poniedziałek, 30 czerwca 2014

61. (2) Pół roku.

Witajcie. Jak widzicie lub nie - poprzedniego posta usunęłam. Uznałam PO CZASIE, że był on nazbyt osobisty i lepiej będzie jeśli zniknie.
Powoli zaczęłam czuć wakacje - szkoda, że jutro już koniec kompletnej laby - od jutra idę do pracy. Wszystko ładnie, pięknie, tylko... To wstawanie o 7! Jakoś się przyzwyczaję CHYBA. No i przede wszystkim mam nadzieję, że spiszę się w tej pracy. Najważniejsze, że po powrocie z niej nie będę musiała już nic robić, a przede wszystkim uczyć się, bo to na prawdę męczy.
No i jest jeszcze coś, czym muszę się Wam pochwalić, bo jestem na prawdę DUMNA. Otóż w niedzielę idę na chrzciny i zostałam wybrana na matkę chrzestną. :) Oczywiście gdyby nie zdrowy rozsądek i ograniczone zasoby gotówki (czasem dobrze mieszkać w miejscu, gdzie nie zawsze można płacić kartą), to popadłabym w totalny szał zakupów dla maluszka, a co za tym idzie - w bankructwo.
Dziś postanowiłam podsumować pół roku istnienia bloga. Chociaż fakt faktem brakuje mu do tego jeszcze kilka dni, to postanowiłam napisać o tym już dziś, ponieważ w środę wyjeżdżam i nie wiem jak sobie poradzę z czasem.
Tak więc statystycznie przez te pół roku uzbierało mi się 130. obserwatorów, 13246 wyświetleń oraz 1654 komentarzy. Przez ten czas napisałam w sumie 62 posty. Nie wiem jak Wy to odbierzecie, ale ja jestem dumna, bo gdy zaczynałam - pół roku temu - nawet o takich statystykach nie myślałam. Cyferki jak cyferki, ale są bardzo motywujące. Tak jak Wasze wypowiedzi, które czasem są mi przychylne, a czasem dostanę od niektórych z Was porządny ochrzan, który pomaga mi się ogarnąć. Dziękuję.
Jednak przez ten czas zyskałam coś więcej niż tylko statystki. Zyskałam nowe znajomości, choć ktoś może uznać, że są TYLKO blogowe - dla mnie są one AŻ. Nie widując na co dzień waszych twarzy czuję jakbym część z Was znała od zawsze, dlatego mogę z Wami rozmawiać o wszystkim. Osoby o których piszę na pewno teraz czują wewnętrznie, że do nich właśnie się odnoszę.
Poza tymi osobami zyskałam również moje miejsce, które jest TYLKO moje. Do tego miejsca mogę uciec w każdej chwili, zamknąć się tutaj, gdy tylko będę chciała uciec od codzienności. Przez to również zyskałam nowe spojrzenie na pewne sprawy.
Myślę też, że przede wszystkim, przez te pół roku zmieniłam się trochę i ja sama. Nie potrafię określić w jaki sposób, ale czuję się jakoś pewniej. Czuję, że nie jestem odosobniona ze swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami. Myślę, że to dlatego, iż z każdą PIERDOŁĄ mam do kogo przyjść do WY zawsze tu jesteście i zawsze mogę na Was liczyć. Ot całe piękno blogowania, gdy robi się to z sercem. Na początku wydawało mi się, że bloguję tylko dla siebie - bo mam taką potrzebę. Jednak teraz, z czasem dostrzegam, że uwielbiam to robić nie tylko dla siebie, ale i dla Was. Bo wiem, że ktoś tutaj czeka, aż coś napiszę, ktoś wierzy, że po raz kolejny go nie zawiodę. Chyba właśnie to uczucie napędza do działania, do pisania kolejnych postów i do starania się, aby z każdym napisanym zdaniem być coraz lepszym.
źródło: tumbrl
A Wy jak długo prowadzicie swoje blogi? Co jest dla Was kluczowym powodem dla którego chcecie pisać więcej i więcej? Pozdrawiam i trzymajcie kciuki za mój pierwszy dzień w pracy, bo mam OGROMNY stres.

wtorek, 24 czerwca 2014

60. "...i wszystkie moje tajemnice, o tym mieście, co to widać je w tle - jak bardzo go NIENAWIDZĘ!"

Witajcie. Miałam być z powrotem, ale nie wyszło. Do egzaminu miałam tydzień, więc zamiast się lenić postanowiłam wziąć się za to od razu. To już w końcu ten ostatni, najostatniejszy w tym roku akademickim. Trochę pocierpię, ale za to, jak przyjdą wyniki, to będę zadowolona - mam nadzieję. Tak więc nie znalazłam czasu na tę cholerną systematyczność w blogowaniu. A tak bardzo chciałam... Chciałam coś pisać, tyle, że na chceniu się kończyło. Potrafiłam ostatnimi czasy skleić ledwo 3 zdania i ... koniec, cisza, pustka. Bo o czym mam pisać? O ubezpieczeniach? Sprawozdawczości finansowej czy analizie ekonomiczno-finansowej? Bez sensu, prawda? W dodatku czas mnie ZNÓW pogania.
Jakoś nie mam weny na naukę, na nic nie mam weny. Zaczynam pisać tego posta chyba czwarty raz i znów wszystko kasuję... Aż dziś, rozejrzałam się po pokoju i zaczęłam w głowie budować zdania, które miałby by rację bytu na blogu. Co tam egzamin! Mam wenę, mogę pisać! - już mi lepiej.
Mój brak weny stał się tematem dzisiejszego posta, a raczej jego przyczyna - domniemana przeze mnie. A dokładniej - spokój. Otóż to, siedzę sobie w swoim domku. Ogarnia mnie cisza, cały chaos zostawiłam w mieście. Tu jest mi dobrze, zero zmartwień, zero konfliktów i irytujących ludzi - skutek: nie mam o czym pisać. Nie ma problemu - nie mam czego rozważać. Nic mi nie mąci myśli, po prostu.
Tym samym uświadomiłam sobie, ile dzieje się w moim życiu, gdy jestem tam - w mieście. Każdego dnia mijam na ulicach setki ludzi, łapię ich spojrzenia, obserwuję reakcje, zastanawiam się przez moment - dokąd się spieszą? Jakiej muzyki właśnie słuchają? Kim są? A po chwili idę już dalej, nie pamiętając nawet ich twarzy. Zachodzę na uczelnię - tam spotykam ludzi, o których istnieniu jeszcze dwa lata temu nie miałam pojęcia. Kilka osób jest mi na prawdę bliskich, część z nich polubiłam od razu, a niektórych - znienawidziłam. Dziś - chcąc nie chcąc - są oni wszyscy częścią mojego życia i przyczyniają się do powstawania codziennego zamieszania. Zamieszania od którego odcinam się, zjeżdżając do domu. Izoluję się przez całe trzy miesiące, a potem wracam... stęskniona za tym chaosem, którego w czerwcu nie mogę znieść i przed którym uciekam. Wniosek? Nie lubię mieć życia poukładanego. Zwyczajnie mnie to nudzi, jednak gdy chaos zaczyna przejmować kontrolę - mówię stop, odcinam się, po to, bo znów się znudzić i ponownie zatęsknić. Taka dziwna logika - jak mi kolega ostatnio powiedział "babska logika - brak logiki" (w sumie powinien dostać w łeb za to :P )
Na koniec jeszcze odniosę się do tytułu. To nie jest tak, że nienawidzę tego miasta. Nie. To miasto pokazało mi życie, jakiego nie znałam. Pokazało mi ludzi wszelkiego pokroju - każdego dnia mijam snobów w garniturkach i biedaków żebrających na chodnikach. Mijam ludzi smutnych - wystylizowanych na EMO i tryskających radością, którzy aż przesadzają z ilością barw. A w tym wszystkim, gdzieś wmieszana w tłum jestem ja. (swoją drogą - ciekawe jak inni postrzegają moją osobę)
Tak więc nie mogę nienawidzić tego miasta, a jednak są chwile, że mam go dość. Jednak nie przez to, że jest złe czy zepsute, ale przez ludzi. Nieraz chciałabym gdzieś uciec, ale... Nie mam gdzie. Nie znam tu jeszcze tysiąca miejsc, ani nie ma tu ze mną kogoś, kto na moje CHODŹ, zerwie się z mieszkania i pójdzie ze mną gdziekolwiek - przed siebie. A ja czasem tak muszę, wyjść i iść gdziekolwiek, byleby nie siedzieć w domu. Chyba to jest jedynym minusem - mimo ogromu miasta, nie zawsze mam się gdzie podziać. Fakt, tutaj też chyba wyprawiałam najgłupsze rzeczy w życiu, ale... niczego nie żałuję. Co przeżyłam, to moje, a póki jestem młoda - chcę przeżyć jak najwięcej.
źródło: tumbrl
Wolicie spokój i poukładane życie czy raczej lubicie, gdy los robi Wam niespodzianki i zaskakuje co jakiś czas? A może ktoś tak jak ja - lubi ten cały chaos, ale do pewnego momentu?
Nie wiem kiedy znów napiszę, ale napiszę na pewno, bo gdy tego nie robię, mam ogromne wyrzuty sumienia. Także spodziewajcie się mnie... kiedyś i trzymajcie kciuki w czwartek - ostatni, najważniejszy egzamin!

wtorek, 17 czerwca 2014

59. "Mów mi dobrze! Tylko nie mów mi źle!"

Witajcie! Zaliczyłam prezentację na maxa! No i zostałam wyróżniona, jako osoba, która prezentowała całość z największym spokojem oraz było widać, że wiem o czym mówię. Po raz kolejny powtarzam - uwielbiam prezentacje. :) Wreszcie czuję jako taki luz. Najważniejsze, że nie ciąży już nade mną ta cholerna presja czasu, której nienawidzę.
Dzisiejsze prezentacje nasunęły mi dzisiejszy temat. Otóż, jednym z zadań podczas prezentacji była ocena innego, wyznaczonego i przydzielonego nam zespołu. Ocena szczera, krytyczna - bo punktowana. Nie chodziło o lizanie innym tyłków, a nauczenie się mówienia innym, co nam się nie podoba.
Właśnie to zadanie - choć z pozoru łatwe, to jednak sprawia wiele trudności. Przecież nie jesteśmy przyzwyczajeni do wytykania błędów tym, z którymi przebywamy na uczelni i staramy się utrzymać z nimi jak najlepsze relacje. Całe szczęście - większość rozumie pojęcie krytyki konstruktywnej i z pokorą przyjmuje uwagi innych. Większość, bo znalazł się i taki IDEAŁ, który z żadną krytyką się nie zgadzał, a mojemu zespołowi potrafił wytknąć "odwracanie spojrzenia" - co sam prowadzący wręcz wyśmiał.
W związku z tym postanowiłam poruszyć dziś temat ludzi, którzy na swój temat ŻADNEJ KRYTYKI NIE PRZYJMUJĄ. Gdy powiesz im, nawet delikatnie, że coś jest nie tak - oni zaczynają się nerwowo tłumaczyć, wykręcać lub co gorsza - starają się udowodnić Ci, że ABSOLUTNIE NIE MASZ RACJI!
Na prawdę nie wiem skąd się tacy ludzie biorą. Przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, nikt z nas nie jest idealny, dlatego gdy ktoś mówi mi coś krytycznego na mój temat - przyjmuję jego zdanie do wiadomości i na prawdę nie dostaję "padaczki" i nie próbuję się na siłę tłumaczyć.
Czy to coś złego być nieidealnym? Przecież nikt nie jest. Nawet Ci, którzy tak o sobie mniemają. No mój kolega z grupy pewnie też. Z jednej strony szkoda, że tylko on tak myśli
I tak, znów zaczęłam się zastanawiać - skąd się bierze takie zachowanie - chorobliwe wystrzeganie się błędów, nie dopuszczanie do siebie myśli, że mogłam zrobić coś nie do końca idealnie? Okej, też wiele od siebie wymagam. Nie potrafię się nauczyć na 3. Zawsze uczę się na 5 - czyli tyle i jestem w stanie, a jakie oceny z tego wyjdą, takie wyjdą. Ja przed sobą jestem czysta - zrobiłam tyle ile mogłam. Ale gdy popełnię jakieś błąd - nie idę się kłócić, że to niemożliwe i to nie prawda. Więc na prawdę nie rozumiem.
źródło: tumbrl
Może takie osoby są niedowartościowane? Nie mam pojęcia, skąd bierze się taka chorobliwa chęć bycia idealnym, zawsze najlepszym. Może Wy macie jakieś teorie na ten temat?

sobota, 14 czerwca 2014

58. Kto nie ryzykuje - ten nie ma.

Witajcie. W końcu jestem - tak w końcu. Przepraszam Was serdecznie, ale sesja w pełni. Każdego dnia chodziłam spać o drugiej w nocy, byleby zdążyć z projektem. Teraz czekam tylko na poniedziałek. Tak, w poniedziałek, popołudniu będę szczęśliwym człowiekiem. Mniejsza o to, że we wtorek egzamin. To już nie ważne, umiem i wiem, że zdam. Dlatego właśnie w poniedziałek, gdy to wszystko pooddaję - poczuję się wolna.
Chcę Wam podziękować, że mimo, iż nie było mnie tu tyle czasu - to Wy byliście. Jeszcze raz przepraszam, za tak długą nieobecność, ale na prawdę nie wiedziałam w co mam ręce włożyć, a moją jedyną rozrywką na chwilę obecną jest oglądanie meczy podczas liczenia miliarda zadań. Mundial właśnie daje mi jakiś taki zastrzyk pozytywnej energii. Uwielbiam mecze, a gdy jest ich kilka w jednym dniu - i to nie byle jakich, a na prawdę dobrych meczy - jestem w niebie. Nie wiem czy oglądacie, czy nie, ale ten mundial rozpoczął się na prawdę wspaniale - zaskakująco i od pierwszych minut dostarcza emocji. Mam nadzieję, że będzie tak do końca.
No to teraz wypadałoby napisać coś na temat. Wiecie, napisałam nawet jeden post w tygodniu, ale stwierdziłam, że jest beznadziejny i go usunęłam. Mówię sobie - nic na siłę. Lepiej poczekam i napiszę coś co ma ręce i nogi (nienawidzę robić czegoś na odpieprz). No i tym sposobem piszę dopiero dziś.
Pamiętacie, jak pisałam, że warto zaryzykować i zawrzeć nową znajomość - bo nie mamy nic do stracenia? Żeby nie pozostać gołosłowną - tak też zrobiłam. Napisałam wiadomość do kolegi z grupy, pod pretekstem przekazania wiadomości od wykładowcy - raz się żyje, powiedziałam sobie (z resztą tak dobrze rozmawiało nam się wtedy w tramwaju). Chwile się wahałam przed wysłaniem, ale... przecież nie mam nic do stracenia. Zrobiłam to. Pewnie jesteście ciekawi - co dalej? Otóż znajomość rozwinęła się nadzwyczaj dobrze. Starałam się na nic nie liczyć, niczego wielkiego nie oczekiwać i... mile się zaskoczyłam. A nawet bardzo. Kolega rozmowny, zabawny, ale... do końca nie potrafię go wyczuć.
Początkowo byłam cała HAPPY - no bo się udało. Taka chwilowa euforia z racji sukcesu. Tylko potem zaczęłam się zastanawiać - co on sobie myśli? Czy mi odpowiedział tylko dlatego, że jest uprzejmy? Eeee, sama nie wiedziałam. Moje wątpliwości się rozwiały, gdy sam się odezwał. Teraz tak od czasu do czasu rozmawiamy.
Co mnie dziwi w tej znajomości? Już piszę. Otóż potrafimy się do siebie nie odzywać - nawet kilka dni, a gdy już zaczniemy rozmawiać - godziny mijają ZA SZYBKO. W dodatku nie rozmawiamy o niczym ważnym, same pierdoły dotyczące TU i TERAZ. Mimo tego - ciągle się uśmiecham. Nie mam co narzekać. Dostałam więcej niż śmiałabym sobie zażyczyć. Tylko... No ja tak mam, że muszę szukać dziury w całym - z resztą o tym jest ten blog. Zastanawiam się dokąd zmierza ta znajomość i czy te wszystkie rozmowy mają jakiś sens. Czy są to te rozmowy, z których niczego się nie wyciąga i o których zapomina się za jakiś czas? Sama nie wiem i najgorsze jest chyba to, że nie wiem czego bym chciała i czego bym od tej znajomości oczekiwała. Póki co, jestem szczęśliwa, że mam kogoś spoza KRĘGU ZNAJOMYCH z kim nie muszę rozmawiać o tym, o czym teraz rozmawiać wypada. Mam odskocznie, ale nie chcę tego traktować przedmiotowo. Z resztą... Skąd mam wiedzieć, co ja znaczę dla niego? Jak w związku z tym, traktować tę znajomość? Ryzykować dalej? Czy ostrożnie stąpać do przodu, nie wychylając się zbytnio? Chyba najlepiej będzie cieszyć się tym co mam w tej chwili, a co dalej? Czas pokaże. Przecież ciągle sobie powtarzam, że jeśli coś ma się stać - stanie się niezależnie od tego czy dorzucimy tam swoje trzy grosze, czy nie.
źródło: tumbrl
Jak widzicie, tyle pytań mąci moje myśli. Ale też się odstresowałam pisząc tego posta. Oczyściłam i powiem Wam, że na prawdę brakowało mi tego. Teraz niestety muszę wracać do prezentacji. Nie mam sił na samą myśl, ale byle do poniedziałku. Jeszcze raz dziękuję kochani, za to, że jesteście!

sobota, 7 czerwca 2014

57. "Smutno mi, bo jestem wesoły."

Witajcie. Przyznaję, dopadł mnie blogowy leń. Jednym z czynników jest na pewno pogoda, która wręcz nakazuje przebywanie na zewnątrz. Drugim zaś fakt, że w czwartek w Poznaniu rozpoczęły się juwenalia - tak jest, porwał mnie melanż. No, ale już - jestem na ziemi. Z podwójną siłą ściąga mnie na nią fakt, iż mam do zrobienia projekt, za który zabieram się od dwóch dni, no i jakoś zabrać się nie mogę. Kompletnie nie mam na to ochoty... Będę musiała się zmotywować, jakoś.
A teraz po raz kolejny przyjdę do Was ze swoim zbulwersowaniem. Otóż czy macie w swoim otoczeniu ludzi, którzy utrudniają sobie życie na siłę? Chodzi mi o to, że sami się doszukują problemów w każdej możliwej sytuacji. Nie ważne czy świeci słońce, czy pada deszcz. Nawet jakby wygrali w totka, to pewnie zamiast się cieszyć, zaczęliby narzekać, że muszą zapłacić podatek od nagrody... Żenada.
Mnie osobiście najbardziej irytuje doszukiwanie się w czyichś słowach ZA KAŻDYM RAZEM negatywów na swój temat. Otóż to - skąd się biorą ludzie, którzy doszukują się jadu w każdej wypowiedzi? No i pytanie numer dwa - po jaką cholerę to robią? Są aż tak uprzedzeni?
(...)
Ja na prawdę chciałam tę relację odbudować. Nawet rozmawialiśmy na ten temat - co jest dobrze, a co nie. Nawet o tym co było. Ale czepianie się samych zarzutów w każdym moim zdaniu, mnie osobiście przerasta i tego nie przeskoczę. Nie będę kłamać będąc pochlebna tylko po to, aby uniknąć FOCHA. Coraz bardziej zaczynam mieć dość. Wiem, że mogę zareagować w dwojaki sposób - A) Użyć swojego ukochanego sarkazmu i zamilknąć na wieki przy danej osobie, a w razie pytania dlaczego milczę, udzielić odpowiedzi, iż wolę milczeć niż urazić ją swoją opinią. B) Wyrzucić z siebie całą złość i wykrzyczeć, że mam dość wyszukiwania w każdej mojej wypowiedzi negatywów na swój temat, no i proszę mi nie pier*olić, że tak nie jest... 
W sumie nie wiem co lepsze albo raczej, co bardziej dotkliwe. Tak, dokładnie. Nie mam zamiaru płaszczyć się przed kimś, kto na siłę rzuca mi się pod nogi i udaje ofiarę. Po prostu mam dość i pewnego pięknego dnia zasztyletuje go na jego własne żądanie. Będzie mieć, to o czym tak obsesyjnie marzy <3 (bo nie wiem jak inaczej nazwać takie zachowanie).
Fakt, jest mi trochę żal. No co ja gadam - cholernie żal tego co było. Jednak widzę, że nie jestem w stanie pewnych spraw przeskoczyć, a czasu nie cofnę. Mogę jedynie zacząć jeszcze raz, od nowa. Oboje możemy, tylko zastanawiam się czy nie będzie lepiej, gdy zaczniemy jak najdalej od siebie...
(uprzedzając Wasze pytania - tekst dotyczył byłego "przyjaciela")

A Wy co mi poradzicie? Zacisnąć zęby i po raz kolejny udawać, że jest okej? Po raz kolejny próbować? Czy może faktycznie dać sobie spokój i iść w swoją stronę?

wtorek, 3 czerwca 2014

56. "I tak nie spotkamy się więcej i tak, i tak nie będziemy się więcej już znać!"

Witajcie! NARESZCIE jestem po tym straszliwym zaliczeniu. Jestem z siebie zadowolona, jednak to jeden z  tych przedmiotów, z których do końca nie można być niczego pewnym. A więc czekam z pokorą na wyniki. Najważniejsze, że nie muszę się już tego uczyć. No i... zostały dwa ostatnie egzaminy przede mną + prezentacja dużego projektu. Dam radę, zwłaszcza, że motywują mnie wakacje pojawiające się na horyzoncie. Okej, a teraz do tematu - który swoją drogą wymyślałam bardzo długo, mając już treść. Pomysłodawcą po raz kolejny stało się samo życie, a może nie tylko ono...
W piątek, gdy jechałam na pociąg podbił do mnie dość sympatyczny chłopak (nie, nie miałam spódniczki). Powiedział "cześć" i słowa, które na prawdę mnie urzekły: "a pomyślałem, co mi szkodzi zagadać?". Fakt, faktem najpierw spojrzałam na niego jak na idiotę, ale po chwili już całkiem przyjemnie nam się rozmawiało. Właśnie, dlaczego tak zareagowałam? Bo chłopak, który ma tyle ODWAGI, żeby podejść do dziewczyny na chodniku, to na prawdę niespotykany osobnik. Byłam po prostu w szoku. Na prawdę miałam ochotę zapytać GDZIEŚ TY SIĘ UCHOWAŁ? Przecież teraz dziewczyny zaczepia się na FEJSIE, czatuje się z nimi, a spotkanie w realu to ostateczność. Więc bądź, co bądź owy kolega bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, przez co odzyskałam wiarę w ludzi i na dodatek okazało się, że mieszka na osiedlu po drugiej stronie ulicy.
Przejdźmy jednak do tego, co chciałam Wam tym postem przekazać. Powiedzcie mi, ile razy w życiu chcieliście do kogoś podejść, zagadać, zapytać o coś? No i teraz pytanie numer dwa: ile razy to zrobiliście?? No właśnie... Cytując nowo poznanego kolegę "co Wam szkodzi?". Sama się zaczęłam nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że podchodząc do osoby nieznajomej nie mamy nic do stracenia. W najgorszym wypadku "...nie spotkamy się więcej (...) i tak nie będziemy się więcej już znać...". A w najlepszym? Może to zaowocować jakąś fajną znajomością, czyż nie?
W każdym razie ja doszłam do wniosku, że warto zaryzykować - chociaż co to za ryzyko, skoro nie mamy nic do stracenia? Fakt - nie będę się teraz rzucać na każdego przechodnia, ale na pewno zamiast myśleć i zastanawiać się w nieskończoność czy podjeść - zrobię to.
A Wy? Przekonała Was moja teoria?


Drugą sprawą, którą chciałam poruszyć to kolejna nominacja do LBA - jak poprzednio, odpowiem na pytania. Nominowała mnie Niezwykła. Postanowiłam wpleść to w post o poznawaniu, bo jakoś nie miałam ochoty dodawać samych odpowiedzi na pytania.
1. Jakie imię wybrałaś/wybierzesz na bierzmowaniu?
- Agnieszka, po mamie. Chciałam mieć ją zawsze przy sobie. ;)
2. W jakiś państwach byłaś?
- Tutaj jest skromnie: Polska, Niemcy, Czechy.
3. Jakie państwa marzysz zwiedzić?
- USA, Japonię - te najbardziej, chociaż wieloma innymi także bym nie pogardziła.
4. Gdybyś mogła cofnąć czas tylko raz to, do którego wydarzenia ze swojego życia byś wróciła?
- Hmm... Chyba cofnęłabym się do początku znajomości z pewnym kolegą i zagadałabym pierwsza, dużo wcześniej, bo CO MI SZKODZIŁO?? ;)
5. Jakie jest Twoje największe marzenie?
-Nie powiem, bo się nie spełni...
6. O czym był Twój pierwszy post tematyczny i dlaczego właśnie o tym?
- Ohoho, aż musiałam zajrzeć do archiwum. Mój pierwszy post tematyczny nosił tytuł "Być dumnym z siebie". A dlaczego o tym? Ponieważ uważam, że każdy jest wyjątkowy i dlatego powinien być z siebie dumny.
7. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
- Fioletowy.
8. Kim chcesz zostać lub jesteś w zawodzie?
- Finansistą. A co konkretnie? Pewnie jakaś księgowość.
9. Za co szanujesz swoich rodziców?
- Moim zdaniem rodziców nie powinno się szanować za coś, tylko szanować ich bezwarunkowo, dlatego, że są naszymi rodzicami.
10. Jaka jest Twoja ulubiona kreskówka/bajka z dzieciństwa?
- Eeee... Nie pamiętam. Jako dziecko uwielbiałam oglądać "Zwariowane melodie", a do dziś zdarza mi się oglądać "Pingwiny z Madagaskaru".
11. Gdzie chciałabyś mieszkać w przyszłości?
- Nie mam konkretnego miejsca. Gdzie mnie los poniesie. Najmilej byłoby mi we własnym domu, ale porządnym mieszkaniem też nie pogardzę.

Tyle na dziś. Idę się "czilować" dalej czytając Wasze blogi, póki mam czas. ;)

niedziela, 1 czerwca 2014

55. Spódniczka.

Witajcie! Temat dzisiejszego posta nasunęło mi samo życie. Będzie trochę ironicznie i prześmiewczo, a co! Tak na rozluźnienie, ostatnio było mega poważnie, to teraz będzie z przymrużeniem oka.
 Zrobiło się ciepło, więc wskoczyłam w krótkie spódniczki i doszłam do wniosku, że ułatwia mi to życie. Nie wierzycie? Serio!
W niedzielę, nagle znalazło się kilku uprzejmych panów, którzy chcieli mi pomóc nieść walizkę - jak nigdy! A we wtorek uniknęłam mandatu w tramwaju, gdy zapomniałam portfela - przy czym o mało nie dostałam zawału, gdy panowie "kanarkowe" - dwa koksy (ewidentne) podbili do mnie i z groźną miną "Wie pani co musimy teraz zrobić?" Po czym jeden z nich się uśmiechnął jak szeroko potrafił i powiedział " Musimy panią pouczyć - proszę nosić ze sobą dowód tożsamości!" . Myślałam, że się przewrócę, a gościu miał ewidentnie polewkę w mojej przerażonej miny. Oczywiście śmieję się, że to dzięki spódniczce, chociaż może mój urok osobisty też zadziałał (hahaha w końcu było się w gimnazjum "miss wdzięku"). No, ale moi koledzy jednogłośnie stwierdzili, że to dlatego, iż pokazałam nogi. Okej, jest ich więcej, są więksi - kłócić się nie będę.
No i teraz pytanie do Pań - odnieście się do własnych obserwacji, doświadczenia - czy nie uważacie, że mężczyźni są bardziej skorzy do pomocy panią, które noszą właśnie spódniczki i sukienki? Mi się tak właśnie wydaje. Przez półtora roku, jak jeżdżę w tą i z powrotem - żaden obcy facet nie chciał mi pomóc nieść walizki (już nie będę ubolewać nad tym - GDZIE SIĘ PODZIALI CI DŻENTELMENI?!) - a tu nagle taki zbieg okoliczności - czy na pewno? (może właśnie tego dnia skądś wypuścili przetrzymywanych wcześniej przez półtora roku wyżej wspomnianych DŻENTELMENÓW???) No a ile spojrzeń nałapałam! Ach nie zliczę. (jak na złość osoby wspomnianej w poprzednim poście nie spotkałam...)
Nie jestem facetem, ale mam wrażenie, że gdy dziewczyna/ kobieta ma na sobie sukienkę lub spódniczkę, to wydaje im się bardziej hm... delikatna? A może nieporadna i bezbronna?. Może panie w spodniach uważane są za te, które poradzą sobie same w trudniejszych sytuacjach? Nie wiem, nie mnie oceniać. Jednak ten ciepły tydzień przyniósł mi na prawdę klika miłych sytuacji i sama nie wiem czy wydarzyłyby się one mimo wszystko.
Kiedyś słyszałam, że ładni ludzie mają w życiu łatwiej, ale czy ludzie w spódniczkach też? No jeśli by tak było, to panowie mogliby się oburzyć - gdzież to cholerne równouprawnienie?!
Oczywiście wszystkie te sytuacje traktuję z przymrużeniem oka i nie powiem, trochę mnie to bawi, ale może coś w tym jest? Czy zachowanie panów wobec nas, nie zależy czasem też od tego, co mamy na sobie?
źródło: tumbrl
To jak drogie panie? Co myślicie o mojej teorii dotyczącej spódniczek i sukienek? Jest tak na prawdę, że nasi drodzy panowie wzrokowcy wolą pomagać właśnie tak ubranym kobietkom?