czwartek, 28 sierpnia 2014

76. "The Versatile Blogger Award" - siedem faktów o autorce.

Witajcie. Ostatnio pilnie szukam mieszkania i właśnie to pochłania cały mój dzień. Przeglądanie ofert pokoi czy mieszkań bywa frustrujące, ale... coś znajdę. Już widać nawet światełko w tunelu, więc ciiiicho, żeby nie zapeszyć! Z racji tego, że cały czas ślęczę nad poszukiwaniem dachu nad głową, nie mam za bardzo czasu, na udzielanie się tutaj w takim stopniu, jakbym chciała oraz rozpisywanie się na problematyczne (w niejszym lub większym stopniu) tematy. Jednak spokojnie - zapisałam sobie kilka, które zaświtały mi w głowie i na pewno któryś z nich opublikuję już po weekendzie. Dziś natomiast mam dla Was post, z kategorii tych krótkich, łatwych i luźniejszych.
Dziś będzie TAG, o którego istnieniu dowiedziałam się kilka dni temu na blogu SilverCornFlower, która z resztą mnie do niego nominowała, za co dziękuję. Z racji tego, że lubię takie pierdołki i zabawy blogowe - zdecydowałam się podjąć wyzwanie. TAG ten polega na ujawnieniu siedmiu faktów o sobie, no i nominowaniu siedmiu osób do zrobienia tego samego. Nawet nie wiecie jak ciężko było mi wybrać jakiś siedem faktów na swój temat, które mogły wydać się z jednej strony ciekawe, z drugiej być może zaskakujące. No, ale... udało mi się. Postanowiłam również  każdy z podanych przez mnie faktów krótko skomentować - a żeby nie było tak łatwo i szybko. Okej, po tym wstępie - myślę, że mogę zacząć.

1. Jestem leworęczna - o tak, zawsze z tego powodu byłam inna i nieraz budziłam zafascynowanie - zwłaszcza w przedszkolu i podstawówce. Później, w szkole średniej też początkowo było to sensacyjne. A na studiach? No, a na studiach jest nas spora garstka i nikogo już to nie dziwi.
2. Sama sobie obcinam i cieniuję włosy - dodatkowo powiem, że wyglądam lepiej niż po wyjściu od fryzjera, który NIE ROZUMIE zwrotu "POCIENIOWAĆ CAŁOŚĆ" i rżnie jak popadnie...
źródło: tumbrl
3. Szczerze irytuje mnie, gdy ktoś nie wymawia "R" - no nohmalnie choha jestem... Najlepsze jest to, że na przedmiocie specjalnościowym dostałam wykładowce, który właśnie taką wadę posiadał - umierałam co czwartek przez 1,5 godziny - całe szczęście, że tylko tyle.
4. Nie cierpię, gdy ktoś mi rozkazuje - szczerze nienawidzę, gdy ktoś stoi nade mną jak żandarm i zaczyna mi mówić, co MAM lub MUSZĘ zrobić, nawet jeśli jest to lektor i jestem na uczelni, to krew mnie zalewa.
5. Gdy spodoba mi się jakaś piosenka, to potrafię jej słuchać na okrągło, nawet przez kilka dni - tak, aż mi się nie znudzi, lub... nie trafię na inną, którą maltretuję w ten sam sposób.
6. Panicznie boję się pająków - gdy widzę pająka, który jest nieruchomy - to jeszcze jestem w stanie przeżyć, ale gdy on łazi lub robi cokolwiek innego poruszając się, momentalnie mam na całym ciele ciarki i łzy w oczach.
7. Najlepiej czuję się w swoim własnym towarzystwie - nie ma dla mnie lepszego miejsca niż mój własny pokój oczywiście z zamkniętymi drzwiami. Gdy mi źle - uwielbiam być sama, gdy jestem szczęśliwa - uwielbiam być sama (mogę wówczas celebrować moje szczęście robiąc różne dziwne rzeczy i nikt mnie nie widzi :P) . Jednak nie jest tak, że jestem życiowym samotnikiem - od czasu do czasu potrzebuję kontaktu z ludźmi, ale nie za dużo (dlatego też wizja własnego pokoju w nowym mieszkaniu napawa mnie tak ogromnym entuzjazmem! Już w głowie planuję jak go urządzę.).

To by było na tyle. Wydawałoby się, że najtrudniejsze za mną, ale teraz mam jeszcze kogoś nominować. To dopiero było wyzwanie! Postanowiłam wybrać osoby, które MYŚLĘ, że zgodzą się odpowiedzieć na nominację, ale jeśli nie i uznacie, że to głupie lub nie macie na to ochoty - zrozumiem. : )
Więc nominuję:
Anelise - bo wiem, że lubisz takie zabawy :)
Silenze - nie wiem do końca czy się zgodzisz, ale bardzo Cię lubię, więc dlatego padło i na Ciebie :D
Kordian - pisałeś ostatnio o braku weny, więc gdy znów Cię to najdzie - proszę, służę pomocą.
Angelika S. - kiedyś pisałaś, że chciałabyś być nominowana do jakiejś zabawy
Crazy Music. - jak najbardziej mogą to być muzyczne fakty. ;)
CranberrySmile - widziałam u Ciebie różne TAGI, więc myślę, że się zgodzisz. :)

No to by było na tyle. Mam nadzieję, że miło Wam się czytało. Jeśli chcielibyście wiedzieć coś jeszcze - pytajcie w komentarzach, chętnie odpowiem. Tymczasem, do usłyszenia - zapewne po weekendzie. Trzymajcie kciuki, żebym znalazła to mieszkanie i... nie zgubiła się w Warszawie. :D Buziaki!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

75. Dla jednych podłogą, dla drugich zaś sufitem...

Witajcie! Jak widać wróciłam, cała, zdrowa i prze szczęśliwa. Wypad udał się wspaniale. Po krótce powiem Wam, że na koncercie było MEGA. Muzyka zrekompensowała mi długie oczekiwanie na wejście (organizatorzy mieli opóźnienie dobre 40 minut). Mimo tego i jeszcze kilku wpadek - wiem, że za rok jadę znowu, choćby nie wiem co. Emocje są nieziemskie i UWIELBIAM. Poza tym wbiłam nad morze - bo to moje drugie UWIELBIENIE poza koncertami. Tym razem było lepiej niż w Mielnie. Jakoś tak przyjaźniej, słońce grzało i nigdzie nie spotkałam pijanych ludzi. Także - jeśli lubicie spokój to polecam Dziwnów. :) A teraz do tematu.
Do poruszenia tego zainspirowała mnie jedna z notek Silenze - dzięki, której przypomniało mi się parę spraw, nad którymi nigdy się w sumie nie zastanawiałam. No i w końcu zaczęłam, więc - do rzeczy!
Zaczynając od początku, gdy człowiek jest w gimnazjum czy liceum - co dla niego jest tym tytułowym sufitem? Nie wiem w ilu przypadkach tak jest, ale w moim przypadku było to - bycie wśród tych NAJ, tych FAJNYCH. W sumie u mnie obowiązywało to tylko w gimnazjum - taka chora hierarchia, w szkole średniej - wszyscy byliśmy równi, no i fajnie. Ale... przyszedł czas na studia. To tutaj miejscowi - wychowani całe życie w wielkim mieście stykają się z przyjezdnymi, chcąc niejako pokazać im, kto jest wyżej. Te ładne dziewczyny trzymają się tylko z równymi sobie, obśmiewując przy okazji ludzi, którzy znaleźli się niżej - serio, poczułam się jakbym wróciła do gimbazy. Ale czego chcieć, od szkoły prywatnej...
Tak czy siak, zaczynając szkołę, niepewnie wkroczyłam w progi uczelni. Jednak nie miałam się czego bać - jak się okazało. Nie wiem jakim cudem "dostałam się" do grona tych NAJ, tych których zdanie zawsze jest na wierzchu - wiecie co wtedy pomyślałam? Że w końcu, jest udało się, że znalazłam swoje miejsce (zawsze miałam zapędy do kierowania ludźmi xD). Czułam się jak Blair z GG (jeśli wiecie o czym mówię). W jednej chwili mój "sufit" stał się moją "podłogą". Byłam ponad to. Myślałam, że mam wszystko.
Czas jednak zweryfikowało moje "wszystko" i ukazał mi, że bycie NAJ wśród pustych lasek, mogących godzinami rozmawiać o kolorze szminki - nie było spełnieniem moich marzeń. Zaczęło mnie to nudzić, irytować, dodatkowo - przekroczyłam świętą granicę, zaczęłam zadawać się z chłopakami, czego skutkiem było to, że miałam z nimi lepszy kontakt od nich. Niby wszystko było w porządku, ale... po feriach nie miałam do czego wracać. Spadłam na dół i znów mogłam spoglądać na swój "sufit".
Jednak ani nie płakałam, ani się nie załamałam. Okej, było mi trochę żal - ale w sumie czego? Sztucznych przyjaciółek, które kopnęły mnie w tyłek za zadawanie się z facetami?? Dzięki wielkie. Dopiero po czasie dostrzegłam, że ten cały sufit, tak na prawdę od zawsze był moją podłogą. Wśród chłopaków znalazłam dopiero prawdziwych kumpli z którymi nie raz, nie dwa śmiałam się do łez, z którymi na prawdę wolę rozmawiać o wczorajszym meczu, niż o lakierach do paznokci, których mogę "torturować" wymieniając im pięć odcieni zieleni...
Podsumowując - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Musimy dostrzec, co jest dla nas w życiu najważniejsze. Czy bycie na szczycie, tym szczycie, który oblegają wszyscy jest naszym marzeniem? Co zrobimy, gdy już się spełni? Będziemy zachwyceni czy może zauważymy, że nie jest tak fajnie, jak nam się wcześniej wydawało? Ja odnalazłam swój własny szczyt, wśród tych, co do których jestem pewna, że się na nich nie zawiodę. (Swoją drogą uważam, że faceci są dużo pewniejszą inwestycją niż laski, jeśli chodzi o kumpelstwo.)
źródło: tumbrl
A co dla Was jest "sufitem", do czego dążycie, co chcielibyście osiągnąć? No i co jest waszą podłogą - czyli co już udało Wam się osiągnąć, z czego jesteście dumni?

piątek, 22 sierpnia 2014

74. Pokaż mi swoje włosy, a powiem Ci, kim jesteś.

Witajcie. Postanowiłam, że napiszę do Was jeszcze przed wyjazdem. Mimo, że powinnam już spać, ale... paznokcie mi schną. Przecież jutro muszą być idealne. Jak wszystko, jak cały dzień. Trochę się boję, że nie będzie, ale... i tak będę sobie uparcie wmawiać po wszystkim, że BYŁO IDEALNIE. Rano pewnie będę się jeszcze krzątać i zbierać POTRZEBNE RZECZY z łazienki i pokoju, a gdy B. zapyta "wszystko zabrałaś?" - znów zwątpię. A później... Później trzy godziny jazdy i będziemy na miejscu. BĘDZIE IDEALNIE.
Chciałam napisać o czymś problemowym, poruszyć ciężki temat, ale chyba jednak o tej porze go nie udźwignę. Więc przed wyjazdem zarzucę temat lekki, łatwy i przyjemny - a także każdej/każdemu z nas bliski. Pogadajmy o włosach. Tych na głowie rzecz jasna.
Podzielę się z Wami swoim spostrzeżeniem. Odniosłam swego czasu wrażenie, że kobiety (głównie kobiety) o zadbanych, błyszczących włosach są odbierane inaczej niż te, które mają sianko lub tonę smalcu na głowie. Niby nic dziwnego - jak Cię widzą, tak Cię piszą, ale... Podobno pierwsze wrażenie robi się tylko raz - pierwszy raz kogoś widzimy - niby  zwracamy uwagę na cały wygląd. Niby. Fakt faktem oceniamy człowieka ten pierwszy raz - po wyglądzie (czekam na słowa sprzeciwu - ja tak robię, nie wiem jak mam wyrazić swoją opinię na czyiś temat, na podstawie jego charakteru nie zamieniając z nim słowa). Teraz się właśnie zastanawiam czy właśnie te włosy - przynajmniej w przypadku kobiet nie są decydującym czynnikiem na podstawie którego wydajemy pierwszy werdykt: ŁADNA/BRZYDKA. No tak, są też opinie pośrednie ŁADNA ALE ZANIEDBANA. - to dla łagodnego jury.
Nie raz, nie dwa (ostatnio chyba za często używam tego sformułowania) złapałam się na tym, że źle oceniłam kogoś zerkając na czuprynę. Nawet ostatnio w pracy - poznałam dziewczynę ze sporym stogiem siana na głowie - z twarzy ładna, miła, ale jakoś... nie miałam ochoty z nią gadać. Całe szczęście MUSIAŁAM i okazało się, że to równa babka, z którą uwielbiam chodzić na przerwy.
Wiadomo, że bardziej nas ciągnie do ładnych ludzi - czasem niesłusznie. Zaczynając studia słyszałam nawet, że po dziewczynach o zadbanych włosach widać, że mają kasę - no proszę, hahaha. Ciekawe, kto to wymyśla...
źródło: tumbrl
Okej, wyluzujmy całkiem. Teraz pytanie do Was. Chcę Was lepiej poznać. Napiszcie mi jaki macie kolor włosów, jak długie macie włosy i jak najchętniej chodzicie uczesane! Aaaa i czy wasze włosy są proste czy może się kręcą? :)
Żeby nie być gorszą od Was: mam kasztanowe włosy, obecnie rozjaśnione przez słońce do stopnia rudzielca. :P Najchętniej noszę rozpuszczone włosy, chyba, że jest upalnie - wtedy robię niesfornego koka, lub kucyka - jeśli prostowałam włosy. Naturalnie moje włosy się falują i wywijają we wszystkie strony, więc aby je wyprostować - muszę się nieźle nagimnastykować. ;) Okej, Wasza kolej! Czekam na odpowiedzi i... wracam po weekendzie! Buziaki!

środa, 20 sierpnia 2014

73. Dar czy przekleństwo?

No siema! Stęskniliście się? Na pewno nie zdążyliście, bo piszę TRZECI DZIEŃ Z RZĘDU. Och i ach. (w tym momencie lecą serpentyny) Trzeba korzystać, póki mam warunki. Powiem Wam, że przez weekend sobie ode mnie i mojej twórczości odpoczniecie, gdyż znów wybywam na resztkę wakacji. Jak mi się uda, to Wam pomacham zza szklanego ekranu. :P (ohoho zrobiło się ciekawie) Kto bystrzejszy i śledzący bloga, skojarzy kilka faktów i będzie wiedział co i jak. Ale... nie o tym. Przynajmniej nie dziś.
Dziś chciałam z Wami porozmawiać o... pisaniu właśnie. Ostatnio podjęłam decyzję - napiszę książkę. Tyle niewybrednych historii nie może się zmarnować. Choć już wiele z nich poszło w zapomnienie - czego żałuję, ale nie wykluczam, że kiedyś je odkopię i również pokażę światu. Póki co - piszę swoją pierwszą. Najpierw ją napiszę, a później będę się martwić, co dalej. Jej fragmenty PLANUJĘ publikować TUTAJ - a co z tego wyjdzie? Tylko od Was zależy. (nie ukrywam, że czekam na Wasze opinie dotyczące pierwszej opublikowanej części). Jednak wróćmy do tematu.
Pomyślicie - dlaczego postanowiłam się zabawić w pisarkę? Otóż w tym tkwi mój problem: pisanie przychodzi mi tak łatwo, że jestem wręcz przerażona. W głowie mam miliard pomysłów na minutę i tylko wybieram, które wydarzenia umieszczę w książce najpierw, które później. Niektórzy z Was pewnie nadal nie wiedzą w czym problem. Już przybliżam: Otóż, nie umiem usiąść spokojnie i o niczym NIE MYŚLEĆ. NIE POTRAFIĘ NIE MYŚLEĆ! - brzmi trochę jak wyznania wariata hahahah, może coś w tym jest.
Trochę mnie to ostatnio męczy, ale co zrobić. Siedzę, nawet bardzo zmęczona, a moja głowa i tak tworzy historię, dzień po dniu, kartka po kartce. Pomyślałam, że być może - kiedy te wszystkie myśli przeleję na papier (nawet w wersji elektronicznej), to jakoś podświadomie mój umysł mi odpuści. Szczerze, to kończę pisać tylko dlatego, że jestem już tym zmęczona, nie że brakuje mi pomysłów. Mam jakąś klęskę urodzaju weny czy coś w tym stylu. Staram się jednak nie narzekać - żeby nie było, iż jestem typowym zrzędzącym Polakiem (wiecie zimą za zimno, latem za gorąco). Postanowiłam, że będę się cieszyć i pisać - póki czas, bo zdecydowanie wolę mieć nadmiar weny niż jej brak, który ostatnio przeżywałam - jest on znacznie bardziej uciążliwy, jak dla mnie, no i pewnie dla każdej osoby sumiennie prowadzącej bloga.
źródło: tumblr

Tak na koniec, mam jednak pytanie - czy nie macie może jakiś sposobów na jakieś krótkie odmóżdżenie? (hahaha) Co robicie, gdy chcecie się wyłączyć i totalnie o niczym nie myśleć? Może dzięki Waszym poradom uda mi się chociaż na chwile wyłączyć. :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

72. Oh nana - What's ur name?

Witajcie. Jak widać wena do mnie powróciła, także piszę do Was dzień po dniu (tego chyba jeszcze nie było). Nie wiem czego to zasługa - może faktycznie byłam zmęczona po wakacjach i musiałam odpocząć, a może po prostu słońce wyszło i od razu chce się żyć (nie wiem czy też tak macie, ale gdy pada deszcz i jest szaro, to kompletnie nie mam energii na nic, nie mam pojęcia jak przetrwam jesień). No, ale... do tematu!
Dziś chciałam z Wami porozmawiać o imionach. Czytaliście kiedyś znaczenie imion? Jeśli nie to zapraszam tutaj => KLIK <= Ja wiele razy i wiele razy doznawałam delikatnego szoku czy zdziwienia, dlaczego? Wiele razy czytając znaczenie jakieś imienia, porównuje je z jakąś osobą, którą znam i sprawdzam czy dany opis się zgadza. No i jakie moje wnioski? Zdziwienie zdziwieniem, ale przyznać trzeba, że ZGADZA się! Może na przykładzie: czytam o sobie "...posiada racjonalistyczny zmysł, skłonna jest do przewodzenia innym, narzucania swojej woli, kierowania grupą ludzi..." . Nosz cholercia - zgadza się! Jako dziecko zawsze chciałam rządzić w zabawie, decydować o tym, co teraz robimy itp. W szkole byłam przewodniczącą klasy i zawsze głośno wypowiadam swoje zdanie, być może z podświadomą chęcią narzucenia go innym :P Teraz pytanie - dlaczego to, co napisane w znaczeniu imion się sprawdza?
Sama dużo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że mogą być za to odpowiedzialne fale dźwiękowe, które docierają do nas przez całe życie, gdy ktoś wypowiada nasze imię. Tylko czy fale dźwiękowe kształtują nasz charakter? Hmm... No teraz się zagubiłam. Ale sądzę, że coś w tym jest. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Tereska zachowuje się tak, jak przystało w imienniku na Tereskę, a Jacek robi dokładnie to, co o Jacku jest napisane?
Zadziwiające poniekąd i skłaniające do dalszych refleksji, ale gdybym miała tak siedzieć i się zastanawiać, to pewnie pisałabym tego posta z dwa dni. W każdym razie, jeśli klasowa zołza ma napisane w imienniku, że będzie zołzą - to może wybaczmy jej to, bo to nie jej wina - po prostu dostała imię z takim bagażem. :P
Co Wy myślicie na ten temat? Czy w Waszym przypadku też znaczenie imienia też pokrywa się z tym, jacy jesteście?
źródło: tumbrl
No i na koniec jeszcze z innej beczki - pamiętacie, gdy wspominałam o założeniu drugiego bloga? Otóż blog już jest! O TUTAJ  . Dziś opublikuje tam pierwszą część opowiadania. Mam też w związku z tym do Was pytanie odnośnie imion: jakie imiona chcielibyście ujrzeć w opowiadaniu? Może jakieś z Waszych ulubionych imion? Czekam na Wasze propozycje, bo nie wszystkie postacie zostały przeze mnie ochrzczone. :D

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

71. Polska IBIZA.

Witajcie moi kochani. Wróciłam - chciało by się napisać, ze słonecznych nadmorskich okolic, ale nie... Nie ma tak dobrze. Oczywiście mogłabym ponarzekać, że nie tak miało być, że miałam się smażyć na plaży całe cztery dni, ale nie wyszło. Trudno. Posmażyłam się dwa - to i tak wystarczająco jak na taką pogodę. Tak serio, to liczyłam na to, że lato nie opuści nas tak agresywnie i że mimo wszystko będzie ciepło. Faktycznie - przeliczyłam się, zabierając ze sobą tylko jedną parę spodni - ale przeżyłam i nie zamarzłam. Jest sukces.
Znów otacza mnie niemoc twórcza. Siedzę i gapię się w monitor szukając jakiejkolwiek inspiracji. No fakt, jest kilka tematów, które mogłabym poruszyć, ale nie wiem czy dałabym radę dociągnąć je do końca. Hmm... To może po prostu opiszę moje wrażenie z podróży.
Okej, więc zdradzę Wam, że byłam na polskiej Ibizie (wiecie które miasto dostało taki tytuł?). Byłam tam pierwszy raz - nie powiem, z ciekawości. Skoro tylu ludzi z okolicy tam jeździ to przecież nie może być tak źle. No cóż - że było źle - powiedzieć nie mogę. Ale rewelacji też nie ujrzałam. Na pewno nie było tak, jak sobie to wyobrażałam. Ale po kolei.
 Przyjechaliśmy dość późno, po 21. Ulice pełne ludzi, miasto żyje - wydaje się fajnie. Pierwsze wrażenie było pozytywne, to momentu napotkania na chodniku dziewcząt przebranych za króliczki (przebranych to za dużo powiedziane jak na taką ilość stroju, jaką miały na sobie). Idźmy dalej - każdego wieczora tłumy pijanych zataczających się młodzieńców, którzy na plaży uskuteczniają wyrywanie "foczek". Powszechnie akceptowane picie alkoholu na ulicy - chyba w tym mieście ustawa o życiu w trzeźwości nie ma racji bytu :D To mi jakoś szczególnie nie przeszkadzało, bo fajnie było spacerować sobie chodnikiem z mojito w ręku. No ale... wszystko jest dobre w odpowiednich proporcjach. Gdy mijałam tłum zataczających się ludzi, to nie czułam się zbyt pewnie czy bezpiecznie - miałam wrażenie, że ktoś się zaraz na mnie przewróci, albo zacznie mnie zaczepiać.
No i na koniec coś co mnie zdziwiło najbardziej - okazało się, że spędzając każde wakacje w Trójmieście, mało rzeczy w życiu widziałam. Całe chodniki w straganach - i to nie z pamiątkami, a z ubraniami. Czułam się jak na wielkim targowisku i zastanawiałam się, po co ja w ogóle wzięłam walizkę, skoro tutaj mogę kupić WSZYSTKO???? Żeby nie było, że narzekam - to nie. Ogólnie nic do tego nie mam, po prostu byłam zaskoczona. Będąc w Gdańsku czy w Sopocie nie spotkałam się z takimi rzeczami.
Cały wyjazd mogę podsumować pozytywnie, może poza tym, że podczas brzydkiej pogody jedyną alternatywą spędzania wolnego czasu była gra na automatach i picie drinków w barach czy na plaży (o ile nie padało) - chociaż z tego co zauważyłam (i o czym pisałam w poście pt. WAKACJE) niektórym niczego więcej do szczęścia nie trzeba.
Pozostałość po najlepszym pitym przeze mnie mojito. ;P 
To jak? Ktoś z Was też miał przyjemność "wakacjowania" na polskiej IBIZIE? Może macie odmienne zdanie od mojego? A tak właściwie, to czy wszyscy są już po wakacjach? A może ktoś się dopiero wybiera? Piszcie gdzie byliście lub gdzie będziecie! :)

środa, 13 sierpnia 2014

70. "Wszystko spakowałaś??"

Witajcie! Dziś przychodzę do Was z postem z serii tych wakacyjnych, chociaż... jak się okaże za chwilę - nie tylko tutaj można go zakwalifikować. Z racji tego, że dziś wyjeżdżam - piszę do Was na temat moich bieżących odczuć i przemyśleń - dziś będzie o... pakowaniu, ale nie tylko.
Otóż do napisania tego posta skłoniło mnie jedno, mega rozbrajające pytanie, które widzicie na samej górze. Więc... po kolei. Przyjęło się, że kobiety na wyjazd najchętniej zabrałyby ze sobą całą garderobę - nawet gdy wyjeżdżają na jeden dzień. Nie wiem na ile w tym prawdy i ile z Was się z tym utożsamia oraz w jakim procencie. Ja osobiście mogę powiedzieć, że nie mam z tym jakiegoś problemu - chociaż jeśli chodzi o wakacje, to zawsze zabieram ze sobą ZA DUŻO ubrań - ale zawartość mojej szafy zbytnio na tym nie cierpi. Mam jednak na to usprawiedliwienie - lepiej zabrać za dużo niż za mało i potem chodzić na golasa, no nie? (wiem, wiem Panowie zapewne nie mieliby nic przeciwko - pozdrawiam!)
Ale... wracając do samego pakowania, to... Swego czasu nazywałam siebie samą nawet mistrzynią pakowania. Wiecie, studenckie życie na walizkach doprowadza do wprawy. Mnie doprowadziło do takiej, że na dwa tygodnie potrafiłam się spakować RAZ, że w dość małą jak na kobietę, walizkę. DWA, że w niecałe piętnaście minut i TRZY, że niczego przy tym nie zapominałam. Pozwolę się sobie zatrzymać przy wielkości mojej walizki - miała ona około 50 cm i to nie tak, że nic nie brałam, brałam dużo... duuuużo, tylko, że potrafiłam wykorzystać jej pojemność co do milimetra, że szpilki byście tam nie upchnęli. A później przy rozpakowywaniu się w mieszkaniu bawiły mnie zszokowane spojrzenia "JAK TY TO TAM ZMIEŚCIŁAŚ?!" - potrzeba matką wynalazku, a tym przypadku techniki pakowania. W sumie - mogłabym sobie kupić większą walizkę i spakować się "na luzie", ale... wyszłam z założenia, że skoro ta walizka i tak już była dla mnie ciężka, to co dopiero większa. No a z racji tego, że gentelmani wymarli prawie doszczętnie (przez dwa lata studiowania, panów, którzy mi pomogli mogę zliczyć na palcach jednej ręki - przykre, cholernie przykre - no i myślę, że panom powinno się teraz zrobić wstyd - jak nie za ich samych, to za kolegów, aleeee... to temat na inny dzień) postanowiłam, że zostanę przy tym rozmiarze walizki, który jestem w stanie SAMA unieść. Tak jest bezpieczniej.
Dobra, trochę poopowiadałam, pochwaliłam się, to przejdę do sedna. Otóż - pakujemy się. Jedni robią listy (sama pamiętam moje pierwsze pakowanie na studia - lista i sprawdzanie po setki razy czy wszystko jest) inny idą na żywioł i z głowy pakują to, co im się wydaje przydatne - tak robię teraz, gdy pakuję się na studia. Jeśli chodzi o wakacje jednak, to pozostaję przy liście - dlaczego? Otóż - gdy jadę na studia, to w mieszkaniu mam zawsze jakieś ubrania czy kosmetyki, więc nawet jeśli czegoś nie zapomnę, to nic się nie stanie, a tutaj - nie wiem czy przeżyłabym na plaży bez balsamu lub okularów.
Ale, ale... idźmy dalej. Spakowaliśmy się, wszystko ładnie pięknie. Zbliżamy się do wyjścia i... nagle ktoś troskliwy pyta: "WSZYSTKO MASZ?" lub "WSZYSTKO SPAKOWAŁAŚ?" . No i nagle wielkie BOOOOM! Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie to działa tak destrukcyjnie, że chociażbym miała tę cholerną listę i sprawdziła ją piętnaście tysięcy razy, to i tak nigdy nie potrafię odpowiedzieć w stu procentach twierdząco - takie oto zwątpienie we mnie budzi to proste i jakże troskliwe zdanie. Zawsze odpowiem, że CHYBA tak, RACZEJ tak i zaczynam się zastanawiać CZY NA PEWNO. Całe szczęście nie wpadam w panikę i nie zaczynam się rozpakowywać, ażeby to sprawdzić. Całe uczucie niepewności też szybko mija, ale chaos zasiany w moim umyśle przez to niewinne pytanie tak mnie frustruje, że musiałam się z Wami tym podzielić.
Mój koteł chyba chce jechać ze mną. :D
Czy na Was też tak działa to pytanie? Czy tylko ja jestem jakaś dziwna? Jak tam u Was wygląda pakowanie? Robicie listy, a może pakujecie to co Wam wpadnie w ręce - bo wszystko się może przydać? :)
Pozdrawiam Kochani i trzymajcie kciuki za ładną pogodę, bo nie mam pojęcia, co będę robić, jeśli będzie padać. Buziaki! :)

sobota, 9 sierpnia 2014

69. Wkurza mnie...

Witajcie. Początkowo nie wiedziałam o czym napisać, ale czułam - wewnętrznie to czułam, że coś napisać muszę. Poczułam, że jest to w pewnym sensie mój obowiązek. Przecież ktoś na pewno czeka, ktoś na pewno chętnie przeczyta. A z racji tego, że nie lubię, gdy ktoś musi na mnie czekać - zebrałam się w sobie i piszę.
A więc na początek - mogę wreszcie powiedzieć, że od poniedziałku będę miała wakacje. Starczy pracy na ten czas - myślę, że zasłużyłam sobie na odpoczynek - po dziewięciu miesiącach nauki i sześciu tygodniach zapieprzania w pracy. Także w przyszłym tygodniu obieram kierunek - morze. Byleby tylko pogoda dopisała, to będzie przecudownie.
Z racji tego, że dnia wczorajszego trochę się nawrzeszczałam i nabeczałam - postanowiłam dziś wyładować się do końca - emocjonalnie. Otóż wykrzyczę Wam na blogu rzeczy, które totalnie mnie irytują i sprawiają, że odechciewa mi się wszystkiego. Może to mi pomoże i znów stanę się łagodna jak baranek. :P (Swoją drugą podobny post widziałam kiedyś u Sour Girl - mam nadzieję, że się nie pogniewasz, iż również zastosuję u siebie tę tematykę).
A więc swego czasu wkurza mnie...:
-ciągłe wytykanie mi co zrobiłam nie tak, bez pokazania na WŁASNYM przykładzie jak powinnam zrobić, bo było dobrze - tak zwana hipokryzja
- wieczne wytykanie mi jakiegoś błędu popełnionego X lat temu - nosz kur#a! Wystarczy powiedzieć RAZ - jestem istotą rozumną i nie musisz mi o tym nawracać po kilkaset razy!
- gdy ktoś się dopierd#la do bałaganu w moim pokoju - mój pokój, nie Twoja sprawa.
- kiedy muszę komuś coś tłumaczyć 234325 razy, a ona i tak przyjdzie na końcu się zapytać znów o to samo.
- kiedy wychodzę na zewnątrz w kostiumie kąpielowym i nagle zachodzi słońce.
- gdy ktoś budzi mnie z jakiegoś idiotycznie błahego powodu: bo naczynia są w zmywarce niepowyciągane, bo Internet nie działa itp. - nosz kur... naczynia od razu nie umrą tak jak Ty, bez chwili internetu.
- gdy opowiadam coś komuś w ogromnym entuzjazmem, a w zamian otrzymuję tylko : ehe, no, ładnie. - aaaaaaaaaaakhdskjfhsdjkvhdskvjs!!!!
- gdy zamiast kompotu dostaję wodę w kolorze kompotu, która smakiem nie przypomina niczego
- gdy na obiad jest rosół - jak można się najeść rosołem?!?!?!
- gdy ludzie piszą idiotyczne rzeczy na facebooku - smutna, zachwycona, lecimy, cudownie, ogądam film (zajebiście - mam Ci popcorn donieść??) itp.
- gdy ktoś podczas rozmowy ze mną zwraca się do innej osoby z tekstem A PAMIĘTASZ... i zaczynają gadać o czymś w czym nie brałam udziału.
- gdy coś sobie zaplanuję  i w ostatniej chwili wszystko idzie w piz#du .
- gdy w środku nocy mój pies ma nieodpartą chęć wycia i szczekania
- gdy mam okres, na dworze panuje 30 stopni, a ja jeszcze muszę gdzieś wyjść - przecudownie
- gdy mam wolne i ktoś mi mówi - tylko nie śpij za długo! No helloł! Chyba od tego mam wolne, żeby nie wstawać o 7. tylko później???
- gdy w domu mam tylko wygazowaną pepsi, smakującą jak jakieś siki (nie nie piłam nigdy sików, to taka moja spekulacja).
- gdy znajomi przeżywają przy mnie jak to zajebiście było gdzieś, gdzie z nimi nie byłam.
- gdy ktoś za wszelką cenę próbuje mi udowodnić, że jest ode mnie w czymś lepszy, lub, że to on ma rację. - gdy w rzeczywistości nie jest lub jej nie ma :P
- gdy nikt nie pochwali mnie za to, że coś zrobiłam dobrze - tylko wytknie mi co jeszcze mogłabym poprawić. - w ch#j demotywujące.
- gdy facet ma mnie za kompletną zieleninę z dziedziny sportu, bo przecież kobieta NIE MOŻE znać się na piłce nożnej i kolarstwie - wówczas muszę odpowiadać na setki PYTAŃ SPRAWDZAJĄCYCH, które mają za zadanie mnie zgiąć, bo KOBIETA NIE MOŻE ZNAŃ NA NIE ODPOWIEDZI.
- gdy prostuję włosy, a one po dziesięciu minutach i tak znów się kręcą.
- gdy nazajutrz mam jakiś ważny dzień, a na twarzy wyskoczył mi ogromny pryszcz, którego nie ukryję nawet pod grzywką, chyba, że miałabym ją do kolan...
W sumie mogłabym chyba wymieniać w nieskończoność, ale bez przesady - nie chcę wyjść na totalną zrzędę. Więc to wystarczy. Powiem Wam, że chyba trochę odreagowałam i chyba mi lepiej. Jestem spokojniejsza, chociaż nie wiadomo na jak długo. Jak mi B. wczoraj powiedział "Masz okres i dlatego się tak wszystkim emocjonujesz". - w sumie może racja. Z jednej strony to piękne, że jako kobieta mogę swoje wszystkie psychiczne odchyły zrzucić na okres, co nie? (lepsze to, niż miałby mi powiedzieć, że zwariowałam i mam iść do psychiatryka).
źródło: tumbrl
Okej z mojej strony, na dziś to wszystko. Może Wy też chcecie się wyładować i odreagować jakiś stres?? Piszcie śmiało w komentarzach - co Was wkurza i doprowadza do opadania rąk czy innych części ciała. Chętnie poczytam, a może przy okazji i mi się coś jeszcze przypomni. Pozdrawiam! :)

wtorek, 5 sierpnia 2014

68. Wakacje.

Witajcie! Jak Wam minął lipiec? Dużo się działo? Mi minął bardzo szybko, zapewne przez to, iż pół dnia spędzam w pracy, a i po niej nie narzekam na brak zajęć. Ogólnie rzecz biorąc lipiec zaliczam do udanych miesięcy. Byliście już na wakacjach? Ja jeszcze nie, ale za tydzień wyruszam uskuteczniać plażing i smażing - jeśli oczywiście pogoda będzie dla mnie łaskawa.
Dziś właśnie chciałam poruszyć temat wakacji - w dzisiejszych czasach. Na czym polegają i co jest na nich priorytetem. Na samym początku podzielę się w Wami moimi obserwacjami i wyleję swoją frustrację. UWAGA, zaczynam...
Czy w dzisiejszych czasach wakacje ze znajomymi polegają tylko na robieniu sobie miliarda zdjęć na facebooka i instagrama oraz na piciu alkoholu? Czy młodzi ludzie wyjeżdżają w dzisiejszych czasach na wakacje tylko po to, żeby imprezować i schlać się do nieprzytomności... trzy dni pod rząd??? Błagam, niech ktoś mi powie, że nie...
Ostatnio obserwuję tuziny wstawianych zdjęć PRZED wyjazdem, na których oto znajdują się skrzynki piwa, litry wódki i czegokolwiek innego - co zawiera alkohol. A co! Byleby dawało kopa. Aleeee... to nie koniec (przecież byłoby zbyt pięknie). Te zdjęcia mają podpisy: "przygotowania do wyjazdu", "spakowani", "będzie grubo" "to będą mega wakacje" - moja pierwsza myśli "NO FCHUJ..."
Możecie myśleć, że jestem jakimś zazdrośnikiem czy coś, ale picie alkoholu przy każdej okazji na prawdę mnie nie jara. Jasne, jeśli jesteśmy na wakacjach, to możemy sobie wypić po kilka piwek przed snem, albo ogólnie - bo wiemy, że nie musimy nigdzie jechać. Jest pewien luz, ale żeby spijać się do nieprzytomności tylko po to, aby najwytrwalsi robili zdjęcia "zgonom" i mogli ich wyśmiać w internecie? Osobiście nie lubię budzić się rano, po takowej grubszej imprezie - jestem głodna, chce mi się rzygać i boli mnie głowa. A i najważniejsze - SAHARA. Nic dodać nic ująć, ale jak dla mnie to nie jest idealny scenariusz na wakacje, na których mam zamiar WYPOCZĄĆ, a nie dobijać się jeszcze bardziej.
Okej, alkohol załatwiony. Teraz przejdę do tych ukochanych zdjęć. Oznajmiają one światu - WRÓCILIŚMY Z NAJZAJEBISRZYCH POD SŁOŃCEM WAKACJI - fascynująca wiadomość part. 2. No i się zaczyna - ludzie potrafią dodać taką ilość zdjęć, że zaczynam się zastanawiać czy nie zatrudnili jakiegoś paparazzi, ponieważ robienie zdjęcia na każdym kroku wyklucza wszelkie możliwości robienia czegokolwiek innego. No ale okej, jak już są - to oglądamy. Człowiek znudzony, to sobie poogląda KILKA - przy dziesiątym odpadam. Ale, ale, ale... Co widzimy: plażing, skąpo ubrane niunie, obiadki, lody, drinki, zdjęcia z imprezy, zgony, nogi, zgony, stopy, zgony, miliard dzióbków no i ogólnie jest sweet.
A więc podsumowując - ja osobiście po takich wakacjach nie byłabym w ogóle wypoczęta. Ciągłe chlanie i pozowanie do zdjęć na każdym kroku bywa męczące - przynajmniej dla mnie. No i rodzi mi się w głowie pytanie czy wakacje stały się kolejny powodem do udowadniania światu jacy to jesteśmy zajebiści??? Czy to społeczeństwo na prawdę musi robić wszystko na pokaz i nic już nie może pozostać za osłoną prywatności?
źródło: tumbrl
Ja wiem, nie wszyscy tacy są i nie wszyscy muszą się afiszować z każdą pierdołą. Można popić, można wstawić zdjęcia z wakacji, nie mam nic przeciwko temu, bo jak pisałam, lubię sobie pooglądać, czasem sama coś wstawię - ale tak jak wszystko - róbmy to z rozsądkiem, bo inaczej - przynajmniej w moim odczuciu traci to jakikolwiek sens. Mam wrażenie, że wówczas Ci ludzie wyjeżdżają na wakacje nie dla siebie, ale dla innych, ażeby im fotami "dowalić". 

piątek, 1 sierpnia 2014

67. Jeden rok więcej.

Witajcie. Kilka dni temu miałam urodziny. W sumie dzień jak co dzień. Rano poszłam do pracy, potem zgarnęłam B. do siebie - no bo jak to - opuścić dzień w którym PO RAZ KOLEJNY obchodzę 18 lat? :P Kupiłam tort, nie wiedząc, że w domu czeka na mnie drugi. <3 Co się dużo rozpisywać... Po prostu jestem znów rok starsza. Jednak nie piszę tego posta z nadzieją na życzenia urodzinowe, ale chciałabym się zagłębić w sens ich celebracji i tego, czym właściwie dla nas są urodziny? Dlaczego dla niektórych ten dzień jest tak ważny i wyczekiwany z niecierpliwością?
Zacznijmy od początku (w sumie tak jest najlepiej). Dlaczego dla nas samych - czyli jubilatów ten dzień był, a może nadal jest ważny? Postaram się to rozkminić przebiegając po kolei przez każdy etap naszego życia, od samego początku.
 A więc, jako małe dzieci - cieszymy się i nie możemy się doczekać, z racji upominków oczywiście, przyjeżdżają ciocie, babcie i jesteśmy w centrum uwagi - nie mniej, nie więcej tylko same OCHY i ACHY - jak nie lubić takiego dnia?
Później, jako już starsze dzieciaki - zapraszamy kolegów, koleżanki na swoje pierwsze imprezy urodzinowe. Mama staje na głowie, żeby zapewnić nam atrakcje i górę smakołyków - zaproszeni goście sami wybierają nam prezenty - no i bądź co bądź - jest ich coraz więcej (tak na marginesie, nie wmówicie mi, że dla dzieciaków coś innego jest priorytetem w dzień urodzin).
Następny etap, gdy z urodzinowych imprezek organizowanych przez mamę już wyrośliśmy i nie takie rozrywki nam w głowie. Najczęściej w ten dzień wyrywamy się z domu z całą paczką, a prezenty urodzinowe są zastąpione wymyślnymi życzeniami. Wówczas największym prezentem jest chyba liczba wzniesionych toastów za nasze zdrowie.
No i ostatni etap - w którym urodziny już tak nie cieszą, a może i trochę martwią. Dla niektórych są może już obojętne - jak to moja babcia mówi "Urodziny to ma każda świnia" - no w sumie... Bo z czego tu się cieszyć w pewnym wieku? Że jest się jeszcze starszym? Ja sama mam z tym problem i zdarzyło mi się nawet kiedyś przypomnieć o swoich urodzinach dzień przed. Jedno jest pewne - nie są już dla mnie tak wesołe jak kiedyś. I nie chodzi tutaj o prezenty czy nawet liczbę gości. Chodzi chyba o to, że do pewnego wieku cieszymy się, że bliżej nam do tego upragnionego wieku. Mam na myśli tutaj tę upragnioną OSIEMNASTKĘ. U mnie było właśnie tak, że z urodzin cieszyłam się bardzo właśnie do tego momentu. 19 - jeszcze jakoś przełknęłam, no bo to w końcu jeszcze NAŚCIE, ale dalej... Od pewnego czasu, co rok kończę 18 lat, po raz któryś tam. Taka moja recepta na wieczną młodość. ;)
Natomiast jeśli chodzi o urodziny, na które patrzymy z drugiej strony - czyli jako gość czy ktoś bliski - to mnie cieszą każde. Uwielbiam wymyślać długaśne życzenia, poprzeplatane docinkami czy żarcikami. Uwielbiam wybierać upominki, a tym najważniejszym - uwielbiam przygotowywać torty.
No ale... czym są dla nas te urodziny? Ja doszłam do wniosku, że świętujemy ten dzień, ponieważ cieszymy się, że ktoś jest z nami już tyle lat, że mamy go przy sobie kolejny rok i chociaż niektóre życzenia np. na portalach społecznościowych zdarza się nam wysyłać z automatu (mam na myśli zwykłe "sto lat" czy "wszystkiego najlepszego"), to chyba jednak te osoby też coś dla nas znaczą i cieszymy się, że po prostu są, że zagościły w naszym życiu.
Jeśli ktoś z Was miał lub ma urodziny w najbliższym czasie, to życzę Wam dużo uśmiechu, radości i wielu sukcesów na blogu!
źródło: tumbrl
A Wy, cieszycie się na swoje kolejne urodziny? A może macie w stosunku do tego dnia mieszane uczucia lub jest Wam ten dzień obojętny? No i jeszcze ciekawi mnie - jak celebrujecie to swoje święto?
Pozdrawiam!