poniedziałek, 31 marca 2014

30. Buntuję się i... wracam.

Witajcie! Wiosna na całego! Nie mogę w to uwierzyć, że jest (jeszcze) marzec, a ja chodziłam dziś w krótkim rękawie po dworze. Gdyby moja mama to widziała... aj! Jest pięknie, a ja nie mam siły. Musiałam dziś wcześniej wstać i jestem padnięta. Najchętniej położyłabym się spać, ale przespać taki piękny dzień, to istna zbrodnia. Wypiłam kawę, może mnie pobudzi. Mam zamiar iść dziś na rolki, a wieczorem pobiegać. Jest pogoda, więc trzeba korzystać. :) Aha! Proszę Was trzymajcie za mnie kciuki, bo jutro mam rozmowę kwalifikacyjną! Pierwszą w moim życiu! Trochę mam stresik. W następnej notce dam Wam znać jak mi poszło. :) Nie przedłużając przechodzę do tematu:
Otóż nie wiem co się ostatnio dzieje, ale irytuje mnie sama obecność pewnej osoby, jej zachowanie - wszystko! Ja wiem, w przyjaźni różnie bywa, w koleżeństwie też - bo w sumie przyjaźnią nigdy tej relacji nie nazwałam. Czasem dogadujemy się jak nikt inny, czuję nawet pewną więź, a ostatnio jest wręcz przeciwnie. NA SZCZĘŚCIE są to chwilówki, ale własnie w tych momentach dotyka mnie to z taką mocą, że kompletnie opadam z sił.
Spójrzcie, jak mało potrzeba, żeby złamać człowieka... Chwila, czasem kilka sekund... Łzy stają mi w oczach, ale walczę, zagryzam wargi. Jednak ile można udawać, że pewne sprawy po mnie spływają?! Otóż można długo... Jednak nie można wiecznie. Ja i uzewnętrznianie emocji? "HAHAHAHAHA!"
Jednak czuję się taka bezsilna, już na starcie postawiona na straconej pozycji... To nie biegi, tutaj nie nadrobię, tutaj nie mam szans wygrać. Żeby wygrać trzeba walczyć - ja nie mam nawet chęci walczyć. O coś prawdziwego nie trzeba, o pozory walczyć nie warto. Szkoda zachodu.
Znów będę musiała udawać, że jest okej. Dlaczego? Nie zniosę gradobicia pytań co się stało, od osób, które mnie w taki stan wpędziły. Co mam im powiedzieć? "To Twoja wina!" - rozpłakać się i rzucić w ramiona?! Nie, nie, nie. Nie w tym życiu... Polecam kamienną twarz i unikanie kontaktu wzrokowego - ignorancja - najgorsze co może być na tym świecie. Pozwala mi to odczuć jakąś pozorną siłę. Ty mnie ranisz - ja to olewam. (ależ anty poetycko)
Mimo to widzę jaka jestem krucha, naiwna. Było TAK DOBRZE. Było ZA DOBRZE - musiało się...popsuć (kultura wymaga słownictwa). Zawsze w takich momentach mówię sobie, że to był OSTATNI RAZ, że więcej się to nie powtórzy, że nie dam się KOLEJNY RAZ owinąć wokół palca, a potem ochłonę i... wystarczy jedno spojrzenie, a ja nie potrafię się odwrócić i trzymać swoich zasad. Jedna chwila i wszystko leży rozsypane. Wczoraj to przerabiałam: siedziałam z chmurą gradową nad głową, gdy widziałam, że idzie mnie przytulić z tą swoją opiekuńczą miną - powiedziałam IDŹ SOBIE, ale gdy zostałam przytulona, nie potrafiłam powiedzieć tego znów, na usta cisnęło mi się raczej ZOSTAŃ... Kolejny raz ten sam błąd, który będę powtarzać w nieskończoność...

Przepraszam Was, że wypisuję takie rzeczy, że być może kompletnie Was to nie interesuje. Wiem, że nawet nie macie mi jak pomóc, ale proszę po prostu bądźcie. Nie mogę wyrzucić z siebie w życiu, więc zostaje mi blog. Jak dobrze, że Was mam. <3 Mimo wszystko, kolejny raz się uśmiecham na samą myśl o Waszej obecności. :) Chyba przede wszystkim dzięki Wam i tej całej blogoswerze jakoś się trzymam. Bardzo potrzebuję takiej odskoczni w życiu, którą właśnie jest blogowanie. <3
Pozdrawiam cieplutko ze słonecznego zachodu Polski. ;>

sobota, 29 marca 2014

29. "...póki jesteśmy młodzi!"

Witajcie! Piękna, słoneczna i przede wszystkim ciepła wiosna wróciła. Oby została już na dobre, bo jej ostatni wybryk, z tygodniem deszczu nie przypadł mi do gustu... Skoro wiosna, to wszystko budzi się do życia - roślinki, zwierzaczki... Właśnie roślinki! Wyszłam dziś na dwór na 10 minut i wróciłam z zapchanym nosem! Ach ta alergia... Ale mimo tego... ubóstwiam WIOSNĘ. A ten katar jakoś przeżyję, jak co roku... Przejdźmy do tematu.
Dziś chcę napisać, o pewnym usprawiedliwianiu swoich głupich zachowań wiekiem. Sama do końca nie wiem, co o tym myśleć, więc przychodzę z moją wątpliwością do Was.
Mianowicie, jako iż jestem człowiekiem, nic nie jest mi bliższe niż popełnianie błędów. Gdy już takowy błąd popełnimy, wówczas przychodzą do nas dwie opcje: z pokorą przyjęcie winy i odżałowanie swojego: MOJA WINA, MOJA WINA, MOJA BARDZO WIELKA WINA, albo... próba usprawiedliwienia samego siebie. Ja osobiście, jestem zazwyczaj dla siebie tak surowa i rygorystyczna, że żadnym usprawiedliwień nie przyjmuję. Popełniłaś błąd - okej, odżałuj, ponieś konsekwencję, może KOLEJNYM RAZEM będziesz mądrzejsza. Może.
Jest jednak w moim otoczeniu osoba, która usprawiedliwia mnie w moim imieniu. Z jednej strony to miłe, ktoś uważa, że mój błąd, to nie moja wina - suuuuuuuper, żyć nie umierać. Z drugiej jednak strony - jak nie moja i nie Twoja, to czyja? Otóż to - wieku! Właśnie tak. Mój kolega - bo o Nim mowa, zawsze, gdy waham się przed czynem WĄTPLIWYM, lub gdy jest już PO, mówi mi "SZALEJMY, PÓKI JESTEŚMY MŁODZI! JAK NIE TERAZ TO KIEDY?!" - przyznam się teraz przed Wami otwarcie - UWIELBIAM ten argument! Tak! Sprawia on, że przez małą chwilkę czuje się taka bezkarna, niewinna i nieskazitelna! Właśnie, PRZEZ CHWILĘ.
 Tutaj pojawia się moja wątpliwość, którą moje chore JA podsuwa mi za każdym razem - co z konsekwencjami? Czy ja na prawdę mogę usprawiedliwiać się wiekiem? Czy to on jest winny? Właśnie w tym punkcie biję się z myślami, jak nigdzie indziej. Bo z jednej strony - tak, jestem młoda. Młodość jest od tego, żeby szaleć - z tym się zgadzam, bo jak nie teraz, to kiedy? Gdy będę dojrzałą kobietą po czterdziestce z dwójką dorastających dzieci? Jakoś osobiście nie widzę siebie wówczas imprezującej do białego rana - kiedyś trzeba dorosnąć. Kiedyś. No okej, ale czy z tego względu, iż teraz mam szaleć - to wszystko mi wolno?? Wewnętrznie czuję, że nie, że mimo, iż MŁODOŚĆ WSZYSTKO WYBACZA, to nie powinnam szaleć na całej linii. Kiedyś trzeba się ogarnąć, kiedyś... Nie wiem co o tym myśleć.
Część mnie rwie się do beztroskiego życia, nieprzejmowania się konsekwencjami - chciałabym, żeby liczyło się tylko TU I TERAZ. Druga część ciągle każe mi myśleć o tych cholernych konsekwencjach i o tym, jak mogą one wpłynąć na przyszłość. Boję się, że gdy NIE WYSZUMIĘ się teraz - będę żałować w przyszłości, jednocześnie boję się, że gdy będę SZUMIEĆ za bardzo - również tego pożałuję. Zwariowałam? Pomocy!

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Słonecznego weekendu! <3

czwartek, 27 marca 2014

28. Być potrzebnym.

Witajcie! Wróciłam i nadchodzę z nowym postem! Wreszcie wolne, jakie to miłe uczucie. Na usprawiedliwienie mojej nieobecności pochwalę Wam się, iż moja nauka zaowocowała 27/30 punktami z kolokwium. Lubię to uczucie, gdy moje wysiłki są nagradzane takimi wynikami - jakież to motywujące. Po raz kolejny widzę, że WARTO. Myślę, że moje "nieobecnościowe" winy są mi odpuszczone. ;)
Tak sobie myślę, że dawno Wam za nic nie dziękowałam, a na prawdę powodów się trochę nazbierało. Dziękuję Wam za to, że jesteście - liczba wejść na bloga w niecałe 3 miesiące - dla mnie niewiarygodna, cudowna, wspaniała! Dziękuję, że piszecie aż tyle komentarzy - uwielbiam czytać Wasze opinie. <3 Sprawiacie, że gdy zmęczona lub nie w humorze wchodzę nawet w telefonie na bloggera i czytam Wasze komentarze - uśmiecham się niczym wariatka do telefonu. Bardzo Wam dziękuję, to uczucie na prawdę trudno opisać. Chyba najcudowniej na świecie jest być POTRZEBNYM.
Taki też jest dzisiejszy temat. Chyba każdy w swoim życiu ma kogoś, kogo potrzebuje. Może na chwilę, może na zawsze, ale ktoś taki dla nas istnieje. Tak samo, każdy z nas chce być potrzebnym. Czy to nie cudowne uczucie, gdy ktoś okazuje nam, iż nas potrzebuje? Czujemy się ważni, okazuje się, że coś znaczymy i być może nasze miejsce na świecie nie jest przypadkowe.
Mnie osobiście cieszy nawet taka głupota, gdy ktoś potrzebuje mnie, tylko po to, ażeby skserować sobie notatki czy zrobić zadanie. Mimo, iż może to być uznane, za wykorzystywanie - czuję się potrzebna, ktoś o mnie pomyślał, doceniam to. O! Ludzie wiedzą o moim istnieniu, nie egzystuję tylko dla siebie, ale i innych. Oczywiście, są granice. Bo jeśli ktoś z kim kompletnie nie mam kontaktu, nagle przypomina sobie o mnie i strasznie POTRZEBUJE mojego ratunku, to sorry, ale tutaj włącza się czerwona lampka - nie, nie, nie.
Porozmawiajmy jednak o tym innym wymiarze bycia potrzebnym. Ja uwielbiam czuć się potrzebna komuś, po to, żeby po prostu porozmawiać, czasem nawet pomilczeć- najprościej, żeby pobyć razem i porobić cokolwiek. To wspaniałe czuć, że ktoś potrzebuje po prostu naszej obecności. Chociaż rzadko się do tego przyznaję - to coraz częściej potrzebuję tego, żeby ktoś tylko był, nie musi nic robić, jedynie być w pobliżu. Moja natura samotnika chyba ginie śmiercią tragiczną, bo przyznaję się do tego, że POTRZEBUJĘ LUDZI!
Kolejną, a zarazem chyba najpiękniejszą, bo bezwarunkową odsłoną bycia potrzebnym jest bycie mamą. Sama nie wiem jak to jest, ale domyślam się, że cudownym uczuciem musi być świadomość, że ta mała istotka tak bardzo nas potrzebuje, bo nie poradzi sobie sama. Wyobrażam sobie, że to kolejne uczucie nie do opisania. Mam nadzieję, że kiedyś przekonam się jak to jest.
Mam wrażenie, że najgorszym uczuciem dla człowieka jest bycie niepotrzebnym. Znów dopada nas wówczas bezradność - no bo co zrobisz? Nie zmusisz nikogo, żeby nagle zaczął Cię potrzebować. Ja osobiście nienawidzę się komuś narzucać. Jeśli mnie nie lubisz, albo nie czujesz potrzeby rozmawiania czy spędzania czasu ze mną, to nie. Idę w swoją stronę. Nie lubię walczyć o ludzi, nie chcę. Uważam, że nie warto, ale dziś nie o tym...
W każdym razie, mam obecnie dobry humor i chcę zakończyć dziś pozytywnie. Wierzę w to, że każdy z Was jest komuś potrzebny, chociażby w krótkim momencie życia, ale na pewno! Mam nadzieję, że macie kogoś, kto nie boi się Wam tego powiedzieć.
W moim życiu pojawia się coraz więcej osób, które są mi potrzebne na co dzień, co przeraża mnie trochę (tak, boję się potrzebować ludzi), jednak nic z tym nie zrobię. Tak samo bardzo potrzebuję Was - gdyby nie Wy moje pisanie nie miałoby sensu. A więc drogi Czytelniku:

A Wy macie kogoś kogo potrzebujecie i nie boicie się do tego przyznać? Też uważacie, że to piękne uczucie być potrzebnym? A może pomożecie mi ubrać je w słowa? Może jakimś porównaniem? Czekam na propozycje! Buziaki kochani! :)

niedziela, 23 marca 2014

27. Poznajmy się - część druga.

Witajcie! Dziś szybko, krótko i na temat, gdyż jestem zawalona nauką - zaczęło się. Chociaż nie jest źle. Czeka mnie pierwsze kolokwium w tym semestrze - ale tak to jest, gdy jest się zwolnionym z języków. :P W każdym razie mam masę materiału do ogarnięcia i zaraz się za niego biorę.
Niedawno zostałam nominowana do LBA po raz trzeci i czwarty - bardzo dziękuję! Mogę powiedzieć, że nominacją ta spadła mi z nieba, gdyż na prawdę brak mi teraz czasu na napisanie czegokolwiek twórczego - mam nadzieję, że mi wybaczycie. Co do LBA, to potraktuję to tak jak ostatnio - postaram się twórczo odpowiedzieć na 22 pytań. Co do zaległych komentarzy - odpowiem na nie na pewno podczas przerwy w nauce, tak więc cierpliwości. Dziękuję za wyrozumiałość.
Tak więc dziś zostawiam Was z pytaniami o odpowiedziami, a już pod koniec tygodnia obiecuję poprawę i napiszę ZNÓW coś PROBLEMOWEGO. :)
Zapraszam do czytania! :)

Pytania od Izy => BLOG.

1. Czy blogowanie sprawia Ci przyjemność?
- Tak, ogromną. Daje mi to wiele radości i wielką satysfakcję - dzięki Wam.
2. Nawiązujesz z kimś współpracę? (np. shenside)
- Nie, nie ta tematyka bloga i jak na razie nie myślałam o żadnej współpracy.
3. Jakie masz marzenia odnoszące się do bloga?
- Hmmm... Chciałabym, aby moi czytelnicy z wielkim zaciekawieniem wchodzili na bloga, nie mogąc się doczekać CO ONA ZNÓW wymyśliła. Chciałabym także, aby było ich coraz więcej. Nie chodzi tutaj o obserwacje, ale o TYCH PRAWDZIWYCH - dziękuję, że jesteście <3
4. Masz aska? (jeśli tak, to podaj link)
- Mam. Pusto tam i cicho, ale jest. (KLIK)
5. Twoje ulubione blogi?
- Jest ich kilka, nie chciałabym na szybko kogoś pominąć.
6. Czy podoba Ci się mój blog?
- Tak, jest sympatyczny.
7. Jeśli tak, to co Ci się w nim podoba najbardziej?
- Zdjęcia.
8. Do której klasy chodzisz?
- Hmmm... nie mam klasy, mam grupę K02
9. Chciałabyś kiedyś wygrać blog roku?
- W życiu o tym nie myślałam, ale jak się teraz zastanawiam, to chyba każdy by chciał zostać doceniony i to w taki wyjątkowy sposób.
10. Z jakiego bloga czerpiesz inspiracje?
- Z żadnego, moją inspiracją jest życie.
11. Masz rodzeństwo?
- Tak.

Pytania od Agnieszki => BLOG

1. Twoja najgłupsza wpadka?
- Hmm... Kiedyś przewróciłam się zimą w szkole na śliskich płytkach na korytarzu podczas przerwy... DWA RAZY !!! - nie muszę chyba wspominać ile osób to widziało i jaka była ich reakcja. Dodam tylko, że chciałam się zapaść pod ziemię.
2. Spódnica vs spodnie vs sukienka?
- Zależy od okazji i pogody, ale najczęściej można mnie zobaczyć w spodniach.
3. Wolisz pytać czy odpowiadać?
- Odpowiadać.
4. Twój ideał faceta?
Hahahahah! (widzę Wasze spojrzenia...)
5. Została Ci godzina życia. Jak ona wygląda?
- Jadę do tatuażysty wytatuować skrzydło na przedramieniu.
6. Gdybyś mogła wybrać datę swoich urodzin, to jaka byłaby to data?
- Taka jaka jest. Podoba mi się.
7. Dlaczego lubisz czekoladę? 
- Czekolada nie pyta, czekolada rozumie... i jest słodka!
8. Gdybyś miała możliwość zagrania w filmie, jaki byłby to film?
- Horror, albo kryminał. W każdym razie chciałabym być TĄ ZŁĄ.
9. Jedna umiejętność, którą chciałabyś posiadać?
- Hmmm... Tylko jedna? Ostatnio bardzo chciałam umieć jeździć na nartach.
10. Ulubiony zapach?
- Zapach cynamonu.
11. Miejsce do którego chciałabyś pojechać?
- Po raz setny - Nowy Jork. :)

To byłoby na tyle. Mam nadzieję, że nie było banalnie i nudno. Myślę, że taka odskocznia ukazująca, że wcale nie jestem problemowym ponurakiem, nie jest wcale kiepskim pomysłem. Ja uciekam się uczyć, a Wam życzę miłego niedzielnego wieczoru i początku tygodnia! Buuuuziaki! :*

czwartek, 20 marca 2014

26. Na "drugim" miejscu.

Witajcie! Wiosna się obudziła i to w samą porę - równo z nadejściem tej kalendarzowej. Co prawda, po weekendzie podobno ma się znów ochłodzić, ale mnie cieszy każdy promyk słońca i każdy skok temperatury. Przyjemniej wychodzi się z domu i CHCE SIĘ ŻYĆ!.
Dziś tematem będzie coś, co gryzie mnie od dłuższego czasu, nawet ośmielę się użyć stwierdzenia, że zawsze mnie to kąsało i wprawiało w dyskomfort - przede wszystkim psychiczny. Otóż, jak sam tytuł mówi - bycie na "drugim" miejscu. Nie będę tutaj pisać o żadnych zawodach, konkursach i tym podobnych rywalizacjach, choć nie ukrywam, w pewnym sensie temu, co chcę opisać, towarzyszy pewnego rodzaju rywalizacja.
Od początku. Czego oczekujecie od osoby, która spędza w Wami czas? Ja osobiście oczekuję tylko jednego - aby cała uwaga skupiała się na mnie. Tak, skoro jesteśmy teraz RAZEM, mamy RAZEM spędzić czas, to chyba nie wymagam zbyt wiele? Krew mnie zalewa, gdy siedzę z kimś rozmawiam i nagle zauważam, że od połowy zdania osoba ta mnie nie słucha, bo odpisuje na sms czy wiadomość na facebooku, czyli po prostu OLEWA mnie. No żyć mi się wtedy odechciewa. Mam ochotę zwinąć manatki i wyjść byle daleko od tak "pochłoniętej" rozmową ze mną osoby. Zostajemy wówczas odsunięci na boczny tor - tytułowe "drugie" miejsce. Dlaczego "drugie" akcentuję cudzysłowem? Bo to umowne i chyba nie chciałabym wiedzieć, na którym miejscu rzeczywiście zostałabym sklasyfikowana, gdyby dana osoba miała ułożyć własną hierarchię. Ważne, że nie na pierwszym - czego oczekiwałam. Wiem, może zalatuje to trochę pychą i egoizmem, ale wymagam od innych tyle, ile sama im daję. Nie mniej, nie więcej. Chcesz się ze mną spotkać czy nie? Bo ze ścianą to ja mogę sobie porozmawiać w mieszkaniu...
Nienawidzę tego uczucia, gdy WYDAJE mi się, że w tej chwili jestem numerem JEDEN, a za moment zostaję brutalnie sprowadzona na ziemię i uświadomiona na temat swojej pozycji. Jestem osobą, która nie próbuje się wdzierać, do niczyjego życia. Nie potrzebujesz mnie? Okej, odchodzę, szkoda mojego czasu. Zazwyczaj jednak, gdy wyrażę swoje zniesmaczenie spowodowane brakiem uwagi słyszę "nie, zostań". Tylko po co?!
Mam wrażenie, że dla nikogo nie jestem numerem jeden. To przykre, tak. Ale mam oczy i widzę. Mam też swoje lata i potrafię ocenić sytuację: Jesteś i potrzebna, póki nikogo nie ma, gdy wróci mój numer jeden - możesz spadać - ALE WRÓĆ. Tak odbieram większość sytuacji. Na prawdę wiele razy próbowałam wyjaśnić tę sytuację, powiedzieć, jak się czuję. Jaką odpowiedź uzyskałam? "Nie mów tak, to nie prawda." Nie? Udowodnij...
Nie wiem czy nazwać moje zachowanie głupotą czy słabością, ale zawsze wracam. W sumie nie mam dokąd iść, co też jest przykre. Staram się pokazać - nie, nie jesteście mi potrzebni. Ale czy to prawda? Boję się sama przed sobą przyznać, że nie.

Na koniec pytanie: ile razy człowiek musi się sparzyć, żeby wbił sobie do tego durnego łba, że NIGDY nie będzie PIERWSZY??? Niby wiem, niby jestem świadoma, niby nigdy nie robiłam sobie nadziei - NIBY, a jednak wracam wciąż w to samo miejsce. Bez sensu.
Buziaki! Udanego weekendu!

poniedziałek, 17 marca 2014

25. Czas.

Hejo! Za oknem deszcz i wiatr - pogoda idealna na siedzenie w domu i nie wychylanie nosa za drzwi. Niestety nie ma tak dobrze - trzeba było wyjść. Ale było warto. Byłam dziś na targach pracy "Dni kariery". Jestem bardzo zadowolona, uzbierałam mnóstwo darmowych gadżetów i kilka ofert praktyk, więc jestem bardzo zadowolona. Było warto wychylać nos z mieszkania. :) Teraz korzystając z chwili samotności pisze, póki czas!
Właśnie czas (jeszcze 5 sekund temu nie miałam pojęcia o czym napisać i biłam się z tysiącem myśli - cóż jak zwykle mają przewagę liczebną). Czy też uważacie, że czasu nigdy nie jest tyle, ile go potrzeba? Nigdy nie ma go AKURAT. No może czasami się zdarzy, ale takie sytuacje na prawdę mogę zliczyć na palcach jednej ręki.
Gdy siedzimy sami - czasu jest tak ogromna masa, że "umieramy z nudów". Oczywiście, nie zawsze - co kreatywniejsze osoby szukają sobie zajęcia, aby ten nadmiar czasu zniwelować lub brutalnie ZABIĆ. A co się dzieje z czasem, gdy spędzamy go z przyjaciółmi lub ukochanym czy rodziną? Nadmiar znika, czas ucieka jak szalony, ani się nie obejrzymy - a tu czas się rozstać. O IRONIO !
Podobnie jest, gdy na coś czekamy. Jako przykład rzucę tutaj coś banalnego - WAKACJE! Czekamy na nie, czekamy... i doczekać się nie możemy. Czas początkowo ciągnie się nieubłaganie. Jednak w przypadku jakiegoś sprawdzianu - podczas nauki czas ponownie umyka.
Im więcej mamy do zrobienia, tym szybciej mijają nam godziny, dni, tygodnie. Wiele razy mówimy "MARZĘ O TYM ŻEBY NIC NIE ROBIĆ" - ale jak na to patrzę z drugiej strony, to nie wiem czy taka sytuacja jest mega pozytywna. Fakt, odpoczynek jest nam potrzebny - jeden, dwa dni nic nierobienia - miła regeneracja, ale na dłuższą metę lubię mieć zajęcie i dobrze, że te dni tak szybką mijają.
Niewątpliwie jednak w pewnych sytuacjach czas powinien być dla nas łaskawszy i biec nieco wolniej, a w innych wręcz przeciwnie. Wiem, wiem - ciężko mi dogodzić, ale na prawdę szkoda, że najlepsze chwile w życiu tak szybko przemijają, a sytuację nudne i monotonne wydają się nie mieć końca.

Myślicie, że można znaleźć "złoty środek" i sprawić aby przyjemne chwile trwały dłużej, a monotonia stała się bardziej atrakcyjna, znośna i mijała szybciej? Ja mam jedną "złotą" radę, co do chwil przyjemnych, jeśli nie mogą trwać dłużej, to chociaż powtarzajmy je jak najczęściej!! :)
Pozdrawiam gorąco, mimo iż za oknem ściana deszczu. o.O :)

piątek, 14 marca 2014

24. Uzależnienie.

Witajcie! Piękne słońce, aż chce się żyć i całe dnie spędzać na świeżym powietrzu. <3 Niestety jutro pogoda ma się zepsuć. Mam nadzieję, że na krótko, jeśli w ogóle musi. Gdy świeci słońce, aż wracają chęci do życia. Nawet ogólne zmęczenie mnie opuściło i znów tryskam energią - biegam, jeżdżę na rolkach, ćwiczę i ciągle mi mało. Przez te kilka dni UZALEŻNIŁAM się od wiosennej pogody i chcę więcej!!!
Często mówi się o uzależnieniu od alkoholu, narkotyków, gier komputerowych, fast foodów, odchudzania czy nawet ćwiczeń. Wydaje się, że te uzależnienia występują w naszym społeczeństwie najczęściej. Moim zdaniem pomijamy uzależnienie, które prędzej czy później dosięga każdego. Chodzi o uzależnienie od drugiego człowieka. Każdy przez nie przechodził, a jeśli nie - pocieszam - na pewno przejdzie, więc wszystko przed Tobą.
Teraz pytanie rozgraniczenie - czy owe uzależnienie jest czymś złym, czy też dobrym? Pewnie zależy od sytuacji i osoby, która stała się naszym uzależnieniem. Jeżeli uzależniamy się z wzajemnością - śmiem twierdzić, że jest to dobre uzależnienie. Gorzej jeżeli my się uzależniamy - a osoba będąca w centrum naszej uwagi - nie. Chociaż tutaj znów rodzi się we mnie wątpliwość. Mianowicie - uzależnienie jest wynikiem notorycznie powtarzanych czynności, do których się przyzwyczajamy do tego stopnia, że gdy ich nie ma - odczuwamy wyraźny dyskomfort. A więc uzależnienie od osoby następuję w wyniku długotrwałego przebywania razem, rozmów i tym podobnych. Moje pytanie brzmi - czy istnieje ktoś o tak silnej woli, że w sytuacji gdy jedna osoba się uzależnia, ta druga pozostaje niewzruszona i obojętna? Być może istnieje, ale ja zapewne do tego typu osób się nie zaliczam.
Moje kolejne pytanie - gdy uznamy nasze uzależnienie za beznadziejne i złe, za takie, które nie powinno mieć miejsca - co zrobić? Tutaj przedstawię Wam moje ukochane rozwiązanie - uciec, odizolować się, unikać naszego czynnika uzależniającego. <3 Och, jakie to proste i wypróbowane (przeze mnie wiele razy i skutkuje w 100%). Trzeba jednak mieć silną wolę i wiedzieć na pewno, że właśnie tego chcę. Jednak tym razem i tutaj sytuacja się komplikuje - jak unikać kogoś, kogo nie ma sposobu uniknąć? Tak wiem, nie ma rzeczy niemożliwych i sytuacji bez wyjścia, ale co zrobić, gdy daną osobę widujemy kilka razy dziennie, w szkole, w pracy, a nawet we własnym mieszkaniu?! Chyba jedynym wyjściem jest spakowanie się i ucieczka na koniec świata... Zawsze jest to JAKIEŚ wyjście.
Ktoś może powiedzieć, że silna wola to połowa sukcesu - jednak zawsze to TYLKO połowa. Możemy mówić sobie i układać w głowie, co jest dobre, a co złe, co nam wolno, a czego absolutnie nie. Jednak wszyscy doskonale wiemy - rozum jedno, serce (?!) drugie. Sytuacja zazwyczaj weryfikuje się samoistnie, przecież możemy powiedzieć, że nie mieliśmy wyjścia, drogi ucieczki - co jest absolutną bzdurą i potwierdzeniem porażki naszej "silnej" woli.
Jeśli nie ma drogi ucieczki (pomijając tę ekstremalną z drugim końcem świata), a silna wola wcale aż taka silna nie jest, to co robić? Czy jesteśmy w kropce? Nie... MUSI być jeszcze jakieś wyjście, MUSI! - oczywiście poddania się nie uznaję. Tylko jakie...?

A może Wy macie jakieś inne rozwiązanie, na uwolnienie się od uzależnienia wobec drugiej osoby? Walczyć z tym czy dać sobie spokój i poczekać, aż przejdzie samo? (zapewne samo nic nie przechodzi, chyba, że katar po siedmiu dniach ;) )

środa, 12 marca 2014

23. Czekam.

Witajcie! Jaka piękna wiosna do nas zawitała, prawda? Jest tak pięknie, że swoją aktywność fizyczną przestałam ograniczać, do wnętrza mojego pokoju i wyszłam na zewnątrz. Rolki, bieganie - nareszcie! Tak długo CZEKAŁAM, aż będą ku temu sprzyjające warunki. A właśnie...
Naszła mnie dziś ochota na napisanie o czekaniu. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że własnie czekam. Każdy z nas na coś czeka. Jeśli nie teraz to ogólnie. Czekamy na autobus, pociąg, serial, listonosza, koleżankę lub na coś na nigdy się nie wydarzy. Każdego dnia wszyscy na coś czekamy. Zastanawialiście się kiedyś jakie uczucie nam wówczas towarzyszy? Nadzieja, nutka niecierpliwości, może nawet niepewność? Mnie własnie teraz ogarnia pewnego rodzaju niecierpliwość, niepewność czy moje czekanie ma sens. W głowie mam setki pytań, jak się zachować gdy CZEKANIE się zakończy. Ucieszyć się jak wariat czy nie ukazać w ogóle, jak bardzo czekałam? (z natury jestem osobą skrytą i jakoś nie kręci mnie przesadne ukazywanie emocji)
Więc jak to jest z tym czekaniem? Moim zdaniem w zależności od tego na co czekamy, odpowiednie uczucia nam towarzyszą. Jednak część jest niezmienna - uważam, że nadzieja towarzyszy CZEKANIU zawsze. Nie ważna czy czekamy na autobus, koleżankę  czy wodę na kawę. Mamy nadzieję, że autobus zaraz przyjedzie, koleżanka przyjdzie, a woda na kawę WRESZCIE się zagotuje.
Kolejnym uczuciem, które zawsze towarzyszy czekaniu jest NIECIERPLIWOŚĆ. Nie ważne czy czekamy na coś dobrego, czy złego - zazwyczaj chcemy mieć to już za sobą. Przynajmniej ja tak mam. Nie lubię uciekać od niewygodnych tematów, trudnych spaw. Wolę przebrnąć przez to jak najszybciej. Jeżeli chodzi o rzeczy dobre, na które czekamy - chyba nie muszę nikomu wyjaśniać niecierpliwości, bo zapewne każdy doskonale zna wówczas to uczucie.
Poruszając sprawę niepewności najpierw na myśl nasuwa mi się czekanie na jakiś wynik - egzaminu, konkursu. Nie ważne jak dobrze bylibyśmy przygotowani, to przy ogłoszeniu wyników zawsze będzie towarzyszyć nam niepewność. Niepewność jest obecna zawsze gdy coś nie zależy w stu procentach od nas, tak jest właśnie z czekaniem.
Jeśli chodzi o kolejne uczucia, które 'przykleiłam' do CZEKANIA, to z pewnością zależą one od konkretnej sytuacji. Są to mianowicie strach i ekscytacja, choć co do tego drugiego nie mam całkowitej pewności czy nie występuje zawsze. Pomyślcie - gdy czekamy ogarnia nas pewnego rodzaju napięcie "czy to już?". Hmmm... Czy mogę nazwać to ekscytacją? Sama do końca nie jestem pewna.
Przejdźmy do strachu - to uczucie towarzyszy nam zazwyczaj w tych złych chwilach, gdy czekamy na coś niedobrego, wątpliwego. Jako przykład przychodzą mi na myśl jedynie wyniki badań - nikomu z Was nie życzę takiego oczekiwania.
Jak widzicie znów poruszyłam temat, nad którym pewnie nikt się nie zastanawia, nikt nie zdaje sobie sprawy z tego jak często czekamy - codziennie, wiele razy dziennie. Ignorujemy takie przeciętne, normalne czynności. Nikt nie myśli o tym, jakie uczucia nam wówczas towarzyszą. Nie wiem czy takie myślenie ma wpływ na nasze życie, ale dobra refleksja nie jest zła. ;)

A Wy, na co ostatnio czekaliście? A może własnie teraz czekacie?
Pozdrawiam cieplutko, słonecznego dnia życzę! :)

niedziela, 9 marca 2014

22. Ideał

Witajcie! Jak minął weekend? Mi bardzo dobrze i zdecydowanie za szybko - co skutkuje tym, że piszę dopiero dziś, dopiero teraz. Było fantastycznie, tyle powiem. Z okazji wczorajszego święta dostałam mnóstwo kwiatków i nie tylko. Uwielbiam - nic dodać, nic ująć. <3
Dziś postanowiłam się zastanowić nad IDEAŁEM. Każdy z nas ma jakiś ideał w głowie. Każdy do pewnego ideału dąży. Chcemy być lepsi, poprawiać się, ciągle szukamy w sobie czegoś, co nie jest zgodne z obrazem perfekcji w naszej głowie - oczywiście aby to poprawić.
Ja również tutaj nie odstaję od reszty. Mam w głowie ideał faceta - fizyczny, którego pewnie nigdy nie spotkam, a nawet jeśli, to i tak nie zamienię go na mojego chłopaka (już słyszę hejty typu TWÓJ CHŁOPAK POWINIEN BYĆ DLA CIEBIE IDEAŁEM. Tak jest, jeśli chodzi o charakter, to jaki jest i ogólny całokształt, ale przecież oczy nacieszyć można, tak? Można.).
 Kolejny ideał, to ideał wyglądu do którego dążę. Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje, bo każdemu podoba się coś innego. Nie rzucam się też z motyką na słońce i nie marzę o wzroście przekraczającym 180 cm, bo tyle mogę mieć tylko w szpilkach (przynajmniej mogę nosić szpilki...). Nie siedzę też przed lustrem ze łzami w oczach, bo nie wyglądam "tak jak ta pani z okładki". Przecież nie o to chodzi, żeby wyglądać "tak jak" ktoś tam. Każdy z nas jest inny, oryginalny i to w sobie powinniśmy odnaleźć TO COŚ czego inni nie mają. Więc na czym polega to moje dążenie do ideału? Otóż dbam o siebie, ćwiczę, aby osiągnąć sylwetkę z której będę mogła być dumna na plaży i takie tam sprawy. Za nic w świecie nie próbuję się do kogoś upodobnić. Bo po co? Całe życie mówię sobie, że jestem wyjątkowa, jedyna taka (ale nie idealne, nie mylić pojęć). Tak samo jest na pewno z Wami. Każdy jest inny, a tym samym wyjątkowy pod pewnym względem.
Ogólnie rzecz biorąc zawsze dzielę IDEAŁ na wygląd i charakter czy też umiejętności lub inne. Dlaczego? Moim zdaniem ideał absolutny nie istnieje. Nie chodzi mi tutaj o postać, którą za ideał uznaliby wszyscy, bo to niemożliwe (w sumie też się zgadza z moim stwierdzeniem, ale nie o to chodzi). Jak już pisałam wyżej - każdemu podoba się coś innego, każdy skupia się na innych rzeczach. Ideał absolutny, to dla mnie perfekcja pod każdym względem. KAŻDYM. Miałam kiedyś "pana idealnego", który okazał się dupkiem. Od tego czasu stwierdziłam, iż ideały są przereklamowane. Albo ktoś Ci się podoba i okazuje się frajerem, albo ktoś jest świetny z charakteru, ale brak mu do perfekcji fizycznej (co osobiście uważam, za mniej ważne, bo wygląd można dopracować, zmienić. Z charakterem człowieka, powiedziałabym, że raczej jest ciężko). Tutaj właśnie IDEALNIE pasuje powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce". Kiedyś doszłam też do wniosku, że gdy ktoś nam się bardzo podoba, to idealizujemy go na siłę, jeśli chodzi o charakter i to za wszelką cenę. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegamy, jaka dana osoba była na prawdę.
Podsumowując powiem tylko tyle, że czasem lubię sobie pożartować, że jestem idealna, dowartościować się na kilka sekund i pośmiać się z tego. Jednak w głębi duszy utwierdzam się w przekonaniu, że nikt nie jest idealny, za to każdy jest wyjątkowy i tego się będę trzymać już zawsze.
To na tyle. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Cześć!! :)

czwartek, 6 marca 2014

21. Uśmiech proszę!.

Witajcie. Czy Wy też ostatnio chodzicie cały dzień padnięci? Ja nie wyrabiam, niezależnie od tego, ile godzin śpię, to i tak, gdy przychodzi wieczór, czuję się jakbym wróciła z poligonu. Męczące to zmęczenie, totalnie. Ale nie o tym dziś.
Dziś na zajęciach uśmiechnął się do mnie kolega, na co zareagowałam słowem "Co?" poprzedzonym dziwnym spojrzeniem. Otrzymałam tylko odpowiedź "Nic." z kolejnym uśmiechem. Dotarło do mnie, że czyś uśmiech skierowany w Naszą stronę bez powodu jest czymś dziwnym, nienormalnym i zastanawiającym - przeraziłam się. Sama siebie złapałam na takiej reakcji, która wydaje się niedorzeczna, a jednak. W głowie mi się nie mieści, żeby czyiś uśmiech był wyjątkiem od reguły, czymś zaskakującym. Przecież powinno być odwrotnie. Powinno. W rzeczywistości na ulicach, w autobusach, tramwajach czy pociągach mijamy tłumy poważnych, smutnych,  szarych ludzi. Tak, szarych. Mijając ich, nawet nie zwracamy na nich uwagi, bo po co... Bycie ponurym stało się czymś normalnym, zwyczajnym powszechnym. Szkoda, bo na niektóre osoby aż strach spojrzeć - nie wiadomo czy zaraz od nich nie oberwiesz.
Wiem, że chcąc zmieniać świat, podobno powinniśmy zacząć od siebie. Staram się. Tak, staram się uśmiechać i ogólnie z uśmiechem na twarzy iść przed siebie. Czasami jednak brak mi zwyczajnie sił. Tutaj własnie znów pojawiają się wątpliwości i próba zrozumienia owych "szarych ludzi". A jeśli oni też nie mają siły? Mają dość? Może wystarczy uśmiechnąć się do nich, żeby poczuli się lepiej? Mi osobiście chyba to pomaga. Jakoś się człowiekowi robi cieplej na sercu i... sama zaczynam się uśmiechać. Coś w tym jest.
Takie małe, darmowe, nie wymagające specjalnego wysiłku COŚ - uśmiech, a ile może zmienić, ile może nam dać. Nastrój innych chyba nam wszystkim prędzej czy później się udziela. Może warto zapamiętać, że z pewnością działa to w dwie strony i nasz pozytywny nastrój i uśmiech również udzieli się ludziom wokół.
Nawet teraz, gdy jestem padnięta, staram się uśmiechać do monitora i jest mi jakoś lepiej. Uśmiech daje mi siłę, zapał do tego, żeby napisać dla Was kolejne zdanie, przeczytać kolejny raz notkę, aby sprawdzić czy nie ma w niej błędów. Siłę do tego, ażeby się postarać.
Jako podsumowanie napiszę tylko tyle: WARTO SIĘ UŚMIECHAĆ i to nie tylko do osób nam bliskich, ale do każdej osoby, którą mijamy. Może to nasz uśmiech doda komuś sił do działania, może właśnie wtedy ktoś zrozumie to, co dziś dotarło do mnie i sam zacznie obdarowywać innych uśmiechem. Nigdy nic nie wiadomo. ;)
A Wy, idziecie z uśmiechem przez życie?
Pozdrawiam i ślę uśmiech. :)

wtorek, 4 marca 2014

20. MUSZĘ.

Witajcie. Dziś dzień jak co dzień. Zimno, szaro, wrrr! W ogóle jakoś tak sennie. Wstałam po dziesiątej, a mimo to jestem JUŻ padnięta. Tak rozleniwiłam się ostatnimi czasy, że sama wizja pójścia na uczelnie już jest dla mnie męcząca. Nie przedłużając jednak pisania o niczym, przejdźmy do tematu.
Jak już zauważyliście, lubię czepiać się słówek. Nie tylko na blogu, ale zawsze i wszędzie. Taki już jestem mały zadziorek i lubię wszelkie zaczepki (te słowne wręcz ubóstwiam). Dlatego dziś na tapetę wzięłam kolejne słowo, które doprowadza mnie momentami do białej gorączki. Jest to małe, słodkie, niepozorne MUSZĘ. Dlaczego owe słówko mnie irytuje? Otóż wychodzę z założenia, że w życiu nikt nic nie musi. Zawsze są dwa wyjścia. ZAWSZE. Pomijając fakt, że wyglądają one nieraz jak a) iść obok przepaści; b) wskoczyć w przepaść, ale to zawsze są dwie opcje, czyż nie?  Osobiście uważam to słowo za swego rodzaju wymówkę i ucieczkę od słowa CHCĘ. Czyż nie jest łatwiej powiedzieć nam, że MUSZĘ coś zrobić, niż CHCĘ to zrobić? Pisząc/mówiąc MUSZĘ uwalniamy się poniekąd od odpowiedzialności za to, co robimy. No bo skoro MUSZĘ, to nie mam wyjścia, moje chcenie nie ma tutaj nic do rzeczy - tak to rozumiem.
Wiele razy mówimy: MUSZĘ się tego nauczyć, żeby zaliczyć przedmiot itp., ale jaka jest prawda? Ktoś siedzi z pistoletem przy naszej skroni i rozkazuje nam? Nie, tak na prawdę sami chcemy. Chcemy zaliczyć ten przedmiot, dlatego CHCEMY się nauczyć. Nie ważne jaki mamy stosunek do całej sytuacji (zazwyczaj nie mamy ochoty, ale CHĘĆ zdania jest większa). Tak już jest nawet od najmłodszych lat. Ile razy mówiliśmy - MUSZĘ iść do domu, bo mama mnie woła - a tak na prawdę, to CHCIELIŚMY, nie tyle co wracać do domu, bo z tym różnie bywało, ale słuchać swojej mamy, być posłusznym.
Mogę tak wymienić setki przykładów. Moim zdaniem za każdym MUSZĘ kryje się jakaś chęć. Jak już pisałam wyżej - zawsze są dwa wyjścia. Nawet jeżeli jedno jest beznadziejnie bezsensowne - to zawsze JEST. Tak zaleciało mi teraz antyczną tragedią i bohaterem tragicznym, tylko, że w naszym przypadku zazwyczaj, ta druga opcja jest pozytywna. Dlatego mówimy MUSZĘ, bo nie chcę wybrać drugiej opcji, będącej tą beznadziejną.
Myślę, że to by było na tyle. Dziś nadzwyczaj krótko, a jednak udało mi się zawszeć tutaj wszystko, co miałam Wam do powiedzenia. Jeszcze raz CHCĘ Wam podziękować za to, że jesteście! Mam nadzieję ,ze zawsze będziecie! ;* <3

niedziela, 2 marca 2014

19. Słowa.

Witajcie. Do dzisiejszego tematu zainspirowałyście mnie Wy, a właściwie Wasze komentarze. Nigdy, przenigdy nie przyszłoby mi do głowy to, że moje słowa, które tutaj piszę mogą coś dla kogoś znaczyć, a już na pewno nie pomyślałam o tym, że mogą znaczyć tak wiele. Przecież to "tylko" słowa, moje myśli, odczucia. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak.
Poczułam się bardzo wyróżniona, doceniona, potrzebna. Mam nawet takie dziwne uczucie wzruszenia. Chyba pierwszy raz w życiu, to co kocham robić zaowocowało i to tak obficie. Tak, kocham pisać, choć polonistka ze mnie żadna (nienawidziłam tego przedmiotu). Jestem raczej umysłem ścisłym, ale strasznie uważam na słowa, na ich znaczenie, na to czy pasują do siebie w konkretnym zdaniu. Nie sądziłam, że ktoś może zwrócić na to uwagę - znów mnie zaskoczyliście. <3
Moi znajomi śmieją się, że najchętniej biłabym wszystkich słownikiem. Zwracam uwagę na składnie zdania, ilość i dopasowanie czasowników, przecinki, a w szczególności na ortografię. Mogę Wam również zagwarantować, że sposób w jaki pisze odzwierciedla również moją mowę - teraz zapewne pomyślicie - co za dziwadło tak się wypowiada? No cóż, ja - miło mi. :D
 Teraz widzę, że moje starania, dopieszczanie każdego, pojedynczego zdania wraca do mnie i to ze zdwojoną siłą. Nie znam słów, które wyraziłaby moją wdzięczność, za to co piszecie. Samo DZIĘKUJĘ, a nawet BARDZO czy OGROMNIE DZIĘKUJĘ - to za mało, aby wyrazić moją wdzięczność i radość, że jesteście, że ja mogę być dla Was. Z posta na post staram się coraz bardziej, bo nie chcę Was zawieść.
Dlaczego tak dokładnie ważę każde słowo? Otóż uważam, że są one największą i najsilniejszą bronią, do której każdy z nas ma dostęp. Przecież mówi się, że nic nie rani tak jak słowa. Słowa mogą również podnieść nas na duchu, dodać skrzydeł. Pomyślcie - jaką wielką mamy moc. Każdy z nas coś pisze, coś mówi. Pomyślcie ile słów w ciągu dnia przewija się przez naszą głowę, ile z nich wypowiadamy, a ile zachowujemy dla siebie. Po raz kolejny powtórzę - niby nic - TYLKO SŁOWA, a jednak.
Spójrzcie, ile możemy uczynić za pomocą słów. Jaką wielką mają moc. Wyciskają łzy, prowadzą do refleksji, dają nam radość, śmiech. Ile razy po czyiś słowach zaczęliśmy się nad czymś zastanawiać, wątpić, zadawać sobie pytania? Czy to nie jest tylko potwierdzeniem tego jak wiele mogą zdziałać słowa? Oczywiście, świata same słowa nie zmienią, potrzeba czynów. Jednak czy słowa nie są zapalnikiem do czynów?
Teksty piosenek, cytaty z książek - wszędzie słowa. Coś tak zwyczajnego, że nikt już się nad tym nie zastanawia. A może warto się zatrzymać i zamiast paplać bez sensu zacząć ważyć każde słowo zanim kogoś dotknie, zaboli za bardzo? Zły uczynek naprawimy, ból fizyczny minie, ale rana wyrządzona słowem goi się o wiele dłużej, jeżeli w ogóle się goi.
Tak samo w drugą stronę - jak łatwo możemy umilić komuś dzień, zaczynając go od radosnego słowa. Każdy lubi słuchać, czytać miłe komentarze na swój temat - od razu wokół robi się kolorowo. Wy przeszliście samych siebie. To co przeczytałam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Po raz kolejny napiszę DZIĘKUJĘ, choć to i tak za mało.
Pozdrawiam Was z OGROMNYM uśmiechem na twarzy. :) Do następnego!