty nawet nie pytałam... Bo koniecznie JEŻYCE i nie szło jej przemówić, że tu prawie nic nie ma! A już na pewno nie w takich cenach jakie by sobie księżniczka życzyła. Ach, no tak. Zapomniałam o kolejnym wymaganiu. Na wieść o tym, że ja i koleżanka bierzemy jedynki - ona zaczęła kręcić nosem, bo też by chciała z koleżanką osobne pokoje. Ale, żeby nie płacić więcej niż 550 ze WSZYSTKIM. Nie wiem, gdzie się to dziewcze uchowało - ale szukam. Wpisałam - mieszkanie, 4 pokoje, maksymalna cena 2200. No patrz, znalazło się coś. Aż 3! Tylko, że jedno na Grunwaldzie, drugie koło Malty, a trzecie na Wichrowych - gdzie nawet ja już kapituluje. Także przykro mi, wymagania księżniczka miała zbyt duże i musiałam się z nią pożegnać. Nawet dobrze, bo zaczynała mnie drażnić. A jak ktoś mnie drażni, to lepiej niech ze mną nie mieszka...
źródło: tumbrl
Ogólnie w sprawie mieszkania, tudzież pokoi stoję w martwym punkcie. Może poza tym, że znam już większość ogłoszeń na pamięć. Poszukałam nawet dzisiaj pokoje, wysłałam koleżance opieprzając ją za te wszystkie niekumate laski, za to, że musiałam im wszystko tłumaczyć. Zostawiłam ją z tym wszystkim i powiedziałam, że mam dość, już mi się nie chce. Przynajmniej ruszyła tyłek i zaczęła coś robić.
Odniosłam też wrażenie, że z roku na rok ceny pokoi i mieszkań są coraz wyższe. Pamiętam, że gdy zaczynałam studia, to ludzie za pokój jednoosobowy wołali maksymalnie 650 złotych, dziś od 750 ceny się zaczynają... Ach te piękne czasy, gdy za całe mieszkanie płaciłyśmy 1100.
No nic. Wylałam swe żale i powiem Wam, że jak zwykle mi to pomogło. Czuję się lekka i mogę spokojnie iść spać. Mieliście kiedyś podobne mieszkaniowe przygody? A może coś jeszcze bardziej zakręconego Was spotkało? Dzięki za czytanie moich wypocin i do usłyszenia. :)

poniedziałek, 1 września 2014

77. Warszawski sen.

Witajcie. Wróciłam ze stolicy i jak zwykle, po każdym wyjeździe - jestem bardziej zmęczona niż przed nim. Nie wiem co mnie tak męczy - może powrót do rzeczywistości? Mimo tego, że nie udzielałam się na blogu, to czytałam w telefonie wpisy nominowanych przeze mnie osób - więc nie martwcie się, WSZYSTKO widziałam! Przyznam się Wam też, że wcześniej nie mogłam znaleźć w sobie mobilizacji, do tego, żeby coś napisać. Ale w końcu zebrałam się w sobie i piszę.
Postanowiłam dziś skonfrontować moje wrażenia z podróży z wyobrażeniami, jakie niosłam w sobie przed wyjazdem, bo - powiem Wam szczerze, obrazy te bardzo się różnią.
Jadąc do Warszawy, miałam mniemanie, że na każdym kroku spotkam eleganckich ludzi, w markowych (tylko i wyłącznie) ubraniach. Ludzi z zadartymi głowami wysoko ku górze - bo przecież są ze stolicy (chyba taki obraz Warszawiaków wpaja się nam w Poznaniu, bo przecież te miasta oficjalnie się nie lubią). Ale... pomyliłam się, jednak nie do końca.
Pierwszego dnia, spotkałam na swojej drodze całą falę nastolatków zmierzających nad Wisłę, ażeby świętować ostatni piątek wakacji. Młodzież wypindrzona, w strojach nieprzeciętnych, wśród których królowały Vansy, crop topy i czapki z daszkiem. Młodzież spoglądająca na przechodniów w taki sposób, jakby była władcą wszechświata. Na prawdę, tego dnia pomyślałam sobie, że nie mogłabym, a nawet nie chciałabym mieszkać w Warszawie. Czułam się jakoś dziwnie, jakbym w ogóle nie pasowała do tej części świata. Taka malutka, skromniutka, jakby mi ktoś odebrał całą pewność siebie w mgnieniu oka.
Nocą za to zakochałam się w tym mieście. Tysiące świateł wyglądających tak pięknie z trzydziestego piętra skradło moje serce. Czułam się prawie jak w moim wymarzonym Nowym Jorku - aż zaczęłam się zastanawiać, skoro tu jest tak pięknie, to co bym czuła będąc właśnie tam? Niewyobrażalne. Nocą nawet ludzie wydawali się jacyś milsi, może po prostu zmęczeni i nie mieli siły na lustrujące spojrzenia.
Z każdym kolejnym dniem czułam się tam coraz swobodniej i zwłaszcza, że szybko ogarnęłam komunikację miejską. Wiecie, to jest kolejna rzecz, za którą Warszawa ogromnie plusuje. Na tramwaj nie czekałam nigdy dłużej niż 3 minuty - gdzie w Poznaniu zdarza się czekać nawet 15... A przecież to był letni rozkład. Od dziś tramwaje jeżdżą jeszcze częściej. Dlatego też, gdy zgubiłam się w środku nocy - byłam jakaś spokojna, że przecież na jakiś przystanek trafię i coś pojedzie, bo jeździ co chwilę. W sumie co do gubienia się, to niezliczoną ilość razy wyszłam z tunelu nie tym wyjściem co miałam (jeśli ktoś był na dworcu centralnym w Warszawie, być może zrozumie mój ból).
Powracając jeszcze do ludzi - a raczej mojego wyobrażenia na ich temat , ludzie tam chodzą normalnie ubrani, przeciętnie, a nawet niechlujnie. Starsze panie w tramwajach są za to sto razy milsze niż w Poznaniu (mam wrażenie, że te poznańskie wręcz wymagają ustępowania im wszelakich miejsc) - za każdym razem gdy ustępowałam miejsca spotkałam się z uśmiechem i pytaniem jak daleko jadę, bo ona na prawdę może postać - od razu się cieplej robi na serduchu.
Jako wielka fanka futbolu, nie mogłam pominąć tego miejsca. : )
(zdjęcie mojego autorstwa)
Także podsumowując dodam jeszcze, że nie zdążyłam zwiedzić całej Warszawy, bo na to potrzeba dużo więcej czasu. Mimo tego mogę stwierdzić, że Warszawa zyskuje przy bliższym poznaniu i na prawdę jest pięknym, miłym i przyjaznym mieszkańcom i przyjezdnym miejscem - tak, tak chyba skradła moje serce. (Teraz Poznań w moich oczach jest szary bury i ponury no i pełen naburmuszonych starszych pań). Tak bardzo jak czułam się obco wychodząc tam wśród ludzi pierwszy raz, tak bardzo nie chciałam się z nią rozstawać ostatniego dnia. Wiem na pewno, wrócę tam jeszcze nie raz, a pewnego razu, może i zostanę tam na dłużej? :)