czwartek, 29 maja 2014

54. "Tak często Cię widzę, choć tak rzadko spotykam. Smaku Twego nie znam, choć tak często Cię mam na końcu języka..."

Witajcie. Jestem już po kolokwiach. Pierwsze - bajka. Chyba najfajniejsze koło jakie w życiu pisałam. Bez rozsadzania, pytania wyświetlane na rzutniku, zmieniające się co minutę. Bardzo spoko - będzie max. A drugie? Ach mój kochany niemiecki. Napisałam 300% wymaganych zdań, więc pewnie też nie będzie najgorzej. Lubię niemiecki, lubię pisać. Jak złapię wenę, to nie ważne w jakim języku - piszę jak najęta.
Dziś znów przychodzę do Was jak do psychoterapeuty - z moimi żalami, znów będę obnażać swoje styrane uczucia - kolejny raz będę wałkować ten sam temat...
Tak bardzo chciałam Cię dziś spotkać. Tak bardzo na to liczyłam - byłam pewna, że będziesz, rozumiesz?! Byłam pewna! A Ty zrobiłeś mi takie coś... Nie pojawiłeś się... Tym samym udowodniłeś mi, że na świecie nic nie jest pewne. No może śmierć (i podatki). Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to zabolało. Chociaż wcale nie powinno. Przecież to nie Twoja wina, że jedną rozmową podałeś mi tak uzależniającą dawkę siebie. To nie Twoja wina, że teraz włóczę się jak ćpunka na głodzie, wypatrując wśród setek mijanych twarzy tej jednej, tej Twojej.
Przecież nie mogę mieć do Ciebie pretensji. Nie mam prawa. Niczego nie obiecywałeś, nie deklarowałeś. Po prostu byłeś. Cholera jasna! Dlaczego Twoja nieobecność tak bardzo mnie dotknęła?! Dlaczego poczułam taki zawód?! Jak dziecko, które idzie z rodzicami po obiecaną, wymarzoną zabawkę - gdy są na miejscu, w sklepie okazuje się, że już jej nie ma - ktoś wykupił, zabrał i nie będzie... Tak, właśnie tak się czuję. Jakby ktoś zabrał mi Ciebie, tylko tym kimś byłeś Ty sam.
Nawet nie wiesz jak liczyłam na to spotkanie. Pełna radości czekałam na ten dzień. Dzień w którym znów zobaczę te piękne oczy w kolorze czekolady i ten uśmiech przez, który miękną mi kolana. Odliczałam każdą godzinę do spotkania, następnie minuty, które zostały do momentu kiedy Cię zobaczę. Bo przecież nie chciałam niczego więcej... Jak widać i tak za wiele... Jak widać nawet na to nie zasłużyłam.
Teraz nie pozostało mi nic innego, niż wmówić sobie, że "nic nie znaczysz dla mnie i nie chwytasz mnie za serce". Zawsze gdy się nakręcę, ktoś brutalnie ściąga mnie na ziemie... A nawet niżej. Czuję dno...
A to miał być taki idealny dzień. Z cudownym początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Niestety - rozwinięcie nieświadomie spieprzyłeś. Nie mogę mieć do Ciebie żalu. Nie mogę mieć pretensji. Chyba to jest właśnie najgorsze. Ty nic złego nie zrobiłeś. Po prostu żyjesz własnym życiem. Nic więcej. To nie Twoja wina, że masz swoje życie i nie widzisz mnie w tym planie...
A ja? Ja będę się dalej cieszyć tym dniem. Dziś są moje imieniny, więc mam zamiar być szczęśliwa - mimo wszystko, mimo Ciebie... Będę tak szczęśliwa, jak od początku tego dnia. Taka szczęśliwa, jaka byłam do momentu naszego NIEspotkania. Będę tak szczęśliwa jak podczas czekania na to, co się nie wydarzyło. Jeszcze raz podkreślam - nie jestem zła. Chyba, że na siebie. Tak bardzo chciałam Cię widzieć... Za bardzo. Ale będzie dobrze...
Wieczorem przyjdą znajomi, chłopaki przyniosą piwo. Będę się śmiać z głupich rzeczy i NIE myśleć o Tobie. Przynajmniej tak bym chciała.
Źródło: tumbrl
Przyznam się bez bicia, że to chyba najbardziej emocjonalny post, jaki do tej pory napisałam... Aż łzy popłynęły mi po policzkach. Ale będzie dobrze. Muszę się ogarnąć.
"Es wird alles gut, alles gut... "

wtorek, 27 maja 2014

53. Jak magnes...

Witajcie! Na początku muszę się Wam pożalić, jaka to jestem zalatana i jak to bardzo nie mam czasu na żaden relaks. Z jednej strony - masakra, bo nie mam czasu na nic poza nauką, dlatego też blog trochę cierpi, z drugiej strony - w pewnym sensie kocham ten stan. Konkretniej co u mnie? A więc popołudnia spędzam z nosem w wycenie przedsiębiorstwa (taki mam przedmiot do zaliczenia obecnie) i w niemieckim na zmianę... (w końcu nauczę się wyceniać przedsiębiorstwo po niemiecku...). Aż chciałabym napisać BYLE DO CZWARTKU, ale w kolejnych tygodniach czekają mnie następne kolokwia... Także jak na razie końca nie widać... Ale nie o tym. Nie przedłużając przejdę do tematu, który przyszedł mi do głowy dziś... podczas kąpieli!
Czy zaobserwowaliście kiedyś takie zjawisko, że do niektórych ludzi "ciągnie" nas mimo wszystko? Codziennie na chodniku mijamy mnóstwo osób. Niektórych nawet nie zauważamy, innych zapamiętujemy przez chwilę, bo być może wyglądali charakterystycznie, ciekawie, a jeszcze inni robią nam dziurę w psychice i czujemy nieodpartą chęć spotkania ich po raz kolejny.
Zastanawiam się od czego to zależy, że właśnie niektóre osoby w ogóle nie wywierają na nas wrażenia, a inne tak bardzo zapadają w naszej pamięci. Czy to jakaś loteria ślepego losu? A może jakaś głupia zabawa naszego umysłu? A może... przeznaczenie? Wierzycie w przeznaczenie? W to, że pewne osoby są nam pisane i prędzej czy później musimy na nie w swoim życiu trafić?
Dla mnie to dziwne. Nie wiem czym dana osoba mogła wywrzeć na mnie takie ogromne wrażenie, że moje podejście do niej jest tak odmienne, tak.. wyjątkowe? Najprościej byłoby mi to wytłumaczyć losem, przeznaczeniem, no bo czym innym? Jak ktoś, kogo nie znałam przez całe życie, tak nagle mógł w nim tak namieszać? Czym sprawił, że bardzo chcę się spotkać, zobaczyć? O! To jest to. Już niekoniecznie porozmawiać, po prostu zobaczyć. Jeszcze raz, jeszcze jeden, jeszcze i jeszcze...
Taka trochę psychoza, ale na prawdę odczuwam efekt magnesu... Takie nieziemskie przyciąganie, żeby być blisko. Nic więcej, na prawdę nic więcej. Chcę tylko spotkać tę osobą i już będzie mi lepiej. A na ile? Zapewne na chwile, ale zawsze to jakaś ulga.
źródło: tumbrl

Potraficie to wyjaśnić? Co z tym przeznaczeniem? Może sami spotkaliście kiedyś kogoś, kto działał na Was jak magnes? Pozdrawiam i trzymajcie ze mnie kciuki w czwartek!

sobota, 24 maja 2014

52. "Mszczą się słabi..."

Witajcie! Na początku chciałam się usprawiedliwić - tak, wiem. Zaniedbuje Wasze blogi ostatnio - z jednej strony to wina pogody - jak jest tak słonecznie to wszędzie lepiej niż w mieszkaniu, a z drugiej strony - zaczęło się - masa nauki, sesja nadchodzi, a ja nie mogę się zmobilizować i nauka idzie mi jak krew z nosa... Jeden tydzień już zmarnowałam, więc nie mogę sobie pozwolić na kolejny. Z racji tego piszę już dziś, że w przyszłym tygodniu z postami może być krucho, ale postaram się. Tak samo, jak postaram się po nadrabiać wieczorami czytanie waszych blogów, bo obecnie - przyznaję się bez bicia - odpowiadałam tylko na komentarze i odwiedzałam jedynie blogi komentujących. Chociaż pomimo braku czas- dobre i to. Ale okej, idziemy do tematu.
Pomysł na tego posta przyniosło samo życie, a dokładniej przynosi mi skrupulatnie, co jakiś czas "odpowiednią" dawkę inspiracji - w końcu ugięłam się. Moja frustracja rośnie do takiego poziomu, że po prostu MUSZĘ to z siebie wyrzucić.
Otóż od jakiegoś czasu pan Problem rzuca we mnie swoimi uwagami, na temat WSZYSTKIEGO czego się nie dotknę. Na początku - spoko, zawsze lubił się czepiać. Jednak stopniowo przeginał, aż w końcu uznałam, że dość tego. Na wszelkie zaczepki reaguję stoickim spokojem i milczeniem - jakbym nie słyszała i miała to w nosie, chociaż w rzeczywistości - GOTUJE SIĘ WE MNIE. Ale postanowiłam - nie dam mu tej satysfakcji. Mimo wszystko nie poddał się i wciągnął w to również miłość swojego życia (swoją drogą są żałośni, on - piesek na posyłki, a ona się tym bawi i wykorzystuje go, mając chłopaka - w sumie nie wiem którego jest mi bardziej żal). Otóż teraz do jego uwag jest posyłany jej komentarz. (o jejku jejku jak słodko!) Zastanawia mnie dlaczego tak naglę zaczęli na mnie naskakiwać. Przez myśli przechodzi mi jedynie NAJLEPSZĄ OBRONĄ JEST ATAK i tego staram się trzymać. Próbuję sobie wmówić, że jestem dla nich za dobra, że jestem tak bardzo przed nimi, że próbują mi rzucać kłody pod nogi.
Jestem osobą, która z reguły nie przejmuje się docinkami i ogólnie ma zdanie innych w nosie. Mam też ogromny dystans do siebie, ale gdy np. jem na kolację sałatkę i znienacka słyszę I TAK NIE SCHUDNIESZ - zadaję sobie pytanie O CO CI CHODZI CZŁOWIEKU?! Podobne sytuacje? Proszę bardzo! Opowiadam, jak to mój tata kupił mi nowy samochód, mówię, że przynajmniej będę miała wbudowaną nawigację - co słyszę? PO CO CI NAWIGACJA?! PRZECIEŻ I TAK NIGDZIE DALEKO NIE JEŹDZISZ! O.O (noł koment) Next - mam nową, fajną, sexy koszulę nocną - komentarz TA BLUZKA JEST CI ZA DUŻA! Przychodzę z biegania - pada pytanie ile przebiegłam, mówię, że 3 km - co słyszę? CO TAK MAŁO?!
Widzicie? Niby nic, ale to jest ewidentne czepianie się o cokolwiek, byleby się przyczepić! Ale weźmiesz zjebiesz człowieka, to jest zaraz obraza majestatu, bo on TYLKO MÓWI. Nosz kurczę... Mam wielką ochotę powiedzieć mu, że ma sobie te uwagi wsadzić w tyłek...
Piszę do Was o tym, bo RAZ - muszę wyrzucić z siebie złość, DWA - nie wiem dlaczego to robi. Próbuję to sobie tłumaczyć - kiedyś prawie się przyjaźniliśmy, uwielbialiśmy spędzać ze sobą czas, jednak sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej i od tego momentu oddalamy się od siebie. Kiedyś było mi przykro, teraz chyba coraz mniej mi zależy i mam coraz bardziej na tę znajomość wyj***ne...
źródło: tumbrl
Mieliście kiedyś taką sytuację? Jak myślicie, skąd bierze się takie zachowanie? Uważacie, że moja ignorancja jest dobrym rozwiązaniem?

czwartek, 22 maja 2014

51. Nie przekreślajmy ludzi od razu.

Witajcie. Od kilku dni pogoda piękna, słońce praży - jak dla mnie super. Nie przeciągając, już piszę, co dziś mam Wam do "powiedzenia". :)
Cały temat tyczy się jednego zdarzenia, które miało miejsce ostatnio w moim życiu. Właśnie wtedy przez myśl przeszły mi słowa umieszczone w tytule - nie przekreślajmy ludzi o razu. Ale do rzeczy.
Od pewnego czasu biorę udział w pewnego rodzaju projekcie międzynarodowym na mojej uczelni. Zostali do niego wybrani najlepsi germaniści ze szkoły - co tyczy się poznania kilku nowych osób. Wśród nich pewien kolega. Z wyglądu fajny chłopak - jest na czym oko zawiesić, charakteru nie było mi jeszcze dane przebadać. No okej wszystko wszystkim, ale w czym problem?? Otóż z całą grupą od razu złapałam wspólny język, ogólnie myślę, że nieźle się dogadujemy i dobrze nam się razem pracuje. Właśnie z całą grupą oprócz tego właśnie kolegi. Przez pierwsze spotkania miałam wrażenie, że jestem dla niego jak powietrze - nie, nie niezbędna do życia, a PRZEŹROCZYSTA. Jednym słowem - ignorował mnie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Ani razu nie złapałam na sobie jego spojrzenia - nie ważne czy coś mówiłam, kłóciłam się akurat czy coś pisałam. NIGDY!
Mimo tego, że jestem osobą nieco zamkniętą w sobie, to lubię rozmawiać z ludźmi i mieć z nimi dobry kontakt, a nienawidzę, być ignorowana. Od razu psuje mi to humor, łapię doła i jakoś mi tak źle. Po prostu - ignorancja mnie boli. Owa ignorancja sięgnęła zenitu, gdy po przedostatnim spotkaniu stałam na przystanku obok tego kolegi - jakieś 2 metry od niego i ani słowem się nie odezwał, ani głowy nie odwrócił - nic. Pomyślałam sobie - trudno. Nie wszystkich muszę poznawać, jeśli on nie ma ochoty mnie znać, to trudno. Przeżyję. (pewnie niektórzy powiedzą, że mogłam podejść do niego, ale czy to byłoby mądre? Podchodzić do gościa, który ewidentnie olewa Cię podczas 3,5 godzinnych zajęć i narzucać mu się ze swoją znajomością? Ja uważałam, że nie ma co się pogrążać.)
Z tą myślą zmierzałam też na kolejne spotkanie. Już nawet nie liczyłam na najmniejszą rozmowę o głupiej pogodzie - skreśliłam tę znajomość i tego człowieka. Aż tutaj  w momencie mojego totalnego zwątpienia ironicznie sytuacja się odwraca. Kolega podchodzi do mnie na przystanku, wita się, zagaduje. Na zajęciach siada obok mnie, po nich czeka, wracamy razem na przystanek, jedziemy do domu jednym tramwajem - cały czas rozmawiamy, jakbyśmy nadrabiali nasze milczenie podczas wszystkich poprzednich zajęć. Sama nie wierzyłam i nadal nie wierzę, że właśnie w momencie mojego zwątpienia sytuacja tak się odwróciła. W dodatku (może pomyślicie, że przesadzam), podczas rozmowy w tramwaju odczułam, że go obchodzę, że coś, cokolwiek na mój temat go interesuje, że nie jestem obojętna, przeźroczysta, że ja istnieję. Jedno pytanie to sprawiło, więc pozwolę je sobie przytoczyć "To gdzie Ty mieszkasz, że jeździsz osiemnastką?" . Potem potoczyła się kolejna fala pytań, które wymienialiśmy między sobą. Aż chciałam to wszystko skomentować O! TY UMIESZ MÓWIĆ, A JA NIE JESTEM PRZEŹROCZYSTA!
Jaki z tego wniosek? Nie przekreślajmy znajomości, ludzi nawet jeśli początki są trudne i nie idzie tak jak miałoby iść. Ja zwątpiłam i teraz trochę mi wstyd, bo mam na prawdę fajnego kolegę (z przeuroczym uśmiechem) z którym świetnie mi się rozmawia i to wszystko bardzo poprawia mi humor. Dlaczego zaczęliśmy rozmawiać tak późno? Nie wiem. Nie będę drążyć, ważne, że teraz jest dobrze. :)
źródło: tumbrl
Co o tym wszystkim myślicie? Ironia losu, znak od Boga - jak interpretować taki rozwój zdarzeń? :D Chcieliście kiedyś odpuścić i właśnie w tym momencie wszystko się zmieniło? Mieliście może podobne sytuacje? Jeśli tak napiszcie, chętnie poczytam. Pozdrawiam! :*

poniedziałek, 19 maja 2014

50. Wanna.

Witajcie! Tylko spójrzcie - to już pięćdziesiąty post! Wow, szybko poszło. Dzisiaj rozważania na temat rzeczy materialnej...
Tak, właśnie tak. Dziś piszę o WANNIE, czyli o miejscu, które w moim przypadku jest idealne na poukładanie myśli i relaks po frustrującym dniu. Zwykły przedmiot, nic specjalnego, jednak wypełniony wodą - w moim przypadku zamienia się w ostoję spokoju. Spokojnie, nie będę Wam jednak pisać o tym, jak się kąpię.
A więc dlaczego wanna na dziś? Chodzi o to, że jest to dla mnie wyjątkowe miejsce. Właśnie tak - wyjątkowe w swej prostocie. Niby nic, a jednak dla mnie bardzo znaczące miejsce w którym odnajduję spokój.
Kiedyś tam leżąc właśnie w wannie i oglądając swoje stopy (och jakież kreatywne zajęcie) pomyślałam, że jest ona świadkiem moich przemyśleń, układania pewnych spraw w głowie oraz żalu za "grzechy". (pomijając fakt, że właśnie w wannie naszedł mnie pomysł na ten własnie post - kolejne dziwne miejsce zatwierdzone przez moją wenę - wanna może być inspirująca!) Nieraz gdy zrobiłam coś głupiego, okropnego, coś czego z całego serca żałowałam i miałam ochotę zapaść się pod ziemię, biłam się z myślami leżąc zanurzona w gorącej wodzie. To chyba jakieś takie moje topienie złych emocji, wątpliwości i wszystkich złych decyzji. Taka moja terapia - uwierzcie mi, że po takiej kąpieli łatwiej było mi wyjść do ludzi i zderzyć się z konsekwencjami swoich czynów. Niczym po jakiejś metamorfozie - ze zlęknionej, pełnej obaw i wyrzutów sumienia, rozbitej dziewczynki zmieniałam się tam w silną osobę, która postanowiła zmierzyć się z losem idąc z podniesioną głową, nie uchylając się przed niczym. Chyba rzeczywiście te wszystkie obawy i złe emocje utopiłam i wychodziłam bez żadnego bagażu.
Szum wody podobno działa uspokajająco - chociaż nigdy nie myślałam, że szum wody lecącej do wanny też uspokaja. Ciepła woda rozluźnia mięśnie, stajemy się zrelaksowani i wtedy się zaczyna - rozmyślanie. Leżąc tak w wannie jestem w stanie przeanalizować cały miniony dzień, krok po kroku. Może to głupie, ale mi taka kąpiel na prawdę bardzo pomaga. Nie umiem określić tego co się wówczas ze mną dzieję, ale czuję się jakoś taka bezpieczna, spokojna.
Źródło: tumblr
Ciekawe miejsce na układanie swojego życia, co nie? (nikt nie mówił, że jestem przeciętna) Macie takie swoje miejsca? Wasza wanna też jest dla Was miejscem terapeutycznym czy nie przywiązujecie żadnej wagi do kąpieli?

sobota, 17 maja 2014

49. Dorosłość.

Witajcie. Najpierw mój krótki komentarz dotyczący poprzedniego posta. Okazało się, że na temat patriotyzmu zdania są podzielone - każdy ma swoją rację. Na dodatek temat poboczny (eurowizja) zdominował post i stał się tematem głównym. No cóż - zdarza się i tak. Wczoraj miałam dwudziestoczterogodzinną izolację od internetu, więc na komentarze spod poprzednich notek odpowiem na dniach - w miarę czasu i możliwości. To na tyle z moich uwag i spostrzeżeń - mogę przejść do tematu.
Zastanawiam się ostatnio, kiedy zaczyna się dorosłość? Nie chodzi o pełnoletniość, tylko o nasze zachowanie. Kiedy zaczynamy poprzez nasze zachowanie być dorośli?
Kiedyś, gdy byłam w podstawówce czy gimnazjum myślałam, że gdy człowiek  ma 18 lat, jest taki dorosły, poważny, odpowiedzialny.. Tak widziałam wtedy tych ludzi. Jednak gdy sama skończyłam 18 lat stwierdziłam, że - g*** prawda. Człowiek w wieku 18. lat zachowuje się tak samo jak 13. letni gówniarz (żeby nie było - nie mam nic do trzynastolatków), a nawet gorzej. Nagle masz te 18 lat i otwierają przed Tobą nowe drzwi. Sam możesz iść po alkohol, fajki i tutaj zaczyna się rozpierducha. Na dobrą sprawę sam za siebie odpowiadasz i nikt nie może Ci niczego zabronić. Wiele razy obserwowałam poosiemnastkowy szał alkoholowy: chlanie, chlanie, chlanie - bo? Bo mogę! (ja w wieku 18. nie piłam już tyle, gdyż byłam bardziej niegrzeczna wcześniej, także zawsze odpowiadałam, że swoje już w życiu wypiłam). Także, jeśli uważacie osiemnastolatków za osoby dorosłe pod względem zachowania, to jesteście w błędzie. Oczywiście nie mierzę wszystkich jedną miarką - ale o tym zaraz.
Później więc myślałam, że studenci - tak oni muszą być poważni! Traktuje się ich jak dorosłych, więc na pewno tak jest - są odpowiedzialni i w ogóle. Wiecie co? Tutaj dopiero mój światopogląd runął - dlaczego? Otóż moje pierwsze zetknięcie się ze studenckim życiem: jeszcze więcej chlania, zero kontroli - mieszkasz sam, nie mam mamy nad głową, robisz co chcesz, wracasz do mieszkania nad ranem, albo po kilku dniach (wersja hard), śpisz aż się nie wyśpisz (wykład?! Jaki wykład?? Z resztą... olać wykład.). Tutaj zobaczyłam ludzi, którzy wyrwali się spod kontroli rodziców i zachowywali się dosłownie jak psy spuszczone ze smyczy. Na szczęście tylko na początku - tą wolnością też idzie się zachłysnąć. Oni zachłysnęli się i szaleństwa zmalały. Oczywiście nie jestem święta - i mnie te szaleństwa nie ominęły, ale na pewno nie w takiej ilości jak innych. Może dlatego, że moi rodzice mi ufali i nigdy nie sali nade mną bacznie kontrolując co robię. Miałam więcej luzu, więc tutaj nie odczułam jakiejś dużo większej swobody. Poczułam raczej większą odpowiedzialność za siebie - muszę coś jeść, mamy nie ma, trzeba było się nauczyć gotować.
No i tak teraz sobie siedzę po dobrym obiadku i zastanawiam się kiedy ta dorosłość się zaczyna. Jednego jestem pewna - wiek nie ma tutaj nic do rzeczy. Znałam kiedyś kilka dziewczyn, które już wieku 16 lat zachowywały się bardziej odpowiedzialnie niż ja teraz. Tak, miały już dzieci. To chyba odpowiedzialność za kogoś innego wymusza w nas takie dorosłe myślenie. Z pewnością są dorośli szesnasto, siedemnasto, dwudziestolatkowie, ale i trzydziestki w ogólnie nie czujące piętna dorosłości. Tak jak pisałam, nie można mierzyć wszystkich gimnazjalistów, licealistów, studentów jedną miarą. Są Ci odpowiedzialni i ich przeciwieństwa - norma. Dla jednych dorosłość przychodzi szybciej, dla innych dużo później.
A ja? Sama nie wiem. Nie jestem roztrzepańcem, ale też nie zachowuję się jak pełnoetatowy dorosły. Jednak wiem, że ten czas nadchodzi. Skończę licencjat, mam zamiar magistra robić zaocznie co wiąże się z pracą. A potem? Ślub, dzieci - kiedyś mam nadzieję, że tak. Czy dopiero wtedy poczuję się na prawdę dorosło? Jakoś obecnie wolę, jak ktoś mówi o mnie "dziewczyna", a nie "kobieta" i jakoś tak nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego gdy ktoś mówi mi PANI.
Źródło: tumblr

Jaki macie pogląd na temat dorosłości? W ogóle co oznacza dla Was bycie dorosłym? Myślę, że chyba nie ma jednej definicji, więc jestem ciekawa Waszych opinii.

środa, 14 maja 2014

48. Patriotyzm.

Witajcie! Na początku chciałam Wam podziękować za przekroczenie "magicznej" granicy 10000 wyświetleń. Jako pewnego rodzaju podziękowanie dla Was postanowiłam umieścić po prawej stronie listę osób, które przyczyniły się do tego najbardziej, czyli powracają i najwięcej komentują. A więc moja pierwsza piątka. ;) Oczywiście dziękuję Wam wszystkim, że jesteście i sprawiacie, że moje pisanie ma sens.. Jesteście wspaniali i lepszych czytelników nie mogłam sobie wymarzyć. Jeszcze raz dziękuję!
Dziś temat, który nasunął mi się tuż przed finałem tegorocznej Eurowizjii. Tak wiem, wszyscy mówią, że to festiwal kiczowatej muzyki, a jednak wszyscy oglądają. Ale nie o tym...
Otóż po półfinale, gdy Polska przeszła dalej rozpoczęły się tak zwane hejty na panią/pana/państwa (poprawność polityczna rodzi straszne problemy językowe) z brodą. No i pewni kosmopolityczni Polacy zaczęli najeżdżać na całą resztę, która uważała, iż Polki są od wyżej wymienionej osoby ładniejsze, lepsze itp. Zaczęła się nagonka na nietolerancję itp. Swoją drogą: jak mam tolerować kobietę (?) z brodą??? Chcecie mijać takich ludzi na ulicy? Możecie mnie zjechać, tolerancja tolerancją, ale... bez przesady. W każdym razie wtedy obudziła się we mnie jakaś taka przynależność narodowa i mimo, że nigdy wcześniej nie słuchałam jakoś namiętnie naszego reprezentanta - ogólnie sama piosenka WISIAŁA MI I POWIEWAŁA - zaczęłam dostrzegać w nich same plusy. Zaczęłam trzymać kciuki, mieć nadzieję na dobry wynik i życzyć im powodzenia. Poczułam, że skoro jestem Polką, to powinnam ich bronić i na prawdę strasznie dotknęły mnie obraźliwe komentarze pod adresem naszych.
Nasz kraj jest jaki jest. Żyje się tak jak się żyje - chociaż ja się nie powinnam wypowiadać w ten sposób. Póki co jest mi tu dobrze. Póki co... Ale mimo wszystko, to jest mój kraj i gdy ktoś zaczyna na niego spluwać, to będę tego kraju bronić i nie pozwolę bo coś takiego się powtórzyło.
Powiem Wam, że oglądając samą eurowizję byłam dumna, że takie piękne dziewczyny tam występują. Możecie się śmiać, mówić, że to był przypał. Ja byłam dumna i podobało mi się! A z drugiej strony - skoro Austria jest dumna ze swojego reprezentanta, to dlaczego my nie możemy być dumni ze zdrowo wyglądających, pięknych dziewczyn??? Dostrzegacie paradoks? No mam nadzieję.
Niby nic, ale takie "błahe" wydarzenie na prawdę otworzyło mi oczy. Chyba sama nie zdawałam sobie ostatnio sprawy z tego, jak bardzo jestem do tego kraju przywiązana. Jak ogromną przynależność narodową odczuwam (podczas meczy naszej reprezentacji odczuwam to samo MIMO WSZYSTKO będę za nimi i nienawidzę tych wszystkich negujących komentarzy, nienawidzę) - to bardzo ważne i mam wrażenie, że ostatnio usilnie wypierane przez kosmopolityzm. Ale nic z tym nie zrobimy. Prawda jest taka, że jeśli ktoś nie chce - znajdzie powód by się odwrócić. Jedyne co mogę zrobić, to trwać wiernie przy swoim zdaniu.
Źródło: tumblr

Kto chce niech narzeka na TAKI kraj, na całe zło. Zaboli mnie to, ale możecie nawet wstydzić się swojej narodowości - ja odpowiem tylko tyle, że jestem dumna z tego, iż jestem Polką. Jestem dumna, bo mój kraj ma piękną historię, wiele wspaniałych miejsc, najpiękniejsze kobiety na świecie ;) i na prawdę mamy się czym pochwalić.

poniedziałek, 12 maja 2014

47. Facebook pierze mózgi?

Witajcie! Pogody w kratkę ciąg dalszy - znów zmokłam mimo, iż dziś miałam ze sobą parasol. Pomijając ten fakt, to dzień był bardzo udany - miałam 6 godzin ćwiczeń z analizy - liczenie wskaźników itp. - podobało mi się!! (niektórzy pewnie myślą, że oszalałam).  Później wygłaszałam prezentację i otrzymaliśmy same pozytywne opinie, więc po raz kolejny jestem z siebie dumna i umacniam się w przekonaniu, że poradzę sobie na obronie. :) Dziś temat, który przyszedł mi na myśl, gdy wczoraj kładłam się spać.
Mianowicie: Facebook. Przyszedł do nas niespodziewanie i gwałtownie zamieszał. Muszę się Wam przyznać, że długo się wzbraniałam przed samą rejestracją. Po prostu nie chciałam. No ale w końcu - stało się. Potworna nuda zaprowadziła mnie do magicznego ZAREJESTRUJ SIĘ. No i się zaczęło. Przeglądanie, podglądanie innych, co, kto, gdzie i z kim.
Mamy ogromną możliwość zdobywania informacji na temat danej osoby, kiedy tylko chcemy - to samo tyczy się nas. Właśnie w tej chwili, ktoś o kogo istnieniu możesz nie mieć pojęcia sprawdza Twój profil, bo ktoś, bo coś. Ogólnie nic do facebooka nie mam, oprócz DROBNYCH uwag, które nasunęły mi się niedawno.
Po pierwsze - to cholerstwo zżera tyle czasu  i zupełnie nic nie daje w zamian. Na początku swojej przygody potrafiłam spędzić tam nawet kilka godzin dziennie - teraz zadaję sobie pytanie CO JA TAM ROBIŁAM??? Pojęcia nie mam, jednak był też czas w moim życiu, gdzie Fb był pierwszą stroną, którą odpalałam zaraz po włączeniu komputera - jak jakiś nałogowiec. Fakt, wiele czasu spędziłam tez na czacie, któremu można powiedzieć, zawdzięczam relację z moim przyjacielem - wiele wieczorów spędzonych na rozmowach na prawdę zbliża ludzi.
Drugą uwagą jest dodawanie zdjęć - niektórzy moi znajomi potrafią CODZIENNIE wrzucać swoje #selfie ma tablice, co jest dla mnie osłabiające Matko czy oni na prawdę uważają, że dziś wyglądają lepiej niż wczoraj w tej samej pozie?. W ogóle zastanawialiście się PO CO wrzucamy tam swoje zdjęcia?? (tak, ja też to robię, no wow) Tak sobie teraz myślę i nie wiem po co... Chyba każdy ma w sobie jakąś taką nutkę narcyzmu i chce pokazać się innym. Czy wstawianie swoich zdjęć na portale nie jest jakiegoś typu manifestacją PATRZCIE NA MNIE ? Jakoś żaden inny cel mi do głowy nie przychodzi.
A co myślicie o wstawianiu 349874 zdjęć swoich dzieci??? Sama nie wiem co o tym myśleć - z jednej strony fajnie zobaczyć malucha swojej koleżanki, ale chyba sama bym tego nie robiła. Po co mam wszystkim obnażać całą swoją rodzinę i wystawiać na światło publiczne moje dziecko? Także nie potępiam ani chyba do końca nie popieram.
No i na koniec coś co mnie powala kompletnie na kolana wręcz i nasuwa mi namyśl właśnie wyprane mózgi. Pisanie o każdej wykonywanej czynności. Jak czytam niektóre wpisy, sarkazm sam mi się ciśnie na usta.
"Piwko z laskami" , "Gotujemy obiadek" czy "Oj smutna i chora" - ludzie!!! Co mnie to obchodzi?! Cieszę się, że ktoś Ci sprzedał alkohol czy umiesz gotować. Jesteś chora? No co ja mam Ci to na poradzić? Magicznie uleczyć się przez monitor?? (nie myślcie, że nie mam w sobie empatii). Tak samo nowe opcje facebooka - "czuję się, oglądam itp." Matko, gdyby każdy choleryk mojego pokroju miał wstawiać każdy swój nastój na tablicę, to uwierzcie - musiałabym dodawać 15 statusów dziennie, no plus to, że np. myję nogi czy robię pranie, a mój pies zjadł mi kapcie... o.O
Na koniec tylko napiszę Wam hit hitów, który ostatnio wstawiła jedna z moich znajomych - zdjęcie samochodu z rozwalonym zderzakiem i podpis "Oj ktoś popsuł hihi". Aaaaaaaaa!!!! Krew mnie zalewa.  NA PRAWDĘ CIESZĘ SIĘ, ŻE ROZWALIŁAŚ SAMOCHÓD I JESZCZE SIĘ CHWALISZ SWOJĄ GŁUPOTĄ. Oczywiście, żeby zachować równowagę psychiczną co jakiś czas wyłączam subskrypcję postów od kolejnych to znajomych. Ile można...
Podsumowując - nie hajtuję fb. Uważam, że dał nam dużo dobrego - możemy utrzymywać kontakt z ludźmi, z którymi nie możemy widywać się codziennie. No i ogólnie uważam, że jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie to daje on wiele dobrego, ale tak jak przytoczyłam - niektórym pierze mózgi do tego stopnia, że niedługo będą pisać o tym, że przypalili mleko na śniadanie albo, że kupili za ciasne gacie...
Źródło: tumbrl
Też macie jakieś "ciekawe" przypadki na facebooku? Macie w ogóle konta? Jakie jest Wasze ogólne odczucie co do tego portalu?

piątek, 9 maja 2014

46. Kłamstwo.

Witajcie. Późno, bo późno, ale w granicach piątku się zmieściłam. W skrócie powiem Wam tyle, że jestem od wczoraj mega zalatana, więc blog musiał poczekać grzecznie na swoją kolej. Cały wczorajszy wieczór i dzisiejsze popołudnie spędziłam na pisaniu niemieckich maili i wiadomości, do tego gdy byłam w centrum dopadło mnie oberwanie chmury - wyglądałam jakbym zanurkowała w fontannie, w sumie tak też się czułam (geniusz nie zabrał parasola - BO PO CO?) A gdy byłam w samochodzie - ironicznie, pięknie zaświeciło słońce i do końca dnia nie padało. Na szczęście to by było na tyle z sensacji w dniu dzisiejszym. A teraz do tematu.
Przy ostatnim poście wspomniałam o kłamstwie. Tak sobie pomyślałam, że można by o tym dziś napisać. Oczywiście - nie w sposób standardowy, że to złe, niedobre i w ogóle ble. Jak zwykle INACZEJ.
A więc na początek mam pytanie czy uważacie, że kłamstwo jest BEZWZGLĘDNIE złe? Czyli czy myślicie, że w każdym, absolutnie każdym przypadku powinno być tępione i nie ma racji bytu? Ja uważam, że nie. Są wyjątki. Pisałam już ostatnio, ale powtórzę, że umiejętność kłamstwa, nie jest niczym chwalebnym. Nie mniej jednak uważam, że nie raz może uratować nam to tyłek. Nie chcę przytaczać konkretnych przykładów, ale na pewno sami potraficie przytoczyć jakąś sytuację ze swojego życia, gdzie kłamstwo Wam pomogło (a może się mylę? Jeśli tak - poprawcie mnie). Oczywiście za kłamstwo dopuszczalne uważam takie, które NIKOGO NIE RANI ani nie działa na niczyją szkodę. Wiecie, takie drobne przekłamanie, ażeby wywinąć się z niewygodnej sytuacji.
Każde inne kłamstwo, które może kogoś dotknąć, a nawet takie, którym oszukujemy kogoś na swój temat uważam za złe. Zwłaszcza gdy mówimy nieprawdę o sobie komuś, kto nam ufa i komu na nas zależy (nie napisałam odwrotnie, bo nierzadko zdarza się, iż sytuacje te nie odwzajemniają się). Powinniśmy szanować uczucia innych i nie wpędzać ich celowo w maliny. Chyba nikt nie lubi czuć się oszukany, a przy okazji upokorzony? No właśnie.
A teraz z innej beczki. Co wtedy, gdy czegoś komuś nie powiemy? Chodzi o coś, co tej konkretnej osoby dotyczy. Wiemy, że w sumie powinna o tym wiedzieć, ale z drugiej strony NIE MOŻEMY jej o tym powiedzieć, bo... np. obiecaliśmy komuś tam jeszcze. Nie skłamaliśmy, tylko coś przemilczymy. Czy mimo wszystko nie wpisuje się to w kategorię kłamstwa? Ktoś powie, że jest to zatajenie prawdy - okej. Ale nadal nie otrzymałam odpowiedzi na powyższe pytanie: CZY TO NIE JEST KŁAMSTWO???
W sumie - jak by się uprzeć, to nie jest. Przecież nic nie powiedzieliśmy, a skoro nic z naszych ust nie wyszło, to nie ma dowodu kłamstwa, ani owego kłamstwa fizycznie, tak? Chociaż mimo wszystko, gdybym dowiedziała się o jakimś zatajonym fakcie na mój temat, to z pewnością czułabym się oszukana przez osobę, która milczała.

Więc jak to jest? Milczenie złotem, ale czy zawsze? Jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii?
Pozdrawiam i do usłyszenia. :)

środa, 7 maja 2014

45.Oczy.

Witajcie. Pogoda znów płata nam figle - u mnie cały dzień pada i jestem uziemiona w mieszkaniu. W ogóle spałam pół dnia i czuję się nadal zmęczona. Przynajmniej siedząc w domu zrobiłam prezentację na uczelnie i (chyba jestem nienormalna) nie mogę się doczekać, aż będę ją wygłaszać na zajęciach.! Pisałam już kiedyś o tym, że uwielbiam to robić. A teraz... do tematu.
Dziś wzięłam na tapetę OCZY. W Internecie możemy znaleźć wiele pięknych cytatów dotyczących oczu. Moim ulubionym jest "Oczy są zwierciadłem duszy" i w pełni się z tym zgadzam. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze gdy kogoś poznaję, od razu staram się mu spojrzeć prosto w oczy. Przecież w oczach widać wszystko. To czy jesteśmy radośni czy smutni. Widać, że jesteśmy znudzeni czy zdenerwowani. Oczy zdradzają wszystko. Nie raz spotkałam się z sytuacją, gdy ktoś się uśmiechał, ale spojrzenie miał tak smutne, że od razu było wiadomo, że ma jakiś problem, coś go martwi.
Ludzie opanowali kłamstwo do perfekcji, jednak oczy zawsze zdradzą prawdę. Podobno gdy kłamiemy, to mrugamy patrząc komuś prosto w oczy. Ja ogólnie (nie ma się czym chwalić) nauczyłam się kłamać patrząc nieprzerwanie patrząc komuś prosto w oczy - może praktyka "aktorska" mi w tym pomogła? Nieraz byłam nazwana po takiej akcji, niezłą aktorką. Jednak nie myślcie sobie, że jestem kłamczuchą. Kłamstwa w moim wykonaniu dotyczyły często sytuacji podbramkowych - czy piłam COŚ lub gdy jakiś MIŁY NIEZNAJOMY nocą zagadywał w pubie - zawsze wtedy leci taka nawijka, że sama siebie nie poznaję. Jednak nie o tym miało być - wróćmy do oczu.
Oczy zdradzają każde uczucie, wiem o tym bardzo dobrze, więc gdy nie chcę by ktoś się dowiedział, co aktualnie czuję - unikam kontaktu wzrokowego. Mogę nie okazywać uczuć, nie wyjawiać emocji i dusić wszystko w sobie, jednak oczy zawsze wszystko zdradzą. Zwłaszcza utkwione w oczy drugiej osoby.
Oczy, to także część ciała, która decyduje w moim przypadku też o tym, czy np. dany facet mi się podoba. Tak, właśnie oczy. Nie musi być playboyem - jeśli ma spojrzenie, które zagina mi kolana. Oczywiście mam w swojej głowie jakiś tam ideał, ale... to osobny temat. Piękne oczy mi wystarczą. Piękne oczy, to piękna dusza? Pewnie niekoniecznie - wiele razy się o tym przekonałam, jednak z tą słabością nie mam zamiaru walczyć.
Słyszeliście o tym, że wielkość naszych źrenic zmienia się w zależności od tego co czujemy do osoby na którą patrzymy? Ja słyszałam, że nasze źrenice się rozszerzają, gdy patrzymy na kogoś, kogo kochamy lub kto nam się bardzo podoba - odkąd to usłyszałam bardzo uważnie starałam się zaglądać z pewne oczy. ;) A z innej beczki - jeśli nasze źrenice są strasznie malutkie - oznacza to podniecenie - podobno. Wiadomo, na wielkość źrenic ma wpływ również światło, ale skoro przy strasznie rażącym świetle, mimo wszystko ten kto na Ciebie patrzy - ma ogromne źrenice, to musi coś być na rzeczy.
Powiem Wam, że o oczach mogłabym pisać w nieskończoność. Tyle rzeczy mi się nawija. Na przykład to, że w oczach widać miłość - można to zauważyć nawet gdy stoimy jako osoba trzecia - z boku. Błysk w oku zdradza wszystko? Moja współlokatorka nieraz mi mówi, że mam miłość w oczach, gdy oglądam szpilki. :D
Tyle napisałam o oczach, to może na koniec napiszę, jakie według mnie są najładniejsze? Uwielbiam i zdecydowanie kradną moje serce ciemne, brązowe oczyska. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałabym takie mieć. Ja stety niestety jestem posiadaczką niebieskich oczu. Przynajmniej są duże i w sumie bardzo je lubię. Jednak taka natura kobiety - trzeba pomarudzić, nawet jak jest dobrze, to zawsze mogło być lepiej. ;)
To ja, a raczej moje oczy. Coś w nich widzicie? ;)
A Wy jaki macie kolor oczu? Też odczytujecie z nich uczucia innych? Na co najpierw zwracacie uwagę, gdy patrzycie na innych? Też na oczy?
Pozdrawiam Was i do... piątku! :)

poniedziałek, 5 maja 2014

44. Run! Run! Run!

Witajcie! Jak tam u Was? Ja zaczęłam tydzień, tak jakby było po długim weekendzie... - zaspałam. Na szczęście reszta dnia przebiega póki co, dość sprawnie.
Dziś będzie bardziej osobista notka, o dyscyplinie, której kiedyś nienawidziłam, a dziś żywię do niej zupełnie przeciwne uczucie.
Otóż bieganie. Słyszeliście o wczorajszym biegu WINGS FOR LIFE ? A może oglądaliście relacje na bieżąco lub ktoś z Was biegł? Ja oglądałam - za zapartym tchem i żałowałam, że mnie tam nie ma!. Ale po kolei - jeśli ktoś nie wie o czym piszę - wczoraj na całym świecie odbył się bieg - na wszystkich kontynentach, w poszczególnych miastach ludzie wystartowali o tej samej godzinie - w Polsce była akurat 12.00. Co jest cechą charakterystyczną tego biegu - uczestnicy nie biegną do mety - to meta goni biegaczy. Właśnie tak! Meta, to samochód, który po pół godzinie biegu startuje z prędkością 15 km/h, a później przyspiesza do 16,17,20 i 35 km/h. Gdy samochód dogoni uczestnika - kończy on bieg. W tym wyścigu chodzi o to, by dobiec jak najdalej. Nie chodzi o to, żeby wygrać, tylko sprawdzić siebie - jak długo zdołam uciekać przed metą?? W Polsce wyścig odbywał się w Poznaniu. Cel imprezy? Uczestnicy biegli dla tych, którzy biec nie mogą - dla osób, które mają przerwany rdzeń kręgowy i przez to nie mogą chodzić. Trwają badania nad przywróceniem im sprawności. - ten bieg ma wspomóc finansowo te badania. Jeśli chcecie dowiedzieć więcej - odsyłam do wujka google. ;)
Co o tym sądzę? Dla mnie super sprawa. Chociaż nie jestem jakimś tam wytrawnym biegaczem, to z chęcią wzięłabym udział w tym biegu (pomimo wysokiego wpisowego). Po pierwsze pomoc innym, po drugie dobra zabawa, będąca zdrową dawką ruchu plus walka za własnymi słabościami. Dodatkowo bieg ten chwycił mnie za serce, ponieważ problem przerwanego rdzenia może dotknąć każdego z nas - zdecydowana większość osób z tym problemem, to ofiary wypadków komunikacyjnych.
Przechodząc do biegania - muszę Wam powiedzieć, że to super sprawa. Kiedyś, jak pisałam wyżej - nienawidziłam tego. Ogólnie jestem jakimś takim buntownikiem - nienawidzę, że ktoś mi rozkazuje, nakazuje - wiem, jako pracownik będę musiała zacisnąć zęby i grzecznie słuchać. Fakt, faktem - na zawody jeździłam, ale jakoś mnie to nie satysfakcjonowało. Dopiero teraz, gdy nikt mnie do tego nie zmusza i biegam sama z siebie - czuję mega satysfakcję.
Nie będę pisać tutaj ile korzyści daje bieganie, bo czytałam już o tym na kilku blogach - nie chcę powtarzać tematu. Napiszę tylko, że warto. Wiem - nie zawsze jest czas. Sama nie jestem regularna, chociaż tak bardzo się staram, czasem wygrywa lenistwo. Jednak bieganie to dla mnie kolejna odskocznia - muzyka w uszach i biegnę przed siebie dając z siebie wszystko. Dodatkowym motywatorem może być aplikacja na smartfona ENDOMONDO. Pokazuje ona długość trasy, średnią prędkość czy spalone kalorie - chociaż na to radze patrzeć z przymrużeniem oka. Mimo wszystko - motywuje, do poprawiania swoich ostatnich osiągów. Ja rywalizuję jeszcze w dwóją znajomych - dodatkowa motywacja, bo być jeszcze lepszą.
To zrzut z ekranu z jednego z moich biegów. Szału nie ma, jak dla mnie. ;)
Ogólne posumowanie aplikacji. 
A Wy? Biegacie czy może uprawiacie jakiś inny sport? Bierzecie udziały w takich imprezach jak WINGS FOR LIFE? Czy sport jest dla Was odskocznią i tą chwilą na uporządkowanie myśli?
To by było na tyle - dziś luźno, ale mam natłok weny, więc BÓJCIE SIĘ - kolejna notka już w środę. ;)

sobota, 3 maja 2014

43. Czego chcemy bardziej?

Witajcie. Pogoda nam się zepsuła, co? Ja byłam w czwartek na plenerowym koncercie i straszliwie zmarzłam. W sumie to nie pamiętam, kiedy ostatnio było mi tak zimno. Ale co tam, nie zniechęciło mnie to i dziś planuję pojawić się na kolejnym - tyle, że cieplej ubrana (jeśli chodzi o koncerty, to jestem na tym punkcie totalnie rąbnięta i zniosę wszystko - burza i grad rypiący po plecach mam już za sobą). Paradoksalnie w to "wolne" mam tyle zajęć, że brakuje mi czasu na bloggera, ale spokojnie. Powolutku, partiami wszystko sobie nadrabiam. ;) A teraz do rzeczy!
Dziś problem nad którym ostatnio się zastanawiam dość intensywnie i doszłam do wniosku, że sama owej sprawy nie rozwikłam. Krótko mówiąc - potrzebuję waszej pomocy.
Otóż, zastanawiam się CZEGO BARDZIEJ CHCEMY - tego czego jeszcze nie znamy czy tego co już poznaliśmy i "zasmakowało" nam? Chodzi mi o sytuację, w której: A - ewidentnie czegoś pragniemy, myślimy o tym, może nawet marzymy oraz B - spróbowaliśmy, zasmakowało nam i chcemy więcej. Dodam tylko, że dla skomplikowania sprawy przyjmuję, iż w obu przypadkach nasz cel jest NIEDOSTĘPNY. Co teraz? Może po kolei. 
Wersja A - Nigdy czegoś nie miałam, marzę o tym, wyobrażam sobie różne OCH i ACH z tym związane. Ewidentnie chcę, bardzo, bardzo, bardzo. Pytanie: Czy to całe "chcenie" mi minie, skoro nie próbowałam? W sumie nie wiem co tracę, mam tylko jakieś tam swoje wyobrażenia na dany temat - nie mam pewności czy są słuszne. Po prostu NIE WIEM. Nachodzą mnie wątpliwości - im dłużej TEGO nie dostaję i z czasem... przestaję chcieć? Dobrze to rozwinęłam? Sama się gubię, ale okej. Przejdźmy do drugiej wersji.
Wersja B - Próbowałam, wrażenia - same superlatywy. Zamiast wyobrażenia mam realny obraz w swojej głowie w postaci wspomnienia. Wiem jak TO "smakuje". Sytuacja jednak jest taka jak wyżej - mija czas, a ja owej rzeczy nie dostaję. Jaka jest wówczas moja reakcja? Hmmm... Ja myślę, że ta chęć nie mija tak szybko. Skoro znam smak, to wiem co TRACĘ. Wiem czego NIE MAM, co mnie OMIJA. Wydaje mi się, że w tym przypadku o rezygnację jest trudniej. Ale właśnie pewności nie mam, dlatego chcę poznać Wasze zdanie. 
Celowo nie podałam jakiś konkretnych przykładów, ponieważ każdy z Was może zinterpretować te sytuacje ze swojego punktu widzenia - jak mu będzie najprościej. Nie chciałam narzucać konkretnej sytuacji, ponieważ na pewno każdemu łatwiej jest coś rozważać na własnym przykładzie (swoją drogą ciekawe co podstawiliście - ale spokojnie, nie zmuszam nie musicie ujawniać). 
Podsumowując: moim zdaniem (chociaż nie jestem w stu procentach przekonana) łatwiej nam zrezygnować z czegoś czego nie poznaliśmy w stu procentach - nie spróbowaliśmy. Uważam, że jeśli już coś nam zasmakowało, to trudniej jest nam przejść obok tego obojętnie.

A jak jest na prawdę? Dobrze myślę czy może to działa w drugą stronę? Czekam z niecierpliwością na Wasze opinie - już nie mogę się doczekać, aż rozwiejecie moją wątpliwość. 
Poza tym życzę Wam polepszenia pogody i wspaniałej końcówki weekendu! Pozdrawiam! 

czwartek, 1 maja 2014

42. Tutaj, gdzie wygląd się NIE liczy.

Witajcie! Jest dość późno, więc pozwólcie, iż tym razem pominę wstęp. Więc do rzeczy!
Wiecie co? Doszłam już jakiś czas temu do wniosku, że blogosfera to piękne miejsce! Dlaczego? Bo pierwsze wrażenie robimy tutaj nie wyglądem, a słowami. Tak, dokładnie. Tutaj nikogo nie obchodzi czy jesteś biuściatą blondynką, pulchniutkim rudzielcem czy wychudzoną brunetką. No, a przynajmniej ja tak na to patrzę. Fakt, większość blogerek/blogerów mają jakieś swoje zdjęcia, wstawiają je w notkach, ale dla mnie one nie są jakoś mega wartościowe. Najważniejsze jest dla mnie to, co przedstawiają literki. Właśnie tak.
Do czego zmierzam? Do tego, że tutaj poznajemy ludzi "od środka". Na pierwszy plan jest wyrzucone to, co w nas siedzi. Dla mnie to jest tutaj piękne. Możemy bez ogródek poznać piękno wewnętrzne drugiej osoby.
Nie ma kierowania się stereotypem - ładne to głupie itp. (och nawet nie wiecie jak mnie to draaażni!!!) To litery, wyrazy, całe zdania i wersy obnażają w pełni naszą osobę, to co w nas siedzi, to co czasem musimy z siebie wydusić, a nawet to, co skrzętnie skrywamy w świecie realnym (pozwolicie, że tak to nazwę?).
Osobiście uwielbiam czytać pomiędzy wierszami, jak również dawać innym coś do zrozumienia własnie w ten sposób - dlatego najbardziej lubię notki, w których zawarte są czyjeś przemyślenia. Mam wrażenie, że przez to można "wślizgnąć" się w głowę autora/autorki i spojrzeć na poruszaną sprawę ich oczami, choć przez chwilę - a zaraz potem zadać sobie pytanie - a co ja sądzę na ten temat?
Wiecie czego jeszcze się tutaj nauczyłam? Tego, że WSZYSCY jesteśmy tak na prawdę do siebie bardzo podobni. Mimo, iż w większości nie znamy się z realnego życia, to mamy bardzo podobne lub identyczne poglądy na poruszane tematy. Tak, są osoby, które się w czymś nie zgadzają, ale i one mają swoich "sojuszników".
To wszystko, ten cały BLOGOWY ŚWIAT uczy mnie chyba jeszcze większej tolerancji i nowego spojrzenia na innych ludzi. Zawsze starałam się nie oceniać ludzi pod względem wyglądu (starałam się, bo jestem TYLKO człowiekiem i sami wiecie jak to z tymi staraniami wychodzi), ale teraz patrząc na nich np. w tramwaju - staram się dostrzec to, co mogą kryć w środku. Może przesadzam, ale mam wrażenie, że właśnie blogowanie mnie na tym punkcie wyczuliło. "Poznałam", a może lepiej zabrzmi SPOTKAŁAM tutaj tylu wspaniałych ludzi, nigdy nie rozmawiając z nimi w realnym świecie. Może z kimś z Was minęłam się na ulicy, nawet o tym nie wiedząc? Chyba własnie tak teraz spoglądam na ludzi - serdeczniej, życzliwiej - bo może ktoś z nich pisze INCOGNITO - jak ja. ;)

A Was blogowanie czegoś nauczyło? Zmieniło Wasze spojrzenie na jakieś sprawy?
Przyjemnej majówki życzę! :)