wtorek, 29 kwietnia 2014

41. "Tęsknota to jest takie zło, co atakuje z czterech stron..."

Witajcie. Bez bicia muszę się przyznać, że wczorajszy dzień był najmniej produktywnym w ostatnim czasie. Byłam tak wymęczona weekendem, że po powrocie z uczelni przespałam resztę dnia - najpierw w pociągu, a potem w swoim łóżeczku, w domu! Wstałam o... 21 ! (było to trzecie podejście) Ogólnie przez mój powrót do domu zaginam nieco swoją czasoprzestrzeń. Nawet moja mama stwierdziła, że przez to nie wie jaki dziś dzień (zawsze wracałam w piątki, ogólnie miałam wczoraj wrażenie, że jest wtorek o.O) . No i muszę się Wam pochwalić, że od wczoraj mam weekend majowy (fajnie zaczynać go w kwietniu). A teraz przejdźmy do tematu.
Jak zwykle nakręcił się sam. A raczej nakręcił go Pan Problem. Pamiętacie gościa? Okej. Otóż widzieliśmy się ostatnio w czwartek, przelotem. Od tego czasu cisza, aż do wczoraj. Słowa, które wydobyły się z jego ust, gdy patrzył mi prosto w oczy dotknęły mnie, bardziej niż bym się spodziewała... Trzykrotne "stęskniłem się" znów zaczęło mi burzyć całą konstrukcję. W jego oczach przy tym wszystkim był obecny jakiś taki blask, taka niekłamana radość od niego biła, że aż trudno było mi w to uwierzyć! Myślałam sobie "Z czego się tak cieszysz głupku?! Przecież to tylko ja! Tylko na chwilę..." Zrozumiał coś? Zobaczył jak jest, gdy mnie nie ma? Może... Przecież o to mi chodziło... W sumie. Ale to jest nic... Słowa, które powiedział później - szczyt bezczelności? Można to tak nazwać. Wracamy do mieszkania, ni z gruchy, ni z pietruchy - "I tak wiem, że też się stęskniłaś." Ja - nie potrafiłam ani potwierdzić tego, ani zaprzeczyć. Nic nie mogłam z siebie wydusić! Ta jego cholerna pewność siebie mnie zabiła. Ale czy tęskniłam faktycznie? Nie - nie myślałam o Nim, nie miałam czasu, nie chciałam. Paradoksalnie zaczęłam tęsknić gdy byliśmy obok siebie - na myśl o tym, że zaraz każde z nas rozejdzie się w swoją stronę. Tak bardzo chciałam zostać, ażeby spotkać się wieczorem w gronie "przyjaciół", ale nie. Podjęłam decyzję - uciekam. Tak, kolejny raz uciekłam ze zdaniem, które cisnęło mi się na usta "To sobie jeszcze potęsknisz!". Coś szeptało mi do ucha "Trzymaj się od niego z daleka". Tak zrobiłam. Jeszcze tydzień mi się to uda...
Tyle wprowadzenia, teraz co myślę o samej tęsknocie? Otóż doszłam do wniosku, że im więcej o kimś myślimy, tym bardziej nam go brakuje - zaczynamy tęsknić. A im bardziej tęsknimy, tym więcej o kimś myślimy - tak własnie nakręca się błędne koło.
Osobiście często za kimś tęsknię. Najgorsza jest tęsknota za kimś z kim spotkać się już nie możemy. Jak sobie z nią poradzić? Nie wiem... Czas leczy rany, tęsknota chyba też po czasie odpuszcza. przynajmniej w przypadkach nie do rozwiązania.
Wiecie co? Doszłam też do wniosku, że perspektywa przyszłego spotkania z kimś, odległa perspektywa, również nasila tęsknotę. Wiem, że się spotkam, że znów spędzimy razem czas, ale doczekać się nie mogę - dlatego zaczynam tęsknić.
A gdybyśmy mieli to uczucie opisać? Dla mnie to uczucie jest potworne. Czuję taką niemoc, czuję się słaba i bezsilna, jakby ktoś rzeczywiście atakował mnie z czterech stron. Czuję taką pustkę w sercu, jakiś brak, smutek. Nie wiem jakie słowa mogłyby w pełni to uczucie oddać. Chyba nie ma takich - przynajmniej ja ich nie znajduję... A Wy?
To może powiedzmy jeszcze, jak sobie z tęsknotą radzić? Czy w ogóle warto? Ja wiem, uczucie straszne, ale gdy tak patrzę na to z perspektywy czasu, to chyba dobrze gdy za kimś tęsknimy. Myślimy o nim, był dla nas ważny, zostawił po sobie ślad - w naszym sercu. Zwłaszcza jeśli chodzi o osoby, których nie ma już pośród nas... Czy tęsknota przyzwyczaja nas do czyjejś nieobecności?

Tęsknota to niewątpliwie uczucie nieprzyjemne - delikatnie mówiąc, ale obecne w naszym życiu. Nie boję się użyć stwierdzenia, że towarzyszy nam ona codziennie. A Ty drogi czytelniku, tęsknisz za kimś teraz?
***
Uciekam korzystać z pięknej pogody na zewnątrz, a wieczorem poczytam Wasze posty i odpowiem na komentarze, obiecuję! Pozdrawiam, do następnego!

niedziela, 27 kwietnia 2014

40. Noc

"Noc, a nocą gdy nie śpię, wychodzę - choć nie chcę..."
Witajcie, jak minął weekend? Mi po części leniwie, a dziś byłam na zakupach. Jestem wykończona, ale i bardzo zadowolona. Z racji pięknego dnia - dziś będzie o nocy (nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale tak jakoś mnie naszło).
Nie uważacie, że noc to szczególna pora? Tak, wielkim plusem nocy jest fakt, że się śpi. Jako osoba, która mogłaby spać za pieniądze (trzynasta rano, to dla mnie najlepsza pora na wstanie z łóżka), właśnie za to powinnam ją wielbić - ale nie, to nie jest ten powód. Noc uwielbiam za to, że jest ciemno, cicho, spokojnie, może trochę tajemniczo i strasznie.
Mam dziwne zamiłowanie do szwędania się samotnie nocami. Teraz - w cieplutkim domku, gdy o tym pomyślę, to czuję niepokój - o siebie, wiem, że to strasznie nieodpowiedzialne - jest i zawsze było. Ale gdy tak sobie idę - nie myślę. Bynajmniej nie o sobie i nie o "niebezpieczeństwie". Tak, wiem... Kiedyś coś mnie zje - żeby tylko. Ale to uczucie, które mi towarzyszy podczas takiego samotnego spaceru jest silniejsze. Muzyka w uszach i idę przed siebie. Wtedy rozmyślam o wielu rzeczach, spowalniam krok i staram się do mieszkania wrócić jak najpóźniej. Czuję jakaś taka... WOLNA. Nie umiem tego inaczej określić. To jakaś szczególna wolność. Idziesz SAMA NOCĄ, nic, ani nikt Cię nie trzyma. Zazwyczaj nikt nie wie gdzie jestem - może to ta istota wolności? Z dala od ludzi i wszystkich przytłaczających spraw. Wszystko zostaje z boku.
Noc jest taka piękna i taka idealna na przemyślenia. Gdzieś przeczytałam, że noc to najlepsza pora na rujnowanie sobie życia - w sumie dobrze wiedzieć na przyszłość. Gdy będę chciała zrujnować sobie życie, to na pewno zrobię to w nocy. A tak serio, to sporo nocy się przepłakało, nad rzeczami które rano wydawały się... błahe. Czy nie jest tak, że w nocy nasze zmartwienia i problemy urastają do kolosalnych rozmiarów, a nasza siła na serio idzie spać i przez to pękamy? Pamiętam - niezliczoną ilość łez wylanych na niczemu niewinną poduszkę właśnie nocami. Tysiące rozmów przeprowadzonych w myślach - które w rzeczywistości nigdy się nie odbyły i pewnie nigdy się nie odbędą.
Mam do dziś taki dziwny zwyczaj przenoszenia się przed snem w różne bliżej nieokreślone miejsca, zmieniam wtedy tożsamość, tworzę inną, równoległą rzeczywistość. W efekcie zamiast spać, to rozmyślam. Zasypiam sama nie wiem, w którym momencie (ważne, że w ogóle zasypiam).

Wy też uważacie noc za najlepszą porę do przemyśleń? A może po całym dniu padacie jak kłoda na łóżko i żadne myśli nie mają prawa biegać wówczas po Waszych głowach?
Pozdrawiam i do wtorku! :)

piątek, 25 kwietnia 2014

39. Marzenie nie do spełnienia.

Witajcie! Miałam chwilowy zastój weny. Gdy siedziałam dziś w pociągu, przez głowę przetaczały mi się miliony myśli i pięknie ułożonych zdań - wprost na bloga. Jednak gdy znalazłam się w domu - czar prysł na ładnych kilka godzin. Och WENO, kto Cię zrozumie?!
Wczoraj miałam odwyk od komputera. Musiałam jechać na jeden dzień do miasta, na wieczorne zajęcia i zamiast komputera zabrałam ze sobą książkę - prezent wielkanocny. Właśnie z powodu tej książki dziś taki temat, a nie inny.
O czym mowa? Za chwilę wszystko będzie jasne. Najpierw objaśnię Wam dlaczego książka jest WSZYSTKIEMU winna. Otóż jej tytuł to "Futbol obnażony" - tak, książka piłkarska, ukazująca jak to wszystko wygląda od środka. Pokazuje to, czego nie wolno nam wiedzieć. Dlatego też autor jest anonimowy. Czytając ją nie mogę się oderwać, nawet w momencie gdy moje oczy same się zamykają ze zmęczenia. Z każdym zdaniem chcę więcej i więcej. Aż z jednej strony żal mi tak szybko ją czytać, bo NIE CHCĘ, by się skończyła. Chyba pierwszy raz książka obudziła we mnie TAKIE uczucia. Coraz bardziej (znów) chcę zostać... PIŁKARZEM!
Otóż to! Teraz mała retrospekcja: Jako dziecko, dziewczynka uwielbiałam grać z chłopakami w nogę. Zawsze chciałam być BRAMKARZEM. Nie straszne mi były obdarte kolana i łokcie. Jakoś do dziś mam słabość do bramkarzy (większość piłkarzy, których uważam za atrakcyjnych to własnie bramkarze). Gdy nie miałam z kim grać, to ćwiczyłam różnego rodzaju triki związane z odbijaniem piłki itp. Dziwne może być to, że nigdy nie wyglądałam, a nawet nie przypominałam chłopczycy (długie blond warkoczyki, ubrania w sweetaśnie kolorki itp.).
Część z Was pewnie złapała się za głowę, ale taki już ze mnie przypadek. Oglądam WSZYSTKIE mecze LM, wszystkie eliminacje do imprez międzynarodowych, jak i oczywiście same imprezy, a także w weekendy staram się śledzić Bundesligę. (żyjecie?) Takim małym zapaleńcem piłki byłam od zawsze. Pamiętam, że w czasach, gdy mieliśmy w telewizji tylko pięć kanałów, to zawsze w środę oglądałam z tatą mecz - JAKIKOLWIEK.
Piłka nożna jest dla mnie czymś, co "KOCHAM" (potrzebowałam mocnego słowa) bezwarunkowo. Chyba im bardziej ktoś "hejtuje" tym bardziej ja upieram się przy swojej "miłości". Więc jeśli chcecie - proszę bardzo. Uwielbiam to uczucie gdy siedzisz na stadionie, a nawet przed telewizorem i śledzisz tą małą białą kropeczkę z zapartym tchem, te emocje gdy w polu karnym robi się zamieszanie... Ale nie o tym miało być.
Miałam pisać o tym, że czytając tę książkę znów czuję taką radość w sercu, jak kiedyś. Chciałam grać w nogę, ale nie jakiś tam babski futbol - laski grają zbyt anemicznie. Zawsze marzyłam, żeby grać z facetami - jak facet, pozostając przy tym kobietą. Oczywiście - tutaj mamy przykład mierzenia zamiarów ponad siły - za nic w świecie nie dałabym rady - wiem, ale przecież wolno marzyć. Wiele razy wyobrażałam sobie, że stoję na bramce w związanych włosach - nikt nie wie, że jestem dziewczyną i mogę grać z nimi, w jakimś wielkim klubie na światowym poziomie. <3 Ach! Niestety to marzenie, mogę zapisać do tych, do których odnosi się tytuł. NIGDY nie będę facetem i nie zagram jak oni. A nawet jeśli (hahaha) to na początek kariery jest już zdecydowanie za późno.
(na zdjęciu JA - miło mi)

Mam nadzieję, że nie zabiłam Was moją fascynacją futbolem i nie czujecie się zawiedzeni, takim, a nie innym tematem notki. Jeśli tak - to przepraszam. Po prostu miałam nagły przypływ wyrzucenia "na zewnątrz" swoich uczuć, swej radości.
A może wśród Was jest ktoś, kto mnie ROZUMIE?? Lub może sami macie/mieliście marzenia, które nie mają prawa się spełnić ze względu np. własnie na płeć?
Na koniec chcę podziękować za 100 obserwacji! <3 Pozdrawiam cieplutko! Do następnego!


wtorek, 22 kwietnia 2014

38. Życiowa sprawiedliwość.

Witajcie! Jak tam po świętach? Najedzeni - przejedzeni? Ja osobiście nie czuję się jakoś ociężale przejedzona. Nawet nie mam zbytnich wyrzutów sumienia. Fakt, że w te święta jadłam, jadłam, jadłam (...) i jadłam, a do tego najeść się nie mogłam, ale co wieczór systematycznie ćwiczyłam, więc może dlatego mimo świąt czuję się lekko.
Ogólnie mam mega pozytywny nastrój - siedzę sobie w swoim domku i na dobre do nauki będę musiała wrócić dopiero po majowym weekendzie. CUDOWNIE! <3
Dziś postanowiłam zabrać się za temat, który jakiś czas temu zaproponowała mi Ola , czyli "życiowa sprawiedliwość". Co prawda "bujałam się" z tym tematem jakiś czas, ale w końcu postanowiłam się z nim zmierzyć.
Okej, postawmy sobie pierwsze pytanie: Czy życie jest sprawiedliwe? Ja przyznaję się bez bicia, że nie potrafię jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Moim zdaniem NIE MOŻNA odpowiedzieć na to pytanie TAK lub NIE. No po prostu nie idzie tak. Może jeśli przeanalizujemy jedno wydarzenie, okej - ale biorąc pod uwagę CAŁE ŻYCIE i WSZYSTKICH ludzi - nie ma szans.
Wiem, mówi się, że każdy ma to, na co zasłużył. Eeee, okej, ale to takie rozpatrywanie rzeczy od środka. Pozwólcie, że zacznę od początku. Rodzimy się - jedni w wypasionej willi z basenem, nigdy w życiu nam niczego nie brakuje, mamy wszystko czego zapragniemy - to wersja "idealna". Wersja druga - jesteśmy dzieckiem z rodziny patologicznej, gdzie rodzice wysyłają dzieci na żebry, bo wszystkie pieniądze wydają na alkohol, nie mamy czystych ubrań - teraz pytanie: czym dziecko mogło zasłużyć sobie na życie w luksusie, z czym w totalnej biedzie? No właśnie... Już w tym miejscu życie jest niesprawiedliwe. Sprawiedliwie byłoby (moim zdaniem), gdyby wszyscy mieli równy start. Od tego się zaczyna. To w jakim miejscu przychodzimy na świat, to decyzja ślepego losu. Moim zdaniem, bo ja osobiście CHYBA nie miałam żadnego wpływu na to czyim jestem dzieckiem. To, że urodziłam się w takiej, a nie innej rodzinie mogłoby kierunkować mnie na obronę tezy, ze życie jest sprawiedliwe - tak, dla mnie - bo JEST MI DOBRZE. Ale nie, to nie jest żadna sprawiedliwość.
Teraz wróćmy do stwierdzenia, że KAŻDY MA TO, NA CO ZASŁUŻYŁ. Popatrzę na to z perspektywy dorosłości. Ludzie, którzy się uczyli, byli sumienni - często osiągają sukces - często. Są i tacy, którzy całe życie dają z siebie wszystko, a na końcu i tak lądują na dnie - sprawiedliwe? Nie sądzę. Poza tym, gdyby nawet takie dziecko, z rodziny WERSJI 2 miało ogromne predyspozycje do bycia geniuszem - często gęsto nie ma szans na wykorzystanie swoich możliwości. Brak pieniędzy, warunków do nauki i 2344 ważniejszych spraw na głowie, niż rozwój własnych umiejętności - nie, to nie jest sprawiedliwe.
Ci, którym się udało wyjść od zera i dojść do czegoś wielkiego starają się, aby ich dziecko miało lepiej, by miało wszystko to, czego oni nie mieli - jednak nadal TO dziecko nie ma na nic wpływu - nie zrobiło nic, co mogłoby wytłumaczyć jego wyższość, nad dzieckiem, które przyjdzie na świat w warunkach ubogich.
Pozornie wszyscy jesteśmy równi, pozornie, jednak już na starcie jesteśmy losowo rozdzielani pomiędzy półki grup społecznych. Każdy ma to, na co zasłużył? Nie powiedziała bym. Każdy ma to, co udało mi się osiągnąć czy też od życia WYSZARPAĆ. Jedni mają całe życie z górki, inni wręcz przeciwnie.
Kończąc powiem tyle: moim zdaniem życie nie jest sprawiedliwe, jeżeli weźmiemy pod uwagę całokształt. Już od narodzin jedni mają lepszy start od innych. Jeśli chodzi o pojedyncze aspekty - okej, tutaj jest trochę sprawiedliwości - starasz się, dajesz z siebie dużo - tyle otrzymujesz. Jednak podsumowując stwierdzam, że ŻYCIOWA SPRAWIEDLIWOŚĆ nie istnieje!. 

Zgadzacie się? Czy uważacie zupełnie inaczej?
Jeszcze raz dziękuję Oli za temat. Jeśli macie jakieś propozycje - zachęcam do pisania. Chętnie znów zmierzę się z TAKĄ ŚCIANĄ, jaką był dla mnie ten temat. :)
Dużo słońca kochani i do następnej notki!

niedziela, 20 kwietnia 2014

37. Poznajmy się - po raz trzeci.

Hej! Tak jak obiecałam piszę do Was w czasie świąt. Jednak z racji tego właśnie, że są święta postanowiłam dodać coś luźnego, idealnego do szybkiego przeczytania, bo święta nie są od tego, żeby spędzać je przy komputerze - a z rodziną, przynajmniej takie jest moje zdanie.
 Ostatnio po raz PIĄTY zostałam nominowana do LBA. No nie powiem - jest DUMNA z takiego wyróżnienia, zwłaszcza, że to już kolejny raz. Na prawdę cieszę się, że Was mam, dziękuję za wszystkie komentarze. Dziękuję każdemu z osobna, za to, że poświęcacie swój czas, aby przeczytać to, co piszę i wyrazić swoje zdanie. Nie macie pojęcia jaką radość mi sprawiacie.
Co do LBA, to nie mam zamiaru niczego zmieniać w swoim podejściu do tej zabawy, więc potraktuję ją tak jak poprzednie - odpowiem na pytania. Po świętach wrócę już z TYPOWYMI dla mnie notkami i mogę Was zapewnić, że będą się one pojawiały systematycznie, jak wcześniej, W najbliższym czasie nie mam zamiaru zostawiać Was na tak długo jak ostatnio.
Okej, tyle tytułem wstępu - teraz pytania. Nominowała mnie n4ti - bardzo dziękuję. :)
1. Co lubisz robić w wolnym czasie?
- Hmm.. Lenić się. Spać, blogować, czytać Wasze posty, słuchać muzyki i rysować.
2. Gdzie lubisz spędzać wolny czas?
- W swoim pokoju, na świeżym powietrzu - różnie, zależy od pogody i pory roku.
3. O jakiej tematyce jest Twój blog?
- PROBLEMOWEJ. Generalnie zajmuję się tutaj szukaniem dziury w całym - na każdy temat.
4. Czym się interesujesz?
- Łatwiej byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, czym się nie interesuję. Może tak w dużym skrócie: Piłką nożną i modą - na dzień dzisiejszy temu poświęcam najwięcej uwagi.
5. Wymarzone wakacje?
- Gdzieś gdzie jest gorąco - na chwilę obecną "jaram się" Dubajem.

6. Ulubiona blogerka modowa?
- Maffashion.
7. Masz swój kącik w domu?
- Jasne - mój pokój.
8. Skąd wzięła się nazwa Twojego bloga?
- "Never it's too late" - nigdy nie jest za późno, to słowa, którymi staram się kierować w życiu. Tak też pomyślałam zakładając bloga - chwilę zastanawiałam się czy oby moja przygoda nie powinna zacząć się kilka lat wcześniej, ale po chwili oświeciło mnie "Hej, przecież NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO".
9. Dwa ulubione blogi?
- Tylko dwa? Lubię wszystkie blogi, które czytam i nie chciałabym nikogo urazić nie wybierając go. Postanowiłam wymienić tutaj te, które od razu przyszły mi na myśl: sour-grrl ; TheGrisGirl .
10. Jaki sport uprawiasz?
- Biegam, jeżdżę na rolkach, kręcę hula-hop - jeśli można to nazwać sportem.
11. Ulubiona pora roku?
- Bezapelacyjnie LATO. Uwielbiam gdy jest HOT HOT HOT.

To by było na tyle. Chcę Wam jeszcze na koniec życzyć dużo ciepła, rodzinnej bliskości w te święta i żeby uśmiech nie schodził Wam z twarzy! Ja uciekam cieszyć się słońcem. Buziaki kochani!

piątek, 18 kwietnia 2014

36. Granice.

Witajcie!
Tak, wiem - dawno mnie nie było. Ale spokojnie - żyję i miewam się dobrze. Moją nieobecność mogę usprawiedliwić tylko jednym - NAUKA! W tym tygodniu miałam dwa kolokwia - gdy skończyłam się uczyć na jedno, to zaczęłam na drugie - skutek - czasu i sił brak. Jeszcze wczoraj, gdy większość już cieszyła się wolnym, ja musiałam się uczyć, gdyż DZIŚ pisałam kolokwium. Niektórzy nie mają litości, za grosz. Na szczęście to wszystko już za mną, a przede mną piękna perspektywa niemyślenia o szkole przez ponad tydzień - słodko <3 . Mimo tego, jakoś dziwnie nie czuję się wolna. Mam też wyrzuty sumienia, że zaniedbałam trochę bloga. Przez tę przerwę poczułam jak bardzo przeniknął on do mojej codzienności i stał się częścią mojego życia. Mam nadzieję, że zostanie w nim jak najdłużej.
Ostatnio też dużo myślałam, o wszystkim. Wiele rzeczy sobie postanowiłam - póki co niektórych się trzymam, innych nieco mniej.
Dzisiejszym tematem będą GRANICE. Nie państw, województw, a nawet nie językowe. Chodzi o granice, które sami sobie stawiamy lub te, które inni nam stawiają.
Pewnie większość z Was, gdy usłyszy słowo "granica" kojarzy ją z czymś negatywnym. Mi też GRANICE wydawały się złe, jednak do czasu. Ostatnio zrozumiałam, że nie muszą być one przekleństwem. Przecież PO COŚ one istnieją, ale do rzeczy.
Doszłam ostatnio do wniosku, że nawet gdy mamy z kimś bardzo dobry kontakt, to powinniśmy przestrzegać pewnych granic dotyczących naszych relacji, żeby broń Boże ich nie przekroczyć, bo będzie za późno. Jak to rozumiem? A tak to: Jest super, powiedzmy potocznie, że "przyjaźnimy" się, spędzamy ze sobą mega dużo czasu, jesteśmy blisko - jednocześnie żadne z nas nie chce niczego więcej - istnieje jakaś teoretyczna granica, której nie wolno przekroczyć, a przekroczenie kusi - jak wszystko czego NIE WOLNO (o ironio). Gdy daną granicę się przekroczy - początkowo wydaje się, że będzie okej, jednak jest to, jak się po czasie okazuje, początek końca i następuje powolne staczanie się na dno (nie żeby coś, kuzyn ciotki brata żony wujka mojej teściowej tak miał, wiecie o co chodzi). Najpierw próbujesz ratować, potem stwierdzasz, że lepiej uciekać z tego statku, póki kompletnie nie zatonął i wmawiasz sobie, że czas wszystko naprawi - optymistycznie. Czy naprawi? A czy znasz coś co SAMO się naprawia?
Myślę, że granice stawiamy sobie nie bez powodu - wiemy na ile nas stać, ile jesteśmy w stanie znieść, zrobić - kto nas zna lepiej niż my sami? Granica to też nasze koło ratunkowe, przed konsekwencjami w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, ażeby i z tym nie przesadzić. Są osoby, które mają skłonności do przesady totalnie we wszystkim - zamiast granic stawiają przed sobą ceglane mury.
Ja osobiście nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, pod iloma aspektami się ograniczałam i robię to nadal dopóki nie usiałam i nie zaczęłam nad tym myśleć. No chociażby głupie: "tego nie ubiorę, bo nie wypada - moim zdaniem", "tego nie zjem, bo czas zacząć dietę", "nie będę śpiewać przy innych", "za nic w świecie nie możesz pokazywać wszystkim swoich uczuć" i tak dalej. Niby zwykłe gadanie, jednak ja zakwalifikowałam to do stawiania sobie w życiu granic. Na pewno nie wszystkie są złe, ale też nie wszystkie będą dobre. Może przez to, że nie okaże komuś, jak bardzo za nim tęsknię - stracę go i tylko tęsknota mi pozostanie, być może przez to, że nie zaśpiewam nigdy publicznie - nikt mnie nie zauważy i światowa kariera umknie mi koło nosa (hahahaah) - być może.
"Stety" niestety granice można przesunąć lub mogą się one zatrzeć - SAME. Są jednak granice, które WARTO, a nawet TRZEBA przekraczać - są to granice naszych możliwości. Nieważne czy w sporcie, czy w innych umiejętnościach - tutaj poprzeczka powinna iść coraz wyżej, a naszym celem powinno być PONOWNE przekroczenie jej.

Co sądzicie o stawianiu sobie pewnych granic i ogólnie o ich istnieniu? Good or bad? A granice naszych możliwości? Chętnie podnosicie sobie poprzeczkę? Często udaje się Wam ją przekraczać?
Życzeń Wam jeszcze nie składam, bo mam zamiar dodać post przed lub w trakcie świąt. :) Pozdrawiam i dużo energii podczas świątecznych przygotowań życzę!

sobota, 12 kwietnia 2014

35. Przeszłość.

Witajcie. Jest środek nocy, a ja zamiast spać lub być na jakiejś imprezie życia leże w łóżku i piszę posta. Moja wena przychodzi do mnie o na prawdę dziwnych porach i w dziwnych miejscach - nieraz myślę o tom co napiszę w tramwaju, autobusie czy pociągu, a nawet w wannie lub pod prysznicem. Najważniejsze jednak jest to, że moja wena w ogóle przychodzi.
Ostatnie dni zaliczam do tych, które lepiej jest przespać i obudzić się po wszystkim. Tak też spędziłam dzisiejszy dzień. Miałam zamiar się uczyć, ale za nic w świecie nie mogłam się skupić. Zdecydowanie lepiej wychodziło mi wegetowanie w łóżku - w tym jestem mistrzem.
Co do tematu - długo zastanawiałam się czy napisać o przeszłości, czy wybrać temat zaproponowany przez jedną z czytelniczek - "życiowa sprawiedliwość". Zdecydowałam się w końcu na PRZESZŁOŚĆ, z racji, iż mam większy słowotok na ten temat. Do drugiego tematu na pewno powrócę, być może już w kolejnej notce - muszę jeszcze dobrze przemyśleć ten temat, żeby go dobrze opisać. Bardzo dziękuję za taką propozycję! :)
A więc co do przeszłości: bardzo chciałabym poruszyć jej wpływ na naszą teraźniejszość i przyszłość. Ostatnio bardzo mocno odczuwam skutki przeszłości, jakie wywiera na TU i TERAZ. Aż za bardzo. Każdy nasz czyn może (lecz nie musi) mieć wpływ na to, co wydarzy się za tydzień, miesiąc czy kilka lat. Zazwyczaj nie zastanawiamy się nad tym i chyba nikt nie bierze tego pod uwagę - bo po co? Z jednej strony to oczywista oczywistość (uwielbiam ten termin), z drugiej - tak na prawdę wiele rzeczy robimy "na szybko" - więc nie mamy czasu rozważać wszystkich ZA i PRZECIW.
Skoro każdy nasz ruch może zaważyć na naszej przyszłości, to czy mamy teraz pisać rozprawkę na temat wszystkich czynności i rozważać czy aby na pewno to dobry pomysł robić TAK, a nie INACZEJ? No ludzie... Nie popadajmy w paranoję, chociaż... Mając w dłoniach taką moc - wpływ na przyszłość - i nie wykorzystać tego. Ehh... Gdyby to było takie łatwe, nie? Niestety. Robimy wiele rzeczy, które wracają dopiero po czasie i upierdliwie się przypominają. Wiele razy nie zdawałam sobie sprawy, że coś co właśnie robię, może mieć wpływ na moją przyszłość - chociażby "głupia" nauka. Uczysz się dla siebie, żeby zdać - teraz widzę, że to czego nauczyłam się w technikum bardzo pomogło mi na studiach. Szczerze? Kilka lat temu nie myślałam o tym w ogóle.
Przeszłość może nas wiele nauczyć. Patrząc na pewne sprawy z perspektywy czasu możemy wyciągnąć wnioski, zaobserwować zmiany- nie zawsze na lepsze. Pewne sprawy wolałabym wymazać ze swojego życiorysu - niestety największą wadą przeszłości jest to, że nie można jej zmienić. Przynajmniej nie czujemy się bezkarni - może KIEDYŚ wyciągniemy jakieś wnioski.

 Co myślicie o przeszłości? Jesteście z niej dumni? Zmienilibyście coś, gdyby to było możliwe? Ja STARAM się niczego w życiu nie żałować, dlatego mimo wszystko, chyba zostawiłabym moją przeszłość taką jaka jest - w końcu żyje się tylko raz.
Pozdrawiam i do następnego!

środa, 9 kwietnia 2014

34. Pewność siebie.

Witajcie. Boję się mówić o tym głośno, ale chyba dziś jest mój szczęśliwy dzień. Rano zadzwonił telefon z pytaniem o rozmowę kwalifikacyjną, udało mi się załatwić sprawy uczelni bez wychodzenia z domu i zdążyłam wrócić ze sklepu przed ogromną ulewą. Ale odpukać, żeby nic się PRZYNAJMNIEJ do końca dnia nie zmieniło.
Chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że jestem z siebie dumna. A jak! Wczoraj Pan "problem" po raz kolejny zrobił coś, co dotknęło mnie totalnie. Powiedziałam mu co o tym myślę, wstałam i wyszłam. Haha! Tak, brawa dla mnie. Dziś piękny dzień, bez problemów, ach. Przejdźmy do tematu.
Jedna z czytelniczek, a mianowicie Nika zaproponowała, abym napisała post o pewności siebie. Pomyślałam, hmmm w sumie nie było jeszcze takiego, więc czemu nie? Nie powiem, miło pisać coś ze specjalną dedykacją. ;)
Nie mogę powiedzieć, że od zawsze byłam pewna siebie. Raczej byłam takim szarym typkiem, który najchętniej przesiedziałby całe życie w czterech ścianach - najwspanialej byłoby gdyby nikt się na mnie nie patrzył i nic ode mnie nie chciał. Wystąpienia publiczne - był to dla mnie koszmar! Już samo pójście do odpowiedzi na zajęciach było mega stresem - stoisz jak kołek na środku sali i wszyscy się na Ciebie gapią! Chyba nikt się nie zdziwi jeżeli dodam, iż moim ulubionym kolorem ubrań był czarny. W sumie nadal bardzo dobrze czuję się w tym kolorze, jednak już nie boję się barw i nie boję się już przyciągać uwagi.
Kiedy przeszłam z ciemnej strony na jasną stronę mocy? Sama do końca  ocenić nie potrafię. Doszłam do wniosku, że poprzez stanie w cieniu zbyt wiele rzeczy mnie omija, zbyt wiele w życiu przez to straciłam, no i moja zmiana potoczyła się samoistnie. Zaczęłam wierzyć w siebie, akceptować to kim jestem. To chyba najważniejszy punkt. Moja rada: jeżeli nie lubisz siebie i swojego wyglądu - znajdź coś, na co warto zwrócić uwagę. Coś musi Ci się podobać! Mi zawsze podobały się moje wielkie oczy i pełne usta - na tym się skupiłam w akceptacji siebie, od tego wyszłam. Szczerze nienawidziłam swojego nosa - do dziś nie jestem zadowolona z niego, ale oczyska i usta przyćmiły jego niedoskonałość - akceptuję siebie.
Niemniej jednak dużo mogą zdziałać słowa innych ludzi. Tak, wielu ludzi mówi NIE OBCHODZI MNIE ZDANIE INNYCH - taaaaak, oczywiście. Prawda jest taka, że każde słowo nas dotyka - jedno nas czule głaszcze i unosi do góry, inne daje kopniaka - życie. Moim zdaniem nic nie dodaje tak pewności siebie, jak czyjaś pochwała. Skoro ktoś z zewnątrz nas chwali, to coś w tym musi być. Poza tym, każdy lubi być chwalony, doceniony. Na to jednak sami nie mamy wpływu. Możemy JEDYNIE robić wszystko najlepiej jak potrafimy - gwarantuję, że efekty wrócą do Was z podwójną siłą.
Pewności siebie dodaje mi również muzyka, której słucham. Najlepiej energiczna, z OSTRYM teledyskiem. Wiecie, jest pazur, jest dobrze. Nie wiem czy smęty dodają pewności siebie, chyba raczej jej ujmują. Więc polecam energiczną muzykę, słuchawki na uszy i można wyjść z podniesioną głową.
Kolejnym aspektem, który mi osobiście daje pewności siebie, to "łapanie spojrzeń", o którym pisałam ostatnio. Oczywiście, gdy ktoś na Ciebie patrzy są dwie opcje - albo wyglądasz zajebiście, albo mega idiotycznie. Z racji tego, iż mam w domu lustro i to nie jedno - drugą opcję od razu wykluczam. Zawsze sobie myślę, że jeśli warto na mnie spojrzeć, to muszę być fajna. ;)
Przede wszystkim nie bójcie się wyjść z cienia! Każdy z nas jest wyjątkowy, niepowtarzalny. Jak pisałam wyżej - pewność siebie można nabyć z czasem, więc jeśli teraz czujesz się szarą myszką - możesz stopniowo wychodzić z cienia. Nie mówię, że dzieje się to z dnia na dzień. Ja sama nie wiem kiedy moje życie się zmieniło. Wydaje mi się, że wszystko szło etapami, tak jak pisałam -akceptacja samej siebie, kolorowe ubrania, pochwały innych, muzyka i pewność siebie do tego stopnia, że czyjeś spojrzenie mnie nie peszy, a cieszy. ;)

A może Wy macie jeszcze jakieś sposoby na zwiększeni pewności siebie? Pamiętam jeszcze, że kiedyś przez pewien czas, gdy wstawałam, mówiłam sobie do lustra JESTEŚ PIĘKNA - też pomaga, na dobry początek - świetna opcja.
 Czujecie się osobą pewną siebie czy JESZCZE siedzicie cichutko w cieniu?
Przypominam, że post ten zasugerowała mi Nika. :) Jeśli i Wy macie jakieś propozycje - może interesuje Was moje zdanie na jakiś PROBLEMOWY temat - piszcie śmiało. Nie wykluczam, że się skuszę.
Mimo deszczu za oknem i ogólnej szarzyzny pozdrawiam Was cieplutko i kolorowo!

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

33. Pies ogrodnika

Witajcie! Ależ miałam dziś pokręcony dzień. Jestem MEGA niewyspana, gdyby nie kawa, to nie dotrwałabym na do końca zajęć. A było warto dotrwać, bo uśmiałam się jak mało kiedy. Praca w grupach - momentami dostrzegam plusy. Zwłaszcza gdy trafiasz do grupy z kompletnymi świrami. Jest jednak coś, co sprowadza mnie na ziemię i dosłownie wgniata w podłoże.
Otóż dotarło do mnie, że nie potrafię cieszyć się z czyjegoś szczęścia, wielkiej nadziei na spełnienie czegoś na co długo czekał... Nie pisze tutaj ogólnie, bo zawsze ogarnia mnie radość, gdy komuś coś się udaje - jest to dla mnie pewnego rodzaju motywator. Skoro jemu się udało, to przecież mi też może. Nigdy nie staram się szukać dziury w całym, ale tym razem NIE POTRAFIĘ się cieszyć. Nawet przez myśl mi to przejść nie chce.
Wiem, pisze ogólnikami - nikt nic nie rozumie. Już rozjaśniam. Otóż w grę w chodzi pewnie NIEBIESKOOKIE ziarno niezgody. Miesza już od jakiegoś czasu i to totalnie. Pamiętacie post, w którym pisałam o błędach? Otóż, przedstawiam Wam błąd, który zasługuje na pierwsze miejsce w rankingu. Sama nawet nie wiem kiedy dałam się wkręcić w tę chorą sytuację - tak myślę, że jest chora. Chciałabym się z niej wyplątać i iść w cholerę - z jednej strony - z drugiej, COŚ szepcze mi do ucha - ZOSTAŃ, PILNUJ, NIE POZWÓL NIKOMU NA BLIŻSZE PODEJŚCIE. I tak też robiłam (wiem, nie zaczyna się zdania od i...), byłam na siłę nieszczęśliwa, żeby można było mnie pocieszyć i takie tam pierdoły. Teraz zastanawiam się po co? Niby mówię, że nie walczę o ludzi, że nie chcę - ale czy to nie była walka?
Może teraz zastanawiacie się - O CO JEJ CHODZI? NORMALNA SPRAWA. Otóż nie - wiem, że nie chcę od Pana ZIARNA NIEZGODY niczego "więcej". Niby nie oczekuję za dużo, a jednak nie raz obwiniam o zabawę mną i moją biedną psychiką. Teraz jednak zastanawiam się czy to aby na pewno ON się bawi? Czy to nie ja? Bo niby chcę Cię, na ile? A no, na chwilę. Zaraz możesz iść, ale wróć.
Jednak nie potrafię przełknąć faktu, że cała sytuacja mogłaby ulec zmianie. Tutaj tkwi cała sprawa - sama nie wezmę, ale nie chcę by ktoś inny wziął. Najlepiej, żeby zostało tak jak jest - FOREVER. Albo chociaż do czasu, aż wyjadę daleeeeeeeeeko, tak, że będę miała to GDZIEŚ.
Chyba boję się utraty takich luźnych relacji, wręcz "przyjacielskich". Boję się, że to się skończy i że stracę jednocześnie dwie osoby, z którymi obecnie żyję najbliżej... Hmm... Chyba właśnie rozwikłałam moją wątpliwość - chyba wiem o co mi chodzi (EUREKA!). Tylko co z tego?
Czuję jak zżera mnie to od środka. Pewnie powiecie, że najlepiej byłoby porozmawiać. W sumie... Ale nie jestem taka, jak wiecie. Nic nie jest takie łatwe. Zawsze gdy myślę, że jest CUDOWNIE - okazuje się, że pora odwiedzić dno - znów. Staram się udawać, że jest okej. Doszłam nawet do wniosku, że sama siebie oszukuję - nieskutecznie jak widać, gdyż odkryłam swoje złe postępki (o ja niedobra, jak można tak kłamać samej sobie!?). Staram się być szczęśliwa NA SIŁĘ.
Chyba najlepiej będzie, jak spojrzę prawdzie w oczy i spróbuję żyć dalej. Wiele razy powtarzałam, że najprościej jest zostawić wszystko za sobą i wyjechać - odległość swoje robi. Och, moja kochana, <3 Tylko znów jestem w kropeczce i nie mogę. Po prostu i chyba nawet nie chcę, wolę mieć wszystko na oku - w razie coś... (nie wiem dlaczego, ale śmiać mi się chce z samej siebie)

A Wy, byliście kiedyś w podobnej sytuacji? Zachowywaliście się jak "pies ogrodnika"? A może ktoś zachowywał się tak wobec Was? Macie może jakieś porady? Czekam na opinie, a teraz lecę odreagować - idę się zmęczyć na rolkach. ;) Do środy!

piątek, 4 kwietnia 2014

32. "Łapanie spojrzeń".

Witajcie! Ale wczoraj było pięknie, prawda? Dwadzieścia stopni na plusie - dla mnie początek temperaturowego raju! (tak, tak, jestem zmarzluchem i uwielbiam wysokie temperatury) Oby tak dalej, to uśmiech z mordki mi nie będzie schodzić MIMO WSZYSTKO. Jeszcze tylko mogłabym złapać trochę kolorku i w ogóle bajka. No, ale na to jeszcze troszkę czasu mamy. A teraz...
 Muszę się Wam do czegoś przyznać. Ostatnio idąc ulicą staram się patrzeć ludziom prosto w oczy, staram się "łapać" spojrzenia. Nie będę Wam ściemniać, że nie są to głównie męskie spojrzenia, okej - tu mnie macie. Sama lubię "mieć na czym oko zawiesić". Jednak nie o to mi chodzi. Jakoś ostatnio tego potrzebuję, tej świadomości, że ktoś mnie zauważa, że nie jestem szarą myszką. Pamiętam, jak dawniej irytowali mnie chłopcy, który PERFIDNIE MIERZYLI mnie, mijając na chodniku - dziś mi to nie przeszkadza, a nawet schlebia - jestem godna uwagi, ktoś mnie widzi, ja istnieję! O tak, tego się zawsze bałam, że będę niezauważoną szarą mychą. Chcę, żeby ludzie mnie widzieli, żeby zapamiętali, choć przez chwilę, że minęli własnie kogoś takiego jak ja.
Teraz widzę, jak na przestrzeni lat zmienił się mój styl. Moja koleżanka powiedziała mi, że robię się TAKA HIPSTERSKA ostatnio. SO WHAT? Byłam przeciętniakiem, teraz nie boję się odważniejszych krojów czy kolorów. A może... nie boję się już spojrzeń? Czyż nie kryjemy się w szarych ubraniach, by wmieszać się w tłum i spokojnie sobie wegetować? Chyba tak jest, przynajmniej ja tak myślę. Kiedyś nie byłam taka pewna siebie, nie chciałam niczyich spojrzeń, najchętniej zamknęłabym się w czterech ścianach i tam została. Dlaczego? Chyba nie akceptowałam samej siebie w stu procentach. A teraz? No jest tak jak pisałam wyżej - chcę uwagi, choćby najmniejszej, nie boję się wyjść na światło dzienne.
 Czas pokazał mi ostatnio, kto na prawdę traktuje mnie wyjątkowo, a kogo nie doceniałam wcześniej aż tak. Wraca mi wiara w ludzi, są jeszcze tacy, którym zależy na drugiej osobie i to jako na OSOBIE. Wczoraj przekonałam się, że gdy nikt już nie słucha - jest ktoś do kogo mogę zawsze przyjść. Coś pięknego. Dziś powiem to głośno - MAM DRUGIEGO PRZYJACIELA. Mocne słowa, ale wiem, że jest to osoba na której się nie przejadę. Po tym wszystkim co przeszliśmy myślę, że mogę być pewna. Ale nie o tym miałam pisać. Miało być o "łapaniu spojrzeń".
Więc tak: pragnę uwagi, jak chyba każdy. To co kiedyś mnie irytowało, dziś daje mi pewności siebie, sprawia, że podnoszę głowę wyżej i idę przed siebie z uśmiechem na twarzy - tak! Jeśli ktoś kompletnie nieznajomy zwrócił na mnie uwagę, widząc mnie pierwszy raz w życiu - jest dobrze. Chyba nie jestem szaraczkiem.
Możecie myśleć, że to dziwne, ale na prawdę takie "łapanie spojrzeń" dodaje mi pewności siebie, a nawet daje mi radość. Nie ukrywam, że nie raz wtedy pojawia mi się uśmiech na twarzy. Sama nie wiem czy czegoś szukam w tych oczach... Ogólnie lubię gdy ludzie na mnie patrzą - uwielbiam wygłaszać prezentacje w szkole - na jakikolwiek temat, w jakimkolwiek języku - uwielbiam to, gdy wszyscy na mnie patrzą i mnie słuchają, chociaż na początku.
Znów wychodzę na jakiego egocentryka - trudno. Nie mam jednak jeszcze takiej pewności siebie, żeby rzucać się z tym na innych, że TERAZ JA JA JA ! Noł, więc chyba nie jest ze mną najgorzej. ;)

A Wy, też "wyłapujecie spojrzenia" na chodniku? Lubicie gdy ktoś ukradkiem się Wam przygląda czy raczej Was to drażni?
Pozdrawiam Was kochani i do następnego! :)

środa, 2 kwietnia 2014

31. Nie przestawaj wierzyć!

Hej... Nie wiem jak zacząć. Może po prostu napiszę, że rozmowa kwalifikacyjna poszła mi dobrze - szef jak marzenie - nie dość, że przystojny, młody, to jeszcze mega dobrze wychowany - mrrrr! Ale... jego oferta pracy zdecydowanie nie była dla mnie. Nie pokrywała się z moimi studiami, więc z bólem serca musiałam zrezygnować - nie no, nie musiałam, ale nie chciałam robić czegoś "byleby robić". Aj nawet nie wiecie jak mi jest żal takiego szefa. Chyba bym z radością pędziła co rano do pracy! Przynajmniej do momentu, w którym okazałoby się, że jest dupkiem. (no cóż)
Ja znów mam dolinę, a nawet kanion - na ile? Pewnie na chwilę, ale nie omieszkam stwierdzić, że wróci, zawsze wraca jak bumerang. Nie mam już siły niczego udawać, a jednak nadal chcę. Wczoraj na uczelni pękłam pierwszy raz. Na szczęście miałam w pobliżu okno do którego zdążyłam się odwrócić - chyba nikt nic nie zauważył.
Pisałam Wam już kiedyś, że uwielbiam być tą pierwszą, najlepszą. Niekoniecznie dla kogoś, ale przede wszystkim dla siebie. No jeżeli ktoś dodatkowo uważa mnie, za tą naj, to już w ogóle obrastam w piórka. Nie wiem czy to egoizm, zarozumiałość, a może zbyt duża wiara w siebie. Po prostu nienawidzę być zepchnięta na boczny tor. NIENAWIDZĘ, gdy dzieje się coś, co sprawia, iż sama zaczynam postrzegać się jako numer 32984738, a nie numer 1.
Pamiętacie filmik z yt, który pobijał film hasłem JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ? Otóż mimo śmiechu i ogólnej zwałki, te słowa wzięłam sobie do serca - taka jestem, co chcę to słyszę i biorę do siebie. Bardzo często powtarzam sobie, że JESTEM ZWYCIĘZCĄ. Może nawet udaje mi się w to wierzyć. Ostatnio jednak tracę wiarę w siebie, tracę siłę i każda najmniejsza pierdoła dotyka mnie tak bardzo, że sama się sobie dziwię.
Gdzie jest ta wojowniczka, twardzielka, po której wszystko spływa? Chyba sama gdzieś odpłynęła i nie zostawiła mi nawet listu na pożegnanie. Wredna małpa...
Wiem jedno, potrzebuję czegoś, jakiegoś impulsu, który pozwoli mi na nowo uwierzyć w siebie. Nie powiem, że nic się ostatnio nie dzieje, że panuje stoicki spokój i nikt mnie nie docenia. Owszem doceniają, ale zawsze pojawia się jedno ALE. To ALE ma długie nogi, jest wysokie i TEŻ TAK MA, albo MA WIĘCEJ I LEPIEJ. No tylko popatrz! Yhhhh - pozwólcie, iż tylko tak to skomentuję.
Chyba gdzieś wyjdę, sama. Popatrzę obcym ludziom prosto w oczy, może czyjeś spojrzenie da mi siłę. Przecież nieznajomi nie mogą być gorsi od znajomych... Wiedzą mniej i jesteśmy dla nich CZYSTĄ KARTKĄ. A pro po kartki... Chyba wiem jak dziś to wszystko odreaguję...

Tak więc na koniec - JESTEŚ ZWYCIĘZCĄ - zapamiętaj, mów to sobie i wierz w to. Ja staram się, zaraz wyjdę z podniesioną głową - niczym zwycięzca. Nie ważne co mówią inni, ważne w co my wierzymy. Nie dajmy zabić tej wiary. - wiem sama pisałam, że ją tracę, ale nie oddaję jej bez walki.
Przesyłam Wam buziaki i trzymajcie się cieplutko! Ja w Was wierzę, jesteście cudowni i dziękuję, za wspaniałe komentarze pod poprzednim postem! <3 :*