piątek, 28 lutego 2014

18. PRZYJACIEL

Witajcie. Czy u Was też dziś tak szaro, buro i ponuro za oknem? Nie znoszę takiej pogody. Moje łóżko ma wówczas ogromną moc przyciągania i za nic w świecie nie chce mnie wypuścić, a gdy już uda mi się wyjść, to woła mnie do siebie ponownie. Bez kawy chyba nie wytrwam do wieczora. A miałam takie ambitne plany...
No cóż, przejdźmy do tematu. Dziś znów zabawa w słówka. Jak już zauważyliście, dziś na tapetę wzięłam PRZYJACIELA. Kim dla mnie jest przyjaciel? Jest to osoba, której mogę WSZYSTKO powiedzieć i nie powie mi za każdym razem, że mam rację, tylko trzepnie mnie przez łeb, gdy będę chciała zrobić coś głupiego, popełnić błąd. Jest to osoba, która będzie mnie wspierać zarówno w ciężkich jak i dobrych chwilach. Może teraz zaleci trochę egoizmem, ale przyjaciel dla mnie to osoba, która rzuci wszystko i przybiegnie do mnie gdy będę na prawdę go potrzebować. Na czym buduję swoje oczekiwania wobec PRZYJACIELA? Może na  podstawię tego, co sama bym zrobiła.
PRZYJACIEL to kolejne słowo, które uważam za używane zbyt często w naszym życiu. Szlag mnie trafia, gdy ktoś nazywa osobę, którą poznał miesiąc temu swoim PRZYJACIELEM. No faktycznie, przyjaźń rodzi się w 40 sekund. Fajnie nam się rozmawia, zostańmy przyjaciółmi. Dla mnie - żałosne i niedorzeczne. Osobiście nie jestem w stanie pojąć "przyjaźni" opierającej się np. na rozmowach na czacie i mega krótkiej znajomości. Sorry, takie mamy czasy ? - możliwe, ale i smutne.
Podobnie jak słowo KOCHAM, PRZYJACIEL również stracił na znaczeniu. Ludzie nie potrafią wyróżnić kolegów, znajomych, wszystkich nazywamy przyjaciółmi, bo tak jest modnie. Mi osobiście zawsze było trudno nazwać kogoś tak znaczącym rzeczownikiem. Gdy byłam młodsza miałam grono przyjaciółek. Wydawało mi się, że to dobre określenie. Jednak WYDAWAŁO MI SIĘ. Czas zweryfikował wszystko. Różne szkoły, odległość, czas, nowi znajomi. Po przyjaźni nie ma ani śladu. Z jedną z nich od czasu do czasu porozmawiam na czacie o rzeczach mało ważnych i nieistotnych. Tak dla utrzymania kontaktu, może z sentymentu - przecież kiedyś tyle nas łączyło. Kiedyś.
Czas jest najlepszym weryfikatorem wszystkiego. Dziś wiem, że na pewno jedną osobę mogę nazwać PRZYJACIELEM. Skończyłyśmy szkołę, nie widujemy się codziennie już prawie przez dwa lata, a i tak wiem, ze z każdym problemem mam do kogo iść. Trafiłam na osobę, która w pełni zasłużyła na miano PRZYJACIELA i jest dla mnie bardzo ważna. Aż sama nie wierzę, że mam takie szczęście, że jest ktoś taki.
Teraz też mam swoją "paczkę", ale nie wiem czy kogokolwiek nazwałabym prawdziwym PRZYJACIELEM. Oni nazywają siebie nawzajem i mnie przyjaciółmi, ale z mojej strony raczej tak szybko tego nie usłyszą. Za krótko się znamy  i chyba nikt nie przybiegłby rzucając wszystko gdybym go potrzebowała. Może się mylę, może osądzam ich niesłusznie, ale taka jestem - nieufna. Pewnie to przez przeszłość, przez to, że tylu PRZYJACIÓŁ gdzieś zniknęło i nie ma po nich śladu. Wiele razy przejechałam się na ludziach, zbyt wiele. A mimo to nie jestem jakimś aspołecznym typkiem. Brnę w to dalej, jednak teraz ostrożnie i na prawdę musi minąć wiele czasu, wiele muszę z kimś przejść, żeby nazwać go PRZYJACIELEM. Moi :przyjaciele" prędzej czy później, zawsze zaczynali podkładać mi nogi. Może trafiałam na niewłaściwych ludzi, a może to ja jestem jakaś dziwna?
Mam nadzieję, że Wy macie tych prawdziwych przyjaciół. Nie tylko na chwilę obecną, ale i na całe życie. Mam też nadzieję, że używacie słowa PRZYJACIEL zgodnie z jego przeznaczeniem, a nie zamiennie do kolegów i znajomych. Podejrzewam, że ta moda przyszła do nas ze stanów (jak wszystko co złe, niedobre, demoralizujące, a przy tym mega fajne <3 ). Oglądając filmy często można zauważyć, że ludzie po dwóch dniach znajomości nazywają się PRZYJACIÓŁMI. Spoko.
Jakie są Wasze odczucia? Mam rację czy ZNÓW wyolbrzymiam?
Pozdrawiam i do następnego. ;)

środa, 26 lutego 2014

17. Poznajmy się.

Witajcie. Dziś postanowiłam dodać "luźniejszy" post. To nie tylko mój wybór, bo lubię pisać problemowe posty, jednak do pisania potrzebuję ciszy, spokoju i samotności, a dziś wszystkie te aspekty się wykluczają, więc jednym słowem nie mam warunków. Po drugie dziś zaczęłam czwarty semestr nauki w mojej szkole. No i od początku czuję się... ZDEWASTOWANA. Chcę jednak zachować systematyczność - jak najdłużej to będzie możliwe. Nie przedłużając już piszę, o co chodzi w dzisiejszym poście.
Mianowicie zostałam niedawno nominowana do LBA i to przez dwie Blogerki, za co im serdeczni jeszcze raz dziękuję. Mimo, iż poniekąd nie uznaję takich zabaw, to jest mi miło, że ktoś wymienił adres mojego bloga, pamięta o jego istnieniu i takie tam. Na prawdę bardzo miłe uczucie.
Post zatytułowałam "Poznajmy się", ponieważ mimo, iż nie będę nikogo nominować, to postanowiłam, że odpowiem na pytania, na które bardzo lubię odpowiadać, a to pozwoli Wam nieco bardziej mnie poznać. Oczywiście skoro uważam, że się nie bawię w takie rzeczy, to mogłabym olać to kompletnie. Szanuję jednak to, że dziewczyny wymyśliły te pytania i nominowały mnie oczekując odpowiedzi, więc zabieram się do odpowiadania na aż 22 pytania!!!
Zacznę od pytań Kingi z bloga www.paamietnik-kingi.blogspot.com , ponieważ nominowała mnie jako pierwsza.
1. Ulubiony przedmiot w szkole?
-W mojej obecnej szkole najbardziej lubię rachunkowość.
2. Co sądzicie o okaleczaniu swojego ciała?
- Nie uważam tego, za coś FAJNEGO czy MĄDREGO. Ludzie, którzy to robią mają jakiś problem z którym nie potrafią sobie poradzić i na pewno trzeba im pomóc.
3. Gdzie chcielibyście mieszkać w przyszłości?
- Moim wymarzonym miejscem do zamieszkania jest Upper East Side <3
4. Co byście chcieli zmienić w swoim życiu?
- Nic, pomimo wielu przeciwności jestem zadowolona ze swojego życia.
5. Co lubicie w sobie?
- To, że jestem stanowcza i nie zmieniam zdania co 5 minut.
6. Ulubiony aktor? Dlaczego?
- Keanu Reeves. Za genialną rolę w Matrixie, no i jest bardzo przystojny. ;)
7. Ulubiona aktorka? Dlaczego?
- Tutaj ciężko jest mi kogoś wybrać. Muszę chyba jednak wybrać Scarlett Johanson, mimo iż drażni mnie ona, bo mój chłopak jest w nią wpatrzony jak w obrazek. :P Potrafi jednak świetnie wcielić się w powierzoną jej rolę.
8. Najlepsza marka butów?
- Christian Louboutin. <3
9. Jakich ubrań macie najwięcej w szafie?
- Zdecydowanie są to swetry i buty.
10. Koty czy psy? Dlaczego?
- Chyba koty, bo mam 3 w domu. :)
11. Wasze motto życiowe?
-  "Nigdy nie jest za późno"

Pytania od Nikoli z bloga www.nikolafrankiewicz.blogspot.com

1. Ulubiony blog?
- Hmm, hmm, hmm.. Gdybyś zadała mi to pytanie kilka miesięcy temu, gdy jeszcze nie siedziałam w tym blogowym świecie pewnie odpowiedź na to pytanie byłaby łatwa, bo znałam tylko kilka popularniejszych blogów. Teraz jest mi na prawdę ciężko wymienić ten jeden ulubiony, bo poznałam już wiele blogów, które uwielbiam przeglądać, do których uwielbiam wracać. Cofając się jednak w czasie, gdzie wybór był prosty, byłby to blog www.honorata-skarbek.com
2. Miejsce, które pragniesz odwiedzić i dlaczego?
- Nowy Jork. Tak, uczepiłam się tego miejsca na dobre. Dlaczego? Poprzez jeden z seriali zakochałam się w tymi dynamicznym miejscu i chciałabym na własnej skórze poczuć magię tego miasta. A już na pewno chciałabym odwiedzić Central Park.
3. Ulubiona potrawa?
- Kurczak na 335454 sposobów. Ubóstwiam drób, ale chyba najbardziej w postaci "chińszczyzny".
4. Jakie są Twoje inspiracje blogowe?
- Moją największą inspiracją jest życie i to co się w nim na bieżącą chwilę dzieje. Gdy zdarzy się w moim życiu coś, co sprawiło, że zatrzymałam się na moment i zaczęłam się zastanawiać - piszę o tym i dzielę się z Wami moimi rozważaniami.
5. Kogo ze znanych osób cenisz i dlaczego?
- Hmm... Znów trudne pytanie. Może wyda się Wam to banalne, ale poniekąd chyba dużym szacunkiem darzę Honey. Czytałam jej bloga prawie od samego początku i doceniam to, że zaciekle dążyła do realizacji swoich marzeń. Może jest czasami zbyt egocentryczna, ale chyba właśnie dlatego jej się udało. Dała mi taką wiarę w siebie, że jeżeli czegoś na prawdę pragniemy, to możemy to osiągnąć, wszystko jest w zasięgu naszych możliwości. Trzeba tylko zacząć działać, a nie stać w miejscu.
6. Ulubiony zagraniczny artysta?
- Rihanna. Ma niebanalny głos, którego strasznie jej zazdroszczę.
7. Według Ciebie kto jest najlepszą światową Top modelką?
- Yyyy... Świat mody nie jest moim światem i bez google potrafię wymienić tylko Anję Rubik.
8. Jakich ludzi najbardziej cenisz? (chodzi o cechy charakteru)
- Stanowczych, szczerych, takich którzy nie oceniają ludzi zanim ich nie poznają.
9. Jakie jest Twoje ulubione zdjęcie i dlaczego?
- Jest to zdjęcie przestawiające mnie i mojego brata z przed kilku lat. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam to zdjęcie. Jesteśmy tam tacy słodcy. <3 (z racji, iż na razie nie chcę ujawniać swojego wizerunku, zdjęcia nie dodam).
10. Masz zwierzaka? Jeżeli tak, to jakiego?
- Tak, mam 3 koty w domu. Czarnego, biało-czarnego i biało-czarno-rudego.
11. Jaką sławną osobę chciałabyś poznać tak na osobności?
- Wojtka Szczęsnego. ;>

To by było na tyle. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Dowiedzieliście się czego nowego, zaskakującego, bądź ciekawego?
Pozdrawiam Was w ten piękny, ciepły i jakże męczący mnie dzień. ;)

poniedziałek, 24 lutego 2014

16. KOCHAM

Hej, witajcie! Jak tam weekend? Mój był na prawdę udany, cały spędzony z moim lubym. ;) Do tego ta piękna pogoda. Na wczorajszy spacer postanowiłam ubrać już przejściową jesienno-wiosnenną kurtkę, a płaszcz chyba odwieszę już do szafy. Mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie coraz cieplej. Z racji tego, iż spędziłam z moim chłopakiem cały weekend, miałam OGROMNE zaległości blogowe - mnóstwo postów i komentarzy, na które zawsze staram się odpowiadać - ale udało się. Wczoraj wszystko ogarnęłam.
Przejdźmy do tematu, który chcę dziś poruszyć - jest to słowo KOCHAM. Nie będę pisać o miłości, ale o tym jednym, konkretnym słowie. Dlaczego? Wydaje mi się, że na przestrzeni czasu słowo to traci na swojej pierwotnej wartości. Pomyślcie sami - czy kilkadziesiąt lat temu, ktoś używał słowa KOCHAM 87484 razy dziennie, łącząc je z czym popadnie? Myślę, że nie oraz, że słowo to było nierozerwalnie i wyłącznie związane z MIŁOŚCIĄ. Ludzie zastanawiali się 3232 razy, zanim powiedzieli komuś KOCHAM, ponieważ miało to ogromne znaczenie. Słowo to, moim zdaniem, traktowane było jako pewnego rodzaju sacrum.
Sama, kilka lat temu, przywiązywałam ogromną wagę do tego słowa i nienawidziłam, gdy ktoś go nadużywał. Był czas i moim życiu, gdy ktoś bardzo mocno mnie zranił i później przez długi czas bałam się powiedzieć komuś KOCHAM. Wiązało się to dla mnie z pewnego rodzaju odpowiedzialnością, z wyznaniem miłości. Nie potrafiłam powiedzieć "kocham tę piosenkę, te ciastka, tego aktora". Nie, to było dla mnie ogromnym nadużyciem. Mogłam coś bardzo lubić, ale żeby zaraz nazywać to miłością???
Niestety pod naporem czasów współczesnych, gdzie wszystko co lubimy jesteśmy w stanie nazwać słowem KOCHAM i ja uległam. Choć przyznam, na początku czułam się dziwnie mówiąc, że "kocham książkę" lub coś takiego. o.O Nie ogarniałam, ale jak mówię, w końcu uległam. Potrafię bez skrępowania powiedzieć koleżance, która po strasznym poranku przyniesie mi kawę "kocham Cię!", potrafię powiedzieć, że kocham pierogi, fioletowy kolor i czółenka na platformie, co w ogóle nie wyraża miłości.
Co z tego wnioskuję? Smutny fakt, iż słowo to straciło drastycznie na wartości. Skoro mianem KOCHANIA określamy rzeczy, które po prostu TYLKO LUBIMY. To przykre i boję się, że za ileś tam lat, moje dzieci np. nie odczują już tej magii owego słowa, którą czułam kilka lat temu, tej powagi w ich wypowiadaniu, tej świadomości, że słowo to coś znaczy i to nie jest byle co.
Oczywiście, słowo to wypowiedziane w romantycznej chwili we dwoje nadal ma swoją magię, resztę magii. Na szczęście. Chcę tylko uświadomić, że im częściej używamy jakiegoś słowa, tym bardziej staje się ono dla nas codzienne. Osobiście nie chciałabym, żeby słowo KOCHAM brzmiało z kilka lat jak np. TELEWIZOR. o.O (poleciałam po bandzie, być może) Nie będę negować i krytykować wszechobecnej mody na KOCHANIE wszystkiego, bo jak pisałam wyżej sama uległam, jednak gdy się na tym złapię, to staram się kolejnym razem słowo to zamienić na inne, np. uwielbiam, a nawet na mega pustackie "loffciam", "kochulam" (tylko w ściśle określonym towarzystwie, żeby nikt nie uznał mnie za wariatkę :D ) .
A Wy, co o tym sądzicie? Mam rację czy tylko mi się wydaje, że tak jest? Też łapiecie się na KOCHANIU wielu rzeczy kompletnie nie związanych z miłością? Jeśli tak, to staracie się to wyeliminować czy kompletnie Wam to nie przeszkadza?

Czekam na Wasze opnie i jak zwykle gorąco pozdrawiam!!!

sobota, 22 lutego 2014

15. Sny

Witajcie. Dziś przychodzę do Was z tematem, który paradoksalnie nasunął mi się podczas rozmyślania o mojej BEZSENNOŚCI. Nie wiem dlaczego tak ciężko jest mi ostatnio zasnąć. Niby nie mam stresów, niby jestem zmęczona, a gdy się kładę to potrafię przewracać się z boku na bok w nieskończoność... Ale nie o tym dziś.
Sny - często je miewacie? Pamiętacie ich treści? Wierzycie w znaczenie snów? Sprawdzacie senniki? Ja osobiście chyba śnię codziennie o czymś tam, ale nie zawsze na drugi dzień pamiętam treść snu. Co  noc, zanim zasnę rozmyślam sobie o różnych rzeczach lub układam w głowie pewne scenariusze. Nie zawsze jednak moje sny się z nimi zgadzają. Zdarza się, że śnią mi się osoby, których już dawno, dawno nie widziałam, a nawet nie myślałam o nich. Gdzieś czytałam, że śnią nam się ludzie, którzy o nas myślą - co o tym sądzicie? Bo ja traktuję to z przymrużeniem oka. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś nam się śni, to dlatego, że za kimś tęsknimy. Chociaż z drugiej strony, skoro ostatnio przyśniła mi się osoba, którą widziałam kilka lat temu i jakoś nie miałam nawet okazji o niej pomyśleć, zatęsknić - to może coś w tym jest?
A czy macie jakieś sny, które powtarzają się u Was notorycznie? Ja pamiętam z dzieciństwa, że śnił mi się bardzo często ogromny, czerwony koc - nie wiem dlaczego i pewnie już się nie dowiem, ale zawsze po tym śnie budziłam się spanikowana. o.O Snem, który również się powtarza i z tego co wiem przewija się wśród mas, jest spadanie. Zaciekawiło mnie to kiedyś, że tak wiele osób może śnić o tym samym i postanowiłam sprawdzić co to znaczy. Sennik informuje o tym, że sen taki oznacza, iż boimy się utracić kontrolę nad pewnym aspektem naszego życia (tak w skrócie). Co o tym myślę? W sumie nie wiem.
A jeżeli chodzi o realizm w Waszych snach, to czy przyśnił Wam się kiedyś tak realny sen, że po przebudzeniu nie wiedzieliście czy coś zdarzyło się na prawdę? Ja osobiście przeżyłam takie coś. Pamiętam, że kilka dobrych chwil musiałam dochodzić do siebie, zanim dotarło do mnie, że to był tylko sen.
Na koniec tak ogólnie: co sądzicie na temat znaczenia snów i ich sprawdzalności? Ja osobiście rzadko sprawdzam znaczenie. Jakoś nie mam na to czasu i kilka chwil po przebudzeniu, zazwyczaj nie pamiętam już co mi się śniło. Sprawdzam jedynie sny, które w jakiś sposób były dla mnie zaskakujące i charakterystyczne - jednym słowem NIENORMALNE dla mnie i tym samym zapisały się w mojej pamięci na dłużej. Jednak jeśli chodzi o to znaczenie, to też nie biorę go sobie do serca w 100%. Nie dajmy się zwariować.
Niewątpliwie sny coś znaczą. Odzwierciedlają nasze marzenia, pragnienia, lęki? Niektóre na pewno. Ale jak wyjaśnić sny, które ukazują treści dla nas zaskakujące, szokujące? Czy pokazują coś, co kryje się gdzieś głęboko w nas, w naszym umyśle, w naszej duszy? Hmm... A może po prostu lepiej ich nie wyjaśniać...?
Myślę, że na temat snów można by pisać pół dnia, a nawet i dłużej, ale spokojnie: nie zrobię Wam tego. :D
Czekam na Wasze opinie i jak zwykle gorąco pozdrawiam!

czwartek, 20 lutego 2014

14. Maska

Witajcie. Nie mam pomysłu na wstęp, więc od razu przejdę do tematu.
Maska - czy każdy ją nosi? Każdy kogoś gra, udaje? Pewnie teraz odezwie się tłum oburzonych, lansujących hasło BĄDŹ SOBĄ. Ale czy nie ukrywacie czasem swoich uczuć? Nie udajecie czasem, że Wam nie zależy? Czyż to nie jest zakładanie maski i udawania kogoś innego?
Nie mam zamiaru tutaj oceniać uczciwości, nie mam też zamiaru sprawdzać rzekomej "dwulicowości". Nie, nic z tych rzeczy. Chcę tylko uświadomić, że WSZYSCY jesteśmy tacy sami jeżeli o to chodzi. Każdy ma swoją maskę. Choćby nie wiem jak się tego wypierał. Zastanów się, kogo w tym momencie chcesz przekonać, że tak nie jest: mnie? Czy aby na pewno nie przekonujesz samego siebie? Nie próbujesz udowodnić sobie, że tak nie jest?
Ile razy słyszy się: JESTEM SILNA, PORADZĘ SOBIE. A tak na prawdę, w środku walczymy ze sobą, aby się nie rozkleić. A ja? Jaka jestem? Utrzymuję, że jestem silna, że zawsze sobie poradzę, że nie obchodzi mnie zdanie innych na mój temat. A jak jest na prawdę? Gdy nikt się mną nie interesuje czuję się słaba, niepotrzebna. Chyba nikt, gdy usłyszy coś przykrego, nie zareaguje natychmiastowo swoimi emocjami, które w tym momencie czuje, tylko postara się to przełknąć i udać, że aż tak nas to nie dotknęło. Dopiero po czasie zastanawiamy się czy aby na pewno ta osoba nie miała racji?
Dlaczego zakładamy maskę chociaż raz na jakiś czas? Moim zdaniem jest to pewnego rodzaju tarcza przed ludźmi, przed światem. Przecież im mniej się przed nimi obnażymy, tym mniej dotkną nas ich słowa. Sama jestem i chcę być uważana przez otoczenie za kogoś silnego, stanowczego, za wszelką cenę walczącego o swoje. Olewam zdanie ludzi, na których mi nie zależy. Rzadko mówię co czuje. A własnie po to, aby nikt nie mógł się tymi uczuciami bawić. Już ostatnio pisałam, że sama prawie nigdy się nie zwierzam. Wolę zamknąć się sama z tym co czuję, zażyć lekarstwo w postaci muzyki i przeczekać - to kiedyś minie...
Oczywiście, jeżeli zapytasz mnie czy coś mi się podoba lub co sądzę na dany temat - odpowiem szczerze. Przez moje najbliższe otoczenie uważana jestem też za osobę wredną, która potrafi pocisnąć zawsze i każdemu. Dlaczego? Chyba wolę być tą wredną, niż ofiarą tych wrednych. Zawsze lepiej być na górze. Takie moje zdanie. Wydaje mi się, że ludzie, którzy okazują swoje uczucia jawnie, naokoło, całemu światu postrzegani są za słabych, za ludzi, których łatwo zranić. Jak jest na prawdę? Może właśnie odwaga w ukazywaniu swoich uczuć świadczy o ich sile? Nie odpowiem, bo nie wiem. Jak już pisałam, nie jestem taka. Wolę to co czuję zachować dla siebie, ewentualnie dla kogoś, komu zaufam najmocniej na świecie...
A Wy? To jak z Wami będzie? Przyznajecie się do swojej maski? 
Miłego dnia, pozdrawiam. 

wtorek, 18 lutego 2014

13. Porządki

Witam. Już drugi tydzień obijam się w domu i nie powiem, żeby było mi mało. Na dworze piękna pogoda, słońce świeci, jest też dość ciepło (byłam w samej koszulce na balkonie i nawet nie było mi zbyt zimno). Podczas wolnego, nie marnuję jednak czasu. Wzięłam się za porządki, zarówno w mieszkaniu, jak i w życiu. Najciężej jest zacząć, zabrać się z to, ale gdy już widać choćby najmniejsze efekty, od razu czuć, że było warto zaczynać.
Skoro słońce tak pięknie świeci postanowiłam wywietrzyć pościel na balkonie. Posprzątałam również swoje szafy z ubraniami. Nie wiem dlaczego, ale co kilka miesięcy, regularnie ma w nich miejsce istny armagedon. Zapewne przez pośpiech, brak czasu. Teraz, skoro mam wolne, postanowiłam, że muszę się z nim zmierzyć. Porządkowanie w sumie zajęło mi 3 dni, przy czym postanowiłam pozbyć się WORKA ubrań. Z niektórymi rzeczami ciężko było mi się rozstać. Nosiłam je bardzo często i były moimi ulubionymi ubraniami, ale skoro były już rozciągnięte, za krótkie czy za wąskie - powiedziałam im ŻEGNAJCIE. No i muszę Wam powiedzieć, że odczuwam pewnego rodzaju dumę z siebie. :) Odcięłam się w końcu od rzeczy, które tylko zalegały w mojej szafie, przez sentyment. Teraz przynajmniej mam więcej miejsca na nowości i mogę wybrać się w najbliższym czasie na zakupy. :)
A co z porządkami w życiu? Też postanowiłam odciąć się od pewnych osób. Unikam rozmów z nimi, chociaż gdy widzę ich dostępność na czacie, to resztkami sił bronię się, aby nie napisać. Dlaczego? Za dużo mieszają mi w głowie. Zadaję sobie wówczas zbyt wiele pytań, za dużo myślę. W mojej głowie pojawiają się wątpliwości. Od samego początku mówiłam sobie, że nie powinnam sobie robić na nic nadziei, że i tak zawsze będę którąś z kolei, nigdy pierwszą. Mimo tego, iż tak mądrze tłukłam to sobie do głowy - mam wrażenie, że uległam, że zaczęło mi zależeć. Przez to straciłam humor, a w moim wnętrzu gościły chmury gradowe. Postanowiłam jednak, że KONIEC. Nikt nie będzie się mną bawił. Postanowiłam unikać pewnych osób, nawet nie myśleć o rozmowie z nimi, mimo, iż pewne wspomnienia sprawiają, że nadal przechodzą mnie dreszcze. Staram się nie myśleć, zajmować 34093 innymi rzeczami. Niestety już niedługo przyjdzie mi stanąć z tymi osobami oko w oko. Jak się wtedy zachowam? Nie wiem. Czy dalej będę taka silna w swych postanowieniach, nieugięta i niewzruszona? Czy czas udowodni mi jak bardzo jestem słaba i znów ulegnę rozsypując wszystko co do tej pory udało mi się ułożyć, niczym domek z kart? Nie wiem. Mogę sobie postanowić, że nic już się nie zmieni, jednak nie potrafię zagwarantować sobie jak będzie. Wiem, że nie potrafię panować nad uczuciami w 100%. Nikt nie potrafi...
W każdym bądź razie, póki co jestem z siebie dumna. Z porządków zarówno w moich szafach, jak i w życiu. Jestem dumna, że się tego podjęłam i jak na razie dobrze mi to wychodzi.
A jak jest u Was? Też porządkujecie lub porządkowaliście ostatnio swoje życie lub chociaż pokoje? Też odczuwacie dumę z powodu ogarnięcia chaosu? :)
Pozdrawiam cieplutko i życzę Wam tak pięknej pogody jak u mnie, bo na prawdę napawa cudownym nastrojem i chyba dlatego dziś tak pozytywnie spoglądam na świat. <3

niedziela, 16 lutego 2014

12. Pytania

Witajcie. Za oknem piękna pogoda, słońce świeci, a mój nastrój jakoś nie pasuje. Gdybym miała spojrzeć wgłąb siebie to zobaczyłabym ogromne, szare deszczowe chmury i lejący deszcz. Niby wszystko jest okej, niby... Udawajmy dalej, bo tak wypada.
Dziś na tapetę wzięłam pytania. Po co ludzie zadają pytania? Hmm... Na początku znajomości na pewno po to, aby kogoś poznać. Gdy interesujemy się kimś ponadprzeciętnie, to chcemy znać każdy szczegół jego życia, aby poznać tę osobę jak najlepiej. W szkole najczęściej ludzie pytają o oceny, aby porównać czy byli lepsi, czy gorsi od nas. Zadawanie pytań zawsze w jakimś sensie świadczy o trosce czy też zainteresowaniu daną osobą. Chociaż niektórzy pytają np. "co u Ciebie?" tylko po to, aby zaraz przejść do zdania "a bo u mnie..." gdy nikt się nie zainteresuje. Nie mam im tego za złe, bo chyba każdy potrzebuje uwagi, jednak bardziej cenię ludzi, którzy opowiadają o sobie dopiero, gdy ktoś ich o to poprosi. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że sama taka jestem i sama prawie nigdy nic nie mówię. Ogólnie ciężko coś ze mnie wyciągnąć. Gdy moi znajomi widzą, że coś jest nie tak, to stawiają mnie pod gradobiciem pytań, bo wiedzą, że sama nie przyjdę się wyżalić. Nie wiem dlaczego taka jestem. Chyba nie chcę się narzucać. Wolę nie powiedzieć nic, niż mówić coś co kompletnie nikogo nie obchodzi. Szkoda głosu...
Oczywiście nie jest tak, że się w ogóle nie odzywam. Jestem straszną gadułą i dużo mówię, ale nie na swój temat. Unikam go szerokim łukiem. Cenię sobie chyba swoją prywatność i mój mały, zamknięty świat wspomnień i przeżyć. Jeżeli ktoś chce i zapyta, to oczywiście odpowiem. Lubię odpowiadać na pytania. Gdy ktoś pyta, czuję, że kogoś obchodzę.
Sama w głowie mam mnóstwo pytań, które bardzo chciałabym zadać różnym osobom, ale nie robię tego. Dlaczego? Mam wrażenie, że nie powinnam pytać. Dziwna jestem. Jestem gotowa odpowiedzieć na każde pytanie, ale nie oczekuję tego samego od innych. Oczekuję od nich otwartości, może tego, że powiedzą mi sami. A jeżeli oni są tacy jak ja? To nigdy nie poznam odpowiedzi na pewne pytania.
Czasem, a nawet bardzo często brak odpowiedzi jest odpowiedzią na pytanie. Wystarczy umieć czytać między wierszami. Chyba "najciekawszych", a raczej jak bardziej zaskakujących rzeczy dowiedziałam się właśnie tak.
Nie da się ukryć, że pytania są nieodłączną częścią naszego życia, każdego dnia, rozmowy. Każdy z nas zadaje pytania, każdy na nie odpowiada, ale nikt nie zastanawia się ile one znaczą i jak mogą być ważne. Są to są. Chyba dopiero gdy nikt nie pyta, zaczynamy doceniać ich wartość. Odczuwamy ich brak - brak zainteresowania? Mogłabym tak pisać w nieskończoność, temat rzeka. Jak każdy dla mnie w sumie. Znów wybrałam coś mega filozoficznego. No cóż.
Ostatnio zostałam nominowana do LBA. "Stety", niestety nie będę się w to bawić i nikogo nie nominuję, ale odpowiem na pytania, które przy okazji nominacji zostały mi zadane <KLIK>. Tak tematycznie.

1. Jak opisałabyś swojego bloga jednym słowem?
- Nieprzewidywalny.
2. Jakie są Twoje postanowienia na 2014 rok?
- Osiągnąć płaski, umięśniony brzuch.
3. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?
- Bez muzyki.
4. Jak widzisz siebie za 10 lat?
-Kochająca żona i matka.
5. Jak według Ciebie wygląda idealna randka?
- Noc, plener, ja i on. Jakby nic więcej nie istniało.
6. Gdybyś mogła posiadać jedną nadprzyrodzoną moc, co by to było?
- Chciałabym być wampirem...
7. Twoja wymarzona podróż?
-Odwiedzić Upper East Side, w NY.
8. Jaką cechę u ludzi cenisz najbardziej?
-Stanowczość.
9.Ulubiona część garderoby?
-  Buty!!! <3
10. Ulubiona piosenka?
- Kelly Clarkson - Addicted
11. Najszczęśliwsza chwila w życiu?
- Ciężko coś wybrać, ale chyba zdanie prawa jazdy.

Co sądzicie o pytaniach? Zastanawialiście się kiedyś nad ich znaczeniem, sensem? Wolicie zadawać pytania czy na nie odpowiadać?
Pozdrawiam!

piątek, 14 lutego 2014

11. Wspomnienia.

Witajcie. 14 luty - ulice, sklepy, facebook, nawet wyszukiwarka google - wszystko, wszystko ocieka serduszkami i czerwienią. Świat zwariował. W ten jeden dzień nagle wszyscy mamy się kochać i uwielbiać, a przez resztę roku możemy spokojnie się mordować i nienawidzić. So sweet! <3
A pro po walentynek na temat nasunęła mi się nie miłość, ale wspomnienia. Właśnie dziś, niby dzień jak co dzień, ale złamane serduszka jakoś szczególniej przypominają sobie o kimś kto był - a go nie ma. Jednak nie chodzi mi tutaj tylko o wspomnienia miłosne, ale o ich całą gamę. O te dobre i złe, o te związane ze szkołą i wakacjami. O wspomnienia przyjaciół, których dziś już nie znamy, jak i wrogów, którzy dziś stali się przyjaciółmi. Czy nie uważacie, że wspomnienia to coś co trzyma nas w przeszłości i czasem nie pozwala iść na przód? Ktoś to raz się "sparzył", będzie bał się iść na przód spoglądając wciąż za siebie, przypominając sobie ból. Chociaż... Gdyby potraktować to w drugą stronę - wspominamy nasze sukcesy - czy to pcha nas bardziej do przodu? Hmm... Możliwe. Moja teoria właśnie umarła, a na dodatek sama ją uśmierciłam. Okej, brnijmy więc dalej.
 Tak ostatnio naszło mnie na wspomnienia i zamiast iść spać, to słucham piosenek sprzed kilku lat i wspominam jak to cudownie było być pyskatą smarkulą. Nie powiem - tęsknię. Ale przez te wspomnienia mam wrażenie, że zaczęłam się czepiać teraźniejszości. Dlaczego wtedy było mi tak "super", a teraz tak nie jest? Chociaż jeżeli by się głębiej zastanowić - czy dopóki nie zaczęłam cofać się do przeszłości, to czy coś mi przeszkadzało? Nie wydaje mi się.
Temat wspomnień moim zdaniem ma w sobie wiele sprzeczności, ponieważ miło się wspomina pozytywne aspekty naszego życia, ale czy nie jest tak, że prawie zawsze zakręci nam się łza w oku? Tęsknimy za tym co było, a czego już nie ma. Tak, wiem - należy iść do przodu - takie życie, ale kto nie wzruszy się oglądając stare fotografie przedstawiające rodzinę w komplecie czy nas lub nasze rodzeństwo jako małe berbecie? Oczywiście teraz ktoś się odezwie, że przecież przy takich wspomnieniach jest również wiele śmiechu i radości - owszem, ale gdy skończysz się śmiać zaczynasz tęsknić i żałować (?! nie wiem czy to dobre słowo), że nie jest już tak beztrosko, słodko czy jakoś tam.
Złych rzeczy raczej nie wspominamy, jeżeli już to ktoś nam o nich przypomni. My sami raczej stosujemy metodę wyparcia i staramy się żyć tak jakby nic się nie stało. Jeżeli jednak przydarzy nam się wspomnieć coś przykrego - również płaczemy.
Wniosek - wspomnienia chyba nie są do końca DOBRE. Chociaż nie mogę powiedzieć oficjalnie, że są złe. Budzą w nas pewną tęsknotę i poczucie bezradności, że nie możemy cofnąć czasu. Możemy jedynie sami, w myślach cofnąć się do tamtych lat, chociaż na chwilę. Ale pozostaje jakiś żal, że to nie wróci, możemy tego pragnąć nie wiadomo jak mocno - to na nic.
Wspomnienia mogą też być dla nas pewnego rodzaju skarbem, takim który nas rani lub nie, ale nikt go nam nie odbierze. To co siedzi w mojej głowie jest tylko i wyłącznie moje. Ode mnie zależy czy się tym z kimś podzielę.
Kończąc, powiem tylko tyle, że coś jest w tych wspomnieniach, iż mimo łez wracamy do nich, nie raz, nie dwa, a wiele, wiele więcej. Hmm... Może traktujemy je jako swego rodzaju podróż w czasie...? :)
Lubicie wspominać? Może macie na to zupełnie inny pogląd?
Na koniec walentynkowy akcent ode mnie dla Was, niech będzie, że uległam. ;)
Pozdrawiam!

środa, 12 lutego 2014

10. Uczymy się na błędach


Hej. Na początku chciałam Wam napisać, że to co dzieje się na blogu to dla mnie KOSMOS! Bardzo Wam dziękuję, że jesteście, czytacie, komentujecie. Czuję, że nie robię tego wszystkiego na marne. :)
Dziś chciałam Wam przedstawić problem z którym gryzę się od kilku dni. Mieliście kiedyś takie przeczucie, że jeżeli się z czegoś nie wycofacie to stanie się coś niedobrego? A mimo wszystko nie wycofaliście się? Dlaczego tak jest? Chcemy sprawdzić czy na pewno tak się stanie? A może podświadomie chcemy aby to się wydarzyło. Przyznajcie - ciągnie nas do popełniania błędów. Mimo wszystko, mimo wizji tego, że będziemy żałować. Podobno najlepiej uczyć się na błędach - cudzych. Chociaż nie ma to jak własne doświadczenie. Ale czy Warto ryzykować wyrzuty sumienia, złe samopoczucie itp. ? A co jeżeli popełniliśmy ewidentny błąd i powinniśmy tego żałować, a jest wręcz przeciwnie? Co jeżeli chcielibyśmy go powtórzyć? Z całego serca czuję, że powinnam żałować, świat tego wymaga, żebyśmy żałowali swoich błędów i na przyszłość już ich nie powtarzali. A my jak ćmy do światła nieraz lecimy kilka razy tym samym torem, chociaż wiemy, że się sparzymy, wiemy, że będzie bolało, że tak nie można, że nie wypada. Dlaczego właśnie w takich najmniej odpowiednich momentach rodzi się w nas natura buntownika?
 Niezrozumiały jest dla mnie ten świat, jego porządki, ludzie i ich zachowania. Negujemy innych za ich błędy, po czym gdy sami je popełniamy staramy się udawać, że nic się nie stało. Może czasem wyciągniemy konsekwencje, może jedna na ileś osób więcej tego błędu nie popełni. A co z resztą? Reszta pójdzie po raz kolejny tą samą ścieżką, może za drugim, trzecim razem się nauczy, że jednak tak nie można, że trzeba przestać. Chociaż słyszałam kiedyś, że błędy popełnia się tylko raz, każdy kolejny to nasz świadomy wybór. Wiemy jak to się skończy, więc zapewne pragniemy tego zakończenia. 
Zastanawiam się jeszcze gdzie jest granica powtarzalności błędów. Kiedy to się kończy? Zazwyczaj to los kończy za nas - kiedy jest już za późno. Pijani kierowcy kończą popełniać błędy gdy kogoś zabiją i wylądują za kratami lub w kostnicy. Zastanawiam się czy to nie jest tak jak z lawiną, jeden powtórzony błąd, którego nie żałujemy, ciągnie za sobą kolejny i kolejny... Później już nie ma odwrotu. 
A jak jest ze mną? Wydaje mi się, że mogę się jeszcze wycofać. Ale czy chcę...?
A Wy? Wyciągacie konsekwencje z popełnianych błędów? 

poniedziałek, 10 lutego 2014

9. Wypadałoby zapomnieć.

Witajcie, nareszcie jestem po wszystkich egzaminach i nastał dla mnie błogi czas słodkiego lenistwa (ależ przesłodziłam to zdanie!). Teraz będę mogła zająć się blogiem, dopracować go. To co się teraz tutaj dzieje, to coś naprawdę niesamowitego dla mnie! Staram się na bieżąco komentować wasze posty i odpowiadać na komentarze i widzę, że wraca to do mnie z podwójną siłą. Dziękuję Wam! Powoli zaczynają się spełniać moje blogowe marzenia! <3 Od dziś biorę się do pracy nad blogiem i zacznę tutaj co nieco zmieniać. Posty też będą się pojawiać częściej z racji mnóstwa wolnego czasu - już mam masę pomysłów na tematy! :)
Przejdźmy do konkretnego tematu.

Ostatnio mega, mega, mega wkręciła mi się ta piosenka. Teledysk - dla mnie fenomenalny. Niby nic, ale ostatnio siedziałam chyba pół godziny i go oglądałam. :P Ta piosenka nasunęła mi również kolejny temat do poruszenia - kogoś, kogo powinniśmy zapomnieć.
 Ile razy w życiu pojawia się ktoś, być może tylko na chwilę, kto sieje kompletny zamęt w naszym życiu? Ktoś z kimś popełniamy błędy i należałoby o tej osobie jak najszybciej zapomnieć? Tak, tak. To co należy zrobić to jedno, a to co siedzi w nas i szepcze, to drugie. Zamiast usilnie próbować zapomnieć, leżymy i rozmyślamy o tym co było, jakie to było dla nas i nie ukrywajmy - tęsknimy za tymi chwilami - chociaż nie powinniśmy. Dzieje się zupełnie tak jak mówi tekst piosenki - nie mogę zapamiętać, żeby o Tobie zapomnieć. Ciężko walczyć z uczuciami, z emocjami. Możemy zajmować się tysiącami różnych rzeczy, żeby nie myśleć, ale gdy tylko znajdzie się chwila w której nie mamy już nic do zrobienia - te myśli wracają. Jak sobie z tym poradzić? Ja osobiście nie wiem. Podejrzewam, że czas jest najlepszym lekarstwem, ale terapia zapewne jest powolna i bolesna. Ja osobiście wolę się zmierzyć z problemem od razu. Spotkać się i powiedzieć wszystko co nas boli, co myślimy. Wiem, nie zawsze są do tego warunki. Też miałam 14 lat, i byłam beznadziejnie zakochana i NIC nie dało się z tym zrobić. Więc rozumiem. 
Może człowiek musi po postu swoje wycierpieć? Może niektórzy pojawiają się w naszym życiu tylko po to, żeby w nim namieszać, żeby pokazać, że potrafimy sobie poradzić bez nich? Może chodzi o to, żeby zobaczyć jaka drzemie w nas siła? No bo niby cierpimy, jest beznadziejnie. Godzinami chodzą za nami myśli o kimś, o kim należałoby jak najszybciej zapomnieć, a jednak to mija. Nic nie trwa wiecznie - z perspektywy czasu mówimy sobie - "Boże jaka ja byłam głupia, że przez niego płakałam!" - przynajmniej ja tak mam. 
A jak to jest u Was? Jestem pewna, że każdy z Was chociaż raz w życiu spotkał kogoś, kto tak zamieszał, że na prawdę trudno było o nim zapomnieć. 
Pozdrawiam i czekam na Wasze opinie. :)

wtorek, 4 lutego 2014

8. Marzenia.

Hej. Dziś rano próbowałam coś napisać, ale kompletnie opuściła mnie wena. Pierwszy raz nie potrafiłam skleić porządnego zdania (a zazwyczaj jestem przewrażliwiona na tym punkcie i strasznie się irytuję, gdy ktoś pisze zdania, które ciężko jest rozszyfrować :P). Na szczęście moja niemoc twórcza opuściła mnie.
Ostatnio całe dnie się uczę, a moimi całodziennymi kompanami są tony kartek z notatkami, zadaniami itp. Ile tego jest - głowa mała. Na szczęście jestem już na mecie i mogę sobie pozwolić na małą przerwę, aby zająć się blogiem. Ogólnie po egzaminie planuję trochę tutaj pozmieniać i chcę zrobić to naprawdę porządnie, bo póki co to ten mój blog jest tak na "odczepne" ustrojony. :P
Przejdźmy do filozoficznego tematu - jak to zwykle u mnie bywa. ;>
Marzenia - każdy jakieś ma. Jedni bardziej przyziemne, inni aż nazbyt abstrakcyjne. Nie zapytam Was jednak o czym marzycie, lecz o to czy robicie coś w związku z tym, żeby swoje marzenia zrealizować? Ja osobiście mam kilka marzeń, jedne są bardziej przyziemne inne, nieco bardziej odległe, ale nie ukrywam, do zrealizowania. Jednak gdy się ostatnio zastanowiłam czy robię coś w ich kierunku, to moja pierwsza odpowiedź brzmiała: NIE, STOJĘ W MIEJSCU. o.O Oczywiście miałam na myśli moje jedno, to największe marzenie. Bo jeżeli chodzi o najbardziej przyziemne, typu jakieś tam wypasione autko, to chociażby moja wytężona edukacja jest jakby jednym z wielu kroków w tym kierunku. Hmm... Jak często tak jest, że marzymy o czymś i nawet nieświadomie zbliżamy się do tych marzeń? No bo spójrzcie, w pierwszej chwili odpowiedziałam na moje pytanie "NIE", a jednak po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że prawie każda rzecz, którą robię, może mnie przybliżać do spełnienia jednego z marzeń. Po raz kolejny powrócę do tematu doceniania każdego dnia - z każdym dniem jesteśmy bliżej osiągnięcia swoich celów. Czy jesteśmy tego świadomi, czy nie. Jeżeli chodzi o sytuację z poprzedniego posta, to ochłonęłam i staram się teraz o tym nie myśleć. Nie mam czasu się przejmować, bo muszę się uczyć. ;) A chwile nauki umilają mi muffinki czekoladowe. <3
Pozdrawiam Was cieplutko i piszcie jak to jest ze spełnianiem Waszych marzeń? A może ostatnio jakieś marzenia Wam się spełniły? :)