poniedziałek, 29 grudnia 2014

108. Poświąteczna spowiedź z wyzwania.

Witajcie. Święta minęły mi strasznie szybko - nawet się nie zorientowałam kiedy - zapewne przez to, że były połączone z weekendem. Jednak nie narzekam, bo wypoczęłam jak nigdy. Przez te dni nie skupiałam się na niczym poza jedzeniem, oglądaniem filmów i układaniem puzzli.
Jeśli jesteście ciekawi, to owe puzzle są jednym z prezentów, który dostałam. 1000 elementów przedstawiających zdjęcie moje i B. Po złożeniu obrazek ma wymiar 50x70 cm. Wczoraj udało nam się skończyć i dziś owe dzieło zawiśnie już na mojej ścianie. :D
Co do reszty prezentów, to powiem tyle, że jestem zadowolona i nie dostałam tzw. nietrafionego prezentu. Trochę tego było, a że chwalić się nie lubię, jak i również irytuje mnie nieraz chwalenie się innych - nie przedstawię Wam swojej własnej litanii. Dodam tylko, że największym złem, które odwiedza mnie co kilka miesięcy jest TONA słodyczy z UK. Dlaczego złem? Bo jak łapie mnie mały głód, to zamiast coś sobie przyszykować sięgam po najcudowniejsze słodkości pod słońcem (no dobra, mogę je sklasyfikować na drugim miejscu - zaraz po niemieckich).
Na całe szczęście razem ze świętami zaczynają kończyć się również słodycze, więc jestem uratowana. A raczej będę - niedługo.
Okej tyle o świętach. Co do Sylwestra - do dziś nie wiem jak będę go spędzać. Oczywiście na żadną salę się już nie załapię. A nawet nie wiem czy bym chciała. Więc zostają znajomi. Może się jakimś cudem zorganizujemy. A jak nie to spędzę sylwestra w domowym zaciszu oglądając Polsat czy coś takiego. Yup!
Przejdźmy do wyzwania. Przyznam się, że od zeszłego tygodnia nie wylosowałam żadnej karteczki. Po prostu przed samymi świętami nie miałam na to czasu, a święta same w sobie były jedną wielką przyjemnością. :) (mam nadzieję, że uznacie moje usprawiedliwienie).

Środa, 17.12 - Serial

Jak serial, to oczywiście Plotkara. Niestety zostały mi do obejrzenia dwa odcinki i po tym czasie będę się zastanawiać co zrobić ze swoim życiem. :P Jednak tylko przez chwilę, bo w kolejce czeka już kolejny serial, który oglądałam daaaawno temu na łamach drogiego TVN-u. Jak to ja, nie widziałam całości i będę sobie teraz do tego wracać. Tak więc kolejny w kolejce - One Tree Hill.


Czwartek, 18.12 - Pomaluj paznokcie od stóp

Powiem Wam, że totalnie mi się nie chciało i nie miałam na to ochoty. Ogólnie moje stopy służą mi jako tester wszystkich nowych odcieni - bo przecież paznokcie od rąk wiecznie są pomalowane. Tak więc i tym razem spełnienie wyzwania postanowiłam ograniczyć do sprawdzenia dwóch wygranych ostatnio lakierów. Na początku bardziej zadowolona byłam z beżowego niż z limonkowego. Jednak na płytce paznokcia to ten drugi bardziej mnie zachwycił.


Piątek, 19.12 - Pooglądaj stare zdjęcia

Jak ja lubię to robić! Tyle wspomnień wraca. Tylko jakoś nie mogę się zmobilizować, aby zanieść je do wywołania. Jakiś czas temu dostałam od babci gruby album. Jednak cały czas świeci on pustkami. Muszę usiąść przy tym, póki mam wolne i zanieść zdjęcia do wywołania. Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że zdjęcia w formacie cyfrowym nie oddają tego klimatu, co fotka trzymana w rękach podczas oglądania.

Nikt nie powiedział, że twarz musi
 być widoczna, xD Ale jestem
przystojna, nie? :P
Sobota, 20.12 - Ćwiczenia

Staram się ćwiczyć każdego dnia - staram się. Czasem jednak po prostu jest już za późno albo zwyczajnie mam lenia. Tego dnia jednak nie było mowy o żadnych wymówkach. Dwie serie po 60 ćwiczeń zaliczone. :)

Niedziela, 21.12 - #Selfie

Hahaha, fajna zabawa. Stety niestety sama nie praktykuję tego zbyt często. Muszę mieć dzień albo stwierdzić, że wyglądam tak zajebiście, iż grzechem byłoby tego nie uwiecznić (hahahaha). Przy tym wyzwaniu przejrzałam z ciekawości swój telefon i powiem Wam, że znalazłam tam 2-3 selfie na miesiąc. Chyba nie jest ze mną źle, co? :D


Poniedziałek, 22.12 - Zakupy - biżuteria. 

Z racji tego, że byłam akurat w Poznaniu w poszukiwaniu prezentu awaryjnego dla mamy, wyzwanie to spełniłam. A pro po prezentu dla mamy, to muszę Wam powiedzieć, że na pana z allegro bardzo podziałała groźba zgłoszenia sprawy na policję, gdyż paczka dotarła do mnie w samą wigilię. ;) Ale wracając do wyzwania. Szukałam czegoś, co mogłabym ubrać do koszuli - czyli jakiegoś krótkiego łańcucha itp. - by znajdował się zaraz pod szyją. Obie ozdoby zakupiłam w SinSay, jedną za 10, a drugą za 15 zł. Koniec końców do koszuli w święta ubrałam złote serducho. Delikatne, ale widoczne. Uważam, że był to strzał w dziesiątkę.


No i kolejna szóstka za nami. Pozostały jeszcze TYLKO trzy - czyli jesteśmy na półmetku.
Z racji tego, że nie wiem czy dodam coś jeszcze przed nowym rokiem chciałam Wam króciutko życzyć, żebyście sylwestrowy wieczór i całą noc spędzili tak, jak to sobie wymarzyliście i przede wszystkim, żebyście nowy rok przywitali z ogromnym uśmiechem na twarzy.
 Buziaki Kochani! :*

wtorek, 23 grudnia 2014

107. Rodzinnie i świątecznie.

Witajcie. Dziś planowo przypadał post dotyczący wyzwania, ale stwierdziłam, że skoro już jutro wigilia - post zostanie również zachowany w tym klimacie.
Ostatnio bardzo dużo czasu spędzam z rodziną - głównie z moim bratem. Gramy w gry planszowe lub komputerowe, oglądamy seriale i takie tam sprawy. Ostatnio jednak sprawy rodzinne poszły jeszcze dalej. Jednego z wieczorów, gdy siedziałam z bratem przed komputerem podszedł do nas nasz tata i powiedział:
- Macie pięć minut na rozłożenie chińczyka! - popatrzeliśmy po sobie, nie do końca dowierzając
- Na prawdę? - zapytał mój brat, na co otrzymał potwierdzenie.
Tak więc tego wieczora całą czwórką graliśmy w chińczyka. Było strącanie się, zaczepne teksty i ubolewania, gdy ktoś kolejny raz musiał startować od początku. Ten wieczór przypomniał mi, że gdy byłam młodsza, w każdy zimowy wieczór graliśmy w gry planszowe. Czy to w chińczyka, warcaby, skrable, czy monopol - piękne czasy oparte na chwilach z rodziną. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, że tak bardzo tych chwil było mi brak. Cieszę się, że mogłam do tego wrócić i właśnie tak spędzać wieczory, zamiast siedzieć sama w pokoju z oczami wlepionymi w monitor komputera.
A pro po oczu - przeprosiłam ostatnio moje okulary i chodzę w nich CAŁYMI DNIAMI. Jednak nie poddałam się bez walki - najpierw przez trzy dni próbowałam się uporać z pieczeniem, szczypaniem i bólem oczu - jednak ostatecznie stałam się znów czworookiem. :P Jak tak dalej pójdzie, to będę musiała pójść wymienić sobie oprawki na jakieś bardziej wyjściowe. xD
A co jeszcze chciałam Wam powiedzieć - pro po paczki, o której pisałam ostatnio. Dziś otrzymałam sms, że DZIŚ paczka została do mnie nadana - no po prostu SUPER! Jeśli jakimś cudem do mnie dotrze do jutra, to będzie święto lasu. Nawet już na to nie liczę. No cóż... Widocznie pan sprzedawca wystraszył się groźby doniesienia o sprawie policji... Dobrze, że w ogóle tą paczkę otrzymam...
Tak poza tym, prezenty mam popakowane, choinka ubrana, nad łóżkiem wiszą lampki. Wszystko gotowe! Pozostaje mi tylko złożyć Wam świąteczne życzenia, prosto z serca.

Moi kochani czytelnicy 
i Ci, którzy wpadacie tu przelotem - jak wiatr hulający za oknem,
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia
chciałabym życzyć Wam przede wszystkim
Dużo miłości - czy to rodzinnej, czy damsko-męskiej 
- nieważne, ważne, by w tych dniach było jej dużo,
Życzę Wam również cudownych chwil
spędzonych z rodziną,
żebyście większość czasu spędzili właśnie z nimi,
a nie z komputerem
 - pozwólmy sobie na te dni zaniedbać nawet bloggera 
- on poczeka, spokojnie.
Życzę Wam, by w te dni, 
w waszym życiu nie było żadnych kłótni i sprzeczek 
- jeśli będziecie na kogoś źli, to zamiast na niego krzyczeć
zaśpiewajcie kolędę - tak głośno, jak silna jest Wasza złość.
Życzę Wam jeszcze mnóstwa uśmiechu i radości
- czy to spowodowanych żartami,
 czy widokiem kogoś, kogo tak dawno nie było obok.
Życzę Wam wspaniałych i tych wymarzonych prezentów
oraz tego, byście w oczach osób przez Was obdarowanych
ujrzeli tę iskierkę zachwytu, gdy będą odpakowywać pakunki. 
Na koniec jeszcze chciałam życzyć Wam tego,
czego obecnie brakuje mi w tych świętach
- śniegu za oknem.
Nie ważne czy będzie mokry i zdatny do ulepienia bałwana,
czy suchy i sypki 
Ważne by był, 
bo tak na prawdę - na chwile obecną niczego więcej mi nie potrzeba.
Wesołych Świąt kochani! :*


sobota, 20 grudnia 2014

106. Zrób sobie uśmiech!

Witajcie! Dziś mam Wam tyle do powiedzenia, że nawet nie wiem jak to ogarnę. Postaram się nie mieszać wątków, by wszystko było zrozumiałe. :D
Więc od początku - nawet nie macie pojęcia jak się wczoraj poirytowałam. Otóż zamówiłam w niedzielę, poprzez allegro prezent dla mojej mamy. W poniedziałek otrzymałam maila, że przesyłka została wysłana KURIEREM. No więc sobie myślę - spoko. Skoro kurier i już poszło, to w środę, najpóźniej w czwartek paczka będzie u mnie. Skąd więc u mnie ta irytacja? Otóż paczki do dziś u mnie nie ma i nie zanosi się by zdążyła przed świętami (jeżeli w ogóle) dotrzeć. Sprzedawca nie odpowiada na maile i nie chce mi podać numeru - rzekomo nadanej przesyłki. Z doświadczenia wiem, że w momencie nadania - firma kurierska informuje o tym fakcie czy to mailowo, czy poprzez sms - podając również numer przesyłki. Jaki więc wniosek? Sprzedawca bezczelnie kłamał - i właśnie to mnie najbardziej wkurza. Przecież mógł sobie odpuścić wysyłanie maili ze ściemą i przyznać się, że z racji świąt ma ogromny nawał pracy i się nie wyrobi - kupiłabym inny prezent, a ten zostawiła na inną okazję. A przez jego totalną niekompetencję jestem zmuszona na kilka dni przed wigilią szukać nowego prezentu. Także zapewne w poniedziałek zawitam do Poznania. Dobrze, że przy ostatnich zakupach miałam już w głowie prezent dla mamy na urodziny - tak więc zamienię je sobie. Ale gdybym nie miała planu awaryjnego, to chyba pojechałabym kopnąć tego sprzedawcę w wiadome miejsce - za okłamywanie klientów (z opinii, które wczoraj spłynęły na jego konto wynika, że nie tylko ja otrzymałam maila o wysyłce, która do dziś nie doszła). No i tyle z mojej irytacji... Przejdźmy, że rzeczy przyjemniejszych.
Wczoraj byłam opiekunką dla trójki dzieci mojej kuzynki - w tym mojego małego chrześniaczka. Powiem Wam, że trochę się bałam zostać z półrocznym dzieckiem na cały dzień, ale okazało się, że moje obawy były niepotrzebne. Świetnie się bawiłam z małym, jego starsza siostra pomagała mi w momentach, gdy potrzebowałam więcej rąk, a nawet uczyła mnie którą strona pieluszki to przód (no skąd ja mam wiedzieć takie rzeczy? xD). Jedynym minusem było to, że małemu nawet przez myśl nie przeszło, żeby iść spać. Tak więc w momentach, gdy był marudny musiałam stawać na głowie, chodzić z nim po całym domu i wymyślać coraz to nowsze atrakcje - co spowodowało u mnie chyba największy odpływ energii. Podsumowując jednak - jestem bardzo zadowolona z wczorajszego dnia i z przyjemnością bym go powtórzyła. :)
A teraz coś pro po tematu. Jakoś na początku tygodnia wyszłam z K. i B. na miasto. Umówiła się z nami jeszcze S., więc czekaliśmy na nią na przystanku tramwajowym. W pewnym momencie podeszła do nas dziewczyna, która rozdawała ludziom karteczki - pomyślałam, że to zwykłe ulotki, w końcu w Poznaniu, w okolicach rynku pełno jest ulotkarzy. A jednak się pomyliłam, dziewczyna rozdawała własnoręcznie wypisane karteczki z krótkimi hasłami skłaniającymi do... UŚMIECHU!
Tak więc ja dostałam "Zrób sobie uśmiech!"  B. "3...2...1... Uśmiech!" ,a K. "Jeśli życie daje Ci cytrynę, to zrób z niej lemoniadę!" - oczywiście cała trójka po przeczytaniu haseł obdarowała dziewczynę bananami na twarzy. Powiem Wam, że strasznie podobają mi się takie akcje i byłam tym wręcz zachwycona. Sama chętnie wzięłabym kiedyś udział w czymś takim, by obdarowywać ludzi uśmiechem. Karteczkę sobie oczywiście zachowałam i za każdym razem, gdy jestem zła czy smutna czytam to proste zdanie i się uśmiecham. Uważam, że każdy z Was powinien napisać sobie coś takiego na karteczce i przyczepić w miejscu, w które codziennie zerkacie - by każdy Wasz dzień zaczynał się i kończył uśmiechem!
Tak więc to jest moje wyzwanie dla Was: Wymyślcie zdanie, które wywoła uśmiecha na waszej twarzy - podzielcie się nim w komentarzu. Następnie przepiszcie na kartkę i powieście czy to na lustrze, czy to nad łóżkiem albo na drzwiach i uśmiechajcie się każdego dnia!
Na koniec się jeszcze Wam pochwalę jaki dziś piękny papier do prezentów kupiłam! :)
Jak idą przygotowania do świąt? Pozdrawiam! :*

środa, 17 grudnia 2014

105. "Zadbaj o siebie" - część druga.

Witajcie. Dziś zaliczyłam ostatni dzień zajęć w tym roku kalendarzowym - czy to nie piękne? A do tego dodam, że na uczelnię wracam dopiero w połowie stycznia. Wypocznę jak nigdy i co najważniejsze - przyoszczędzę trochę kasy, bo ostatnio przesadzałam z wydawaniem i to ostro. Ale... co zrobić? Przecież idą święta! A pro po świąt...
Totalnie wyleciało mi z głowy, że żegnając się dziś z ludźmi, żegnamy się prawie na miesiąc. Zupełnie nie czuję tej atmosfery i wszystkim poza S. i B. zapomniałam powiedzieć "Wesołych świąt" na pożegnanie. :P Może gdybym miała zajęcia tak jak rok temu - do ostatniego piątku przed świętami (pamiętam, że w pięć osób zostaliśmy na wykładzie - i tak musiałam czekać na pociąg, za co wykładowca dopisał nam po dwa punkty z aktywności), to jakoś inaczej bym to odczuła, a tak? Ludzie, jeszcze cały tydzień... No a do tego - dzisiejsze, ostatnie zajęcia i tak postanowiliśmy sobie skrócić. Poszliśmy na wykład, tylko dlatego, że gościu miał tłumaczyć o co chodzi w projekcie do zrobienia, a on wówczas popełnił największy błąd jaki mógł popełnić. Zamiast powiedzieć nam to tym na końcu zajęć - tak by wszyscy zostali do końca, on zaczął tłumaczyć zaraz po wejściu na aulę. Tak więc w przerwie narodził się genialny pomysł, by zwiać.
S. kombinowała co tu zjeść szybko na obiad - przez całą listę szybkich dań przemknęła pizza i od tego wszystko się zaczęło...
B: W Dominum mają zniżkę 50% do trzynastej. - spojrzałam na zegarek, była 11.00 , po czym dalej leżąc na stoliku zaproponowałam "Chodźmy!" - nawet nie wiecie jak mnie nużą te wykłady. S. się nieco wahała, ale za chwilę przyszedł B2 i jemu B1 także przekazał info o zniżce.
B2: No, zdążycie.
Ja: To idziemy!
B2: Teraz czy po zajęciach?
Ja: No teraz?
B2: A czemu nie po?
Ja: No żeby nie być na zajęciach??? - no i tak wyszło, że nagle 6 osób ulotniło się z auli.
Muszę Wam powiedzieć, że socjologia to przedmiot totalnie nie dla mnie... Tak straszliwie się tam nudzę, że jedynym pożytkiem z tego przedmiotu jest fakt, iż zaczęłam więcej rysować. Szkoda tylko, że długopisem i że w zeszycie od zajęć. :D
A pro po rysunków, ostatnio promotor składa nam życzenia: "Życzę Wam, żebyście spełniali swoje pasje..." po czym ja nagle otwieram notatki z socjologi i BOOM - wszyscy w śmiech, nawet promotor, który ujrzał moje "dzieła". Zostałam skomentowana krótko - póki mam socjologię, to swoją pasję na pewno będę rozwijać. :P
 To tyle o rzeczach nie związanych z tematem. Przejdźmy do zadań.

Czwartek, 11.12 - Pomaluj paznokcie u rąk.

No cóż, jakoś tak mam, że na święta Bożego Narodzenia muszę mieć czerwone paznokcie. Tak więc zrobiłam sobie próbę generalną i powiem Wam, że irytują mnie te gwiazdki. Nie mogę ich przykryć nawet kilkoma warstwami bezbarwnego lakieru przez co zadzierają się i po prostu drapią, a jakby się postarały, to podejrzewam, że byłyby w stanie zaciągnąć jakiś ciuszek. Dlatego też na same święta chyba namaluję sobie jakąś złotą choinkę i tyle...
Dla ciekawskich - lakier na moich paznokciach to AVON GEL finish, kolor Roses Are Red - jedna warstwa. Tylko na serdecznych mam dwie, aby gwiazdki się lepiej wtopiły (ale i tak lipa z tego wyszła). Lakier mam na paznokciach do dziś. Jedyne ubytki to delikatnie pościerane końcówki.


Piątek, 12.12 - Zjedz owoc.

B. przywiózł dwa duże granaty, po czym sam je obrał. Mi pozostało jedynie czekanie, aż skończy i zaczniemy jeść. <3 Uwielbiam granaty, a jak jeszcze ktoś mi je poda w takiej postaci, to w ogóle bajka.



Sobota, 13.12 - Zjedz coś słodkiego.

W tę sobotę zjadłam dużo słodyczy, bo mój brat miał imprezę urodzinową. Tak więc był tort, ciacha, żelki itp. Ja jednak postanowiłam uwiecznić na zdjęciu moje ulubione słodycze, które dostałam na spóźnione o tydzień mikołajki. <3


Niedziela, 14.12 - Poczytaj blogi.

Tak więc niedzielnego wieczoru przeznaczyłam dodatkową godzinę przed snem na lekturę Waszych blogów - dlatego też tak szybko wyrobiłam się z opowiadaniem na komentarze. :)

Poniedziałek, 15.12 - Uzupełnij "Dziennik".

Chyba każdy już słyszał o specyficznej książce pod tytułem "Zniszcz ten dziennik". Moja pseudo artystyczna natura nie pozwoliła mi przejść obojętnie obok tej pozycji i gdy tylko odszukałam ją w empiku, od razu pobiegłam z nią do kasy (oczywiście nie dosłownie). Bardzo podoba mi się pomysł kreatywnej destrukcji. Ogólnie bardzo podoba mi się wszystko co kreatywne.
tak jak widać po dacie na dole - to zadanie
 odrobiłam dopiero wczoraj. :)



Wtorek - 16.12 - Zagraj w Simsy. 

Ho ho ho. Tak, jestem simsomaniaczką. Tak, jestem stara i nadal lubię w to grać, ale myśl, że nie jestem z tym sama jakoś mnie uspakaja (pozdrawiam Anelise, która dokładnie wie co czuję). xD Tak więc macie szczęście, bo akurat trafiliście na mój ślub! Ogólnie byłby idealny, gdyby nie fakt, że pan młody zapomniał przebrać się w garnitur, ale... co tam (właśnie za takie drobne niedociągnięcia lubię te grę najbardziej).



No i tyle. Kolejna szóstka za nami. A co wylosowałam dziś? O tym przekonacie się w kolejnym poście z tej serii. :) A Was ponownie pytam: jakie przyjemności zafundowaliście sobie tym razem? :)

niedziela, 14 grudnia 2014

104. Próbki - mali naciągacze?

Witajcie. Jak Wam minął weekend? Mi błyskawicznie. W piątek dostałam o tydzień spóźniony prezent mikołajkowy od B. - piękny, gruby szlafrok i moje kochane czekoladki. W sobotę mój brat organizował imprezę urodzinową i powiem Wam z ręką na sercu, że było świetnie. Nawet nie myślałam, że będę się tak dobrze bawić. No a dziś niestety trzeba było się po raz kolejny spakować i wyruszyć do Poznania, bo jutro szkoła (jak dobrze pójdzie, to ostatnie trzy dni przed świętami :D )
Od kilku dni męczycie mnie o zdjęcie moich włosów, więc dobrze. Coś tam pstryknęłam i proszę mi nie marudzić, tylko się cieszyć, tym co jest, bo Oironio jest leniem i jej się nie chciało prężyć przed lustrem, więc macie focie "z rąsi", a że rąsia za krótka (albo włosy za długie :P), to całości nie dała rady ująć. :D
Więc proszę, moje kłaczyska po dniu "ekstra" pielęgnacji specjalnie dla Was. W kwestii drobnych wyjaśnień - przegarnęłam całość na lewą stronę, fale i zawijasy są w moim przypadku zjawiskiem naturalnym, w które nie ingeruję w żadnym stopniu. Skutkiem tego jest fakt, że gdy chcę je wyprostować, to muszę się nieźle nagimnastykować, ale... Nie o moich włosach miał być ten post. Włosy załatwione, więc pozwolę sobie przejść do tematu. 
Próbki, próbeczki - kto z nas nie otrzymał małej, niewinnej saszetki z kremem, balsamem czy odżywką? Chyba każdy chociaż raz w życiu dostał taki nieoczekiwany podarek. Chociaż powiem Wam, że obecnie trudniej jest jakiejś próbki nie dostać, niż ją dostać. Producenci upychają je dosłownie wszędzie - do gazet, wrzucają Ci do torebek przy zakupach (mistrzostwo świata w tym procederze wg. mnie wygrywa Yves Rocher - przy zakupie wciskają Ci kartę rabatową -40% na następne zakupy i jakieś 10 próbek w minikatalogu), doklejają je do katalogów. 
Tylko po co tak nas obdarowują? No chyba, każdy zdaje sobie sprawę z tego, że po to abyśmy wrócili. I tutaj, (wiem, że nie powinno się zaczynać zdania od "i") chciałabym okazać ogromny podziw dla osoby, która pierwsza na świecie wymyśliła reklamowanie produktu za pomocą próbki - zwłaszcza jeśli chodzi o kosmetyki. Bo wiadomo - np. ubrania przyciągają nas głównie wyglądem, niektóre kosmetyki pewnie też, ale teraz, gdy mamy do wyboru tak ogromną gammę produktów, przeważnie patrzymy na etykiety, a gdy jeszcze możemy ZA DARMO wypróbować dany kosmetyki - jak współgra z naszą cerą, jak działa na włosy czy paznokcie - jesteśmy wniebowzięci. 
Osobiście uważam, że w dzisiejszych czasach, gdzie każdy musi dotknąć, aby się przekonać, wszelkiego rodzaju próbki są strzałem w dziesiątkę. Nie mam zamiaru ich negować, pod żadnym względem - bo dlaczego miałabym puszczać hejt na kogoś, kto daje mi coś za darmo? :D 
Czy jednak zawsze wracamy do producenta, który obdarowuje nas próbkami swoich kosmetyków? Ja osobiście udaję się kupić pełnowymiarowy produkt, który otrzymałam w próbce bardzo rzadko, prawie nigdy. Tak jest np. z kosmetykami Vichy - w ich próbkach zachwyca mnie wszystko, zapach, konsystencja i działanie na moją skórę, ale jakoś nie czuję potrzeby, żeby je kupić. Tak samo z perfumami - jak na razie żadna próbka nie oczarowała mnie do tego stopnia, żeby zdetronizować mój ukochany zapach. 
Ostatnio jednak próbki okazały się być dla mnie bardzo pomocne. Musiałam koniecznie zmienić krem do twarzy, gdyż ten, którego używałam do tej pory stał się dla mnie zbyt tłusty. No i tutaj problem - jak wybrać inny krem, skąd mam wiedzieć, że będzie lepszy, że idealnie wchłonie się w moją skórę? Od razu poszłam do pudełka, w którym zbieram sobie próbki (nie jestem w stanie ich wykorzystywać na bieżąco, a często zabieram je na wakacje - żeby kosmetyki zajmowały jak najmniej miejsca w walizce). Wykopałam tam dwa nietłuste kremy na dzień z Ziaji - wybrałam je, bo mam zaufanie do tej firmy. Każdy z nich testowałam po 3 dni i udało mi się wybrać krem idealny dla mnie. Także - próbeczki, piąteczka dla Was. ;)
moja mała kolekcja
Podsumowując - próbki są świetnym chwytem marketingowym, ale także niosą korzyści dla konsumentów. Dzięki nim możemy popróbować kosmetyków z górnej półki i przekonać się czy rzeczywiście "górna półka" to odpowiednie dla nich miejsce. Czasem również, jak to było w moim przypadku, pomagają nam podjąć decyzje dotyczące zmian dotychczasowych produktów na lepsze.

A jakie są Wasze odczucia dotyczące próbek? Lubicie je dostawiać? Gdzie dostajecie najczęściej? Najlepsza próbka, którą zamieniliście na pełnowymiarowy produkt? 
Pozdrawiam! 

środa, 10 grudnia 2014

103. Wyzwanie "zadbaj o siebie" część pierwsza!

Witajcie. Już dziesięć dni grudnia za nami, co oznacza, że do świąt pozostały nam TYLKO dwa tygodnie. Fajnie i niefajnie jednocześnie - tak, bo trochę nie mogę się doczekać - jak małe dziecko, a nie, bo jak zwykle nie wiem czy dam radę zrealizować wszystko co zaplanowałam w związku ze świętami, ale... nie ma co narzekać na zapas, tylko się cieszyć i czekać na śnieg, którego w moim regionie obecnie brak (dzisiaj rano szron próbował mi go zastąpić osadzając się na wszystkim wokół - no cóż, przynajmniej było biało. A wszystkich skrobiących swoje auta gorąco pozdrawiam! :))
Dziś chciałam Wam zdać relację z pierwszej części wyzwania, którego autorką jest Anelise. W skrócie powiem Wam, że wyzwanie polega na tym, by na małych karteczkach wypisać sobie małe przyjemności, które będziemy dla siebie realizować każdego dnia - losując jedną z nich.
Mi udało się wymyślić dla siebie 36 takich przyjemności, dlatego też mam w planach przedstawiać je szóstkami, ażeby było po równo. :) Tak więc dziś prezentuję Wam pierwsze sześć spełnionych małych przyjemności.


Piątek, 5. grudzień - maseczka na twarz. 
Kiedyś bardzo często stosowałam maseczki, obecnie - jakoś nie mogę się do tego zmotywować, mimo iż nałożenie gotowca zajmuje dosłownie minutę, tak więc to zadanie zmotywowało mnie do przerwania passy lenistwa i zrobienia dla mojej buźki czegoś ponadprzeciętnego.
Wybrałam maseczkę, z której kiedyś byłam bardzo zadowolona - Ziaja Maska oczyszczająca z glinką szarą. Powiem Wam, że faktycznie oczyszcza, co widać gołym okiem zaraz po nałożeniu maseczki - np. na nosie, gdzie u mnie pory, choć niewielkie są chyba najbardziej widoczne. pojawiają się wręcz kropelki sebum, które w nich zalegało. Po zmyciu twarz jest gładka i delikatna - doskonale oczyszczona.


Sobota, 6. grudzień - Przejrzyj AVANTI.
Jestem maniaczką tego pisma i jak już jestem w sklepie i minę je gdzieś na półce, to na bank kupię. Lubię pooglądać sobie ubrania dostępne w naszych sieciówkach, poprzeglądać nowości kosmetyczne no i ogólnie - lubię tę gazetę. W ostatnim numerze było sporo moich ukochanych kardiganów, moje NAJ połączenie kolorystyczne czyli czerni i biel, a także przeczytałam bardzo ciekawy artykuł o pielęgnacji długich włosów.


Niedziela, 7. grudzień - Poleż i pobujaj w obłokach.
No do tego to mnie akurat namawiać nie trzeba. Zgodnie z poleceniem, po przyjeździe do Poznania walnęłam się na wyrko i utonęłam w morzu niedorzecznych historii komponowanych przez mój mózg.


Poniedziałek, 8. grudzień - Pośpiewaj!
Nie wiem czy wiecie (pewnie nie, bo skąd?), że od dzieciaka uwielbiałam śpiewać na całe gardło, najlepiej przed jak największą publicznością, po czym na koniec występu zawsze padały słowa "Bijcie brawo!". :D Dziś moja publiczność ogranicza się do skromnej osoby mojego brata i małych dzieci - przy nich nie wstydzę się śpiewać. Tak szczerze, to to wyzwanie udało mi się w pełni zrealizować dopiero wczoraj, bo miałam puste mieszkanie i mogłam nie oszczędzać strun głosowych. Na pierwszy plan poszedł Fighter Christiny Aguilery i ćwiczenie tej charakterystycznej chrypki, a później to śpiewałam już nawet Grzeczakową. xD


Wtorek, 9. grudzień - Poprzeglądaj sklepy internetowe.
No cóż, już się zdradziłam przy zadaniu z AVANTI, że lubię oglądać ładne ubrania, więc przeglądanie ich bez wychodzenia z domu, z kubkiem gorącej czekolady w rękach, w taką pogodę jest wielką przyjemnością.



Środa, 10. grudzień - Zrób coś ekstra dla swoich włosów.
Hu hu, to moje zadanie na dziś. W sumie staram się rozpieszczać moje włosy na co dzień, ale jak coś ekstra, to wymyśliłam sobie, że ich pielęgnacja zacznie się dziś - a skończy jutro rano. Mam zamiar nałożyć na nie przed myciem wywar z pokrzywy, który jest w 100% naturalny i jest dziełem mojej babci zielarki (nie mam pojęcia jak go robi, ważne, że robi i potem obdarowuje wszystkie długowłose głowy w rodzinie :D). Następnie mycie, odżywka - ze sporą ilością na końcówkach, następnie olejek arganowy nakładany na wilgotne włosy. Rano - na końcówki jedwab, a na całą resztę spray z maliny i hibiskuska, mający włosy odżywić i nadać im połysk. Chyba będzie ekstra, co nie? :D



No i to by było na tyle. Moja pierwsza szóstka za mną - pozostaje czekać na kolejne. ;)
A Wy, jakie małe przyjemności ostatnio dla siebie zrobiliście?

sobota, 6 grudnia 2014

102. Nominacja pozytywnych myśli.

Witajcie. Powiem Wam, że trochę się wahałam czy pisać dziś tego posta. Od wczoraj bliżej mi do płaczu niż do śmiechu i jakoś ciężko było mi znaleźć w głowie te dobre chwile. Ale pomyślałam: Kurczę czy nie o to w tym chodzi? Aby w chwilach, gdy na prawdę nam źle odnaleźć tę iskierkę i się uśmiechnąć? Nawet jeśli nie widzę sensu by robić to dla siebie - zrobię to dla Niego.
Do tego pięknego zadania nominowała mnie Martyna vel Prosta - zachęcam do przeczytania i jej wspomnień, bo na prawdę rozgrzewają serduszko.
Dobrze, tyle tytułem wstępu. Biorę się za pisanie.

Grudzień, 2008
Sylwester. Chyba było nas pięcioro. Ja, S., który przyprowadził J przekupując mnie dodatkową butelką szampana, M. i M. Mimo, że było to tak dawno, pamiętam bardzo wiele. Począwszy od słuchania kretyńskich piosenek pokroju "Makaron-Szakaron", poprzez picie szampana z butelki pod oknem moich rodziców, gdy oni oglądali fajerwerki, a kończąc na zbieraniu razem z M. zapałek, które rozsypały nam się u S. na schodach - wyobraźcie sobie dwie gówniary klęczące przy -15 stopniach na schodach i zbierające po jednej zapałce do pudełka. Wszystko to poprzeplatane żenującymi zdjęciami, na której kocham patrzeć do dziś...

Maj, 2009
Kolejna randka z B. Umówiliśmy się z B. w parku za szkołą (wtedy jeszcze był tam śliczny park - dziś stoi aquapark). B. uważał, że musi mi coś ważnego powiedzieć, więc czekałam. Przyszedł jakiś wesoły i oznajmił mi, że ma dziś wielkie szczęście - otworzył tymbarka, a na kapselku miał napisane właśnie to, co chciał powiedzieć. Schował mi go do małej kieszonki w torebce i poprosił, żebym przeczytała dopiero jak będę w domu. Trochę mnie korciło w autobusie, żeby tam zajrzeć, ale wytrzymałam (nawet spokojnie zjadłam obiad). Gdy wyjęłam kapselek z torebki okazało się, że pisało na nim "Kocham Cię!".

Mam go do dziś.

Lipiec, 2009
Moje siedemnaste urodziny! Taką miałam tradycję, że (gdy jeszcze miałam przyjaciół) celebrowałam każde swoje urodziny w jakiś nie do końca mądry sposób. Moi tegoroczni goście to M. (z którą zbierałam zapałki w sylwestra), S., A., no i B. Najpierw zjedliśmy u mnie pizzę, a później poszliśmy NA PERONY (bo gdzie można pić na takiej wiosce, jak nie na opuszczonej stacji?). Mieliśmy 0,7 Finlandii, którą kupił B., ponieważ jako jedyny był wówczas pełnoletni, plastikowe filiżanki (bo kubeczków nie było xD) i jakiś sok do popicia. Dodam jeszcze, że na stacji, jako że była opuszczona, było strasznie ciemno, więc M. polewała po omacku, przez co jej spodnie na drugi dzień niemiłosiernie waliły gorzelnią. Wszystkiemu towarzyszyło mnóstwo śmiechu i miliard zdjęć, które przypominają mi, że MIAŁAM RÓŻOWE WŁOSY.

Spodnie M.
Elegancko - w filiżankach. :D

Sierpień, 2010
Egzamin na prawo jazdy. Pierwszy i zarazem ostatni. Nie wiem jak Wy, ale jak ja się na coś uprę to tak jest. Od samego początku, jak tylko się zapisałam powtarzałam wszystkim, że zdam za pierwszym i koniec. Nawet mimo tej pewności strasznie się stresowałam i nie chciałabym tego powtarzać nigdy więcej w życiu. Pamiętam jak ze łzami w oczach dzwoniłam do mamy, by jej wykrzyczeć ZDAŁAM!

Maj, 2012
Ustna matura z niemieckiego. Mimo, iż już wtedy szprechałam dość sprawnie, przed wejściem miałam dosłownie palpitacje serca. W dodatku wchodziłam pierwsza po przerwie, wiec na wyniki czekałam sobie ładnych kilka godzin. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy poproszono całą grupę do środka i wyczytywano wyniki. Zdobyłam najwięcej punktów z całej grupy, byłam z siebie taka dumna, łzy cisnęły mi się od oczu (zwłaszcza, że był to ostatni egzamin) i miałam ochotę skakać ze szczęścia.

Myślę, że tutaj zakończę, chociaż śmiało mogłabym pisać jeszcze długo, co stanowiłoby opis sporej części mojego życia. W sumie te wspomnienia poprawiły mi humor i czuję się dużo lepiej. Także kolejny plus dla Asika, za ten wspaniały pomysł. :*

Do podtrzymania fali pozytywnych myśli nominowane są:

Bukowina
Natalia Orlika
Joanna Zabawa
Oliwia Basiura

Zachęcam Was gorąco do podzielenia się z nami kilkoma Waszymi wspomnieniami, które wywołują uśmiech na Waszych twarzach! :) No i oczywiście - podajcie dalej.

środa, 3 grudnia 2014

101. Nie dalmatyńczyki, a... PREZENTY!

Witajcie. Po serii marudnych postów i narzekania na wszystko i wszystkich postanowiłam zboczyć z kursu i zamiast narzekania, pozachwycać się, no i ogólnie sprawić, żeby nam wszystkim zrobiło się miło. :) Ale to tym za chwilę.
U mnie ostatnio sporo się dzieje, dlatego tak rzadko tutaj jestem, a jak już jestem, to na chwilę - odpowiem na kilka komentarzy i uciekam. Ale obiecuję, że się ogarnę i wszystko nadrobię (i tak staram się zaglądać do Was na bieżąco :))
Jak to napisała Frida, grudzień przywitał nas bezlitośnie, nie dając nam żadnej taryfy ulgowej - osz niedobry. Na całe szczęście mam już kozaczki podszyte ciepłym futerkiem, ciepłą kurtkę osłaniającą tyłek (co dla mnie zimą najistotniejsze! xD), a do tego grubaśny szal, czapkę i rękawiczki. Także... zimo, przybywaj! Jestem gotowa, a na wypadek poranków ponadprzeciętnie mroźnych gruby sweter też się w szafie znalazł. Co prawda należę do zmarzluchów, jednak gdy jestem w ruchu - np. szybko chodzę, mój organizm bardzo szybko się rozgrzewa. Tak więc póki co - cienka narzutka pod kurtkę mi wystarcza. ;) A jak tam Wasze przygotowania do zimowych temperatur?
No a skoro zima, to nadchodzące święta, a skoro święta, to... prezenty! Chyba jak każdy lubię dostawać, ale jeszcze bardziej lubię je komuś robić. Wręcz uwielbiam to planowanie, co komu, za ile, w co spakować, gdzie kupić <3 .
W moim domu jest taka tradycja, że każdy robi każdemu jakiś upominek - oczywiście rodzice się składają wspólnie na prezenty dla nas, a ja z bratem czasem zrzucamy się na coś większego. Ale zawsze jest tak, że na każdego czekają kolorowe paczuszki, pięknie wyglądające pod choinką.
Powiem Wam, że w tym roku jakoś sprawnie mi to planowanie poszło. Zawsze miałam problem z prezentem dla mojego Taty, no bo weź coś kup facetowi?? No ale w tym roku pomógł mi B., który załatwił mi dwie koszule do pracy dla taty, więc myślę, że coś tam jeszcze dokupię (może krawat?) i będzie si.
 Co do Mamy, to pomysł na prezent podsunął mi B., gdy kupował prezent na urodziny swojej mamie - więc tak szczerze, zerżnęłam ten prezent od Niego xD i moja Mama dostanie to samo. :P Z resztą do niej nigdy nie miałam problemu z wyborem prezentu. Rozmawiamy ze sobą tak często, że zawsze wiem czego Jej brakuje, co potrzebuje itp. więc zawsze przy nadarzającej się okazji te jej "zachciewajki" wykorzystuję jako prezenty. :)
Co do mojego brata, to z racji tego, iż na początku grudnia ma urodziny i jako siostra zawsze nieźle szastam kasą coś mu kupując (w tym roku kupiłam białe Lambo na pilota :D), to na święta zawsze dostaje coś małego. Póki co wizji nie mam, ale na pewno coś mi w ręce wpadnie.
Urodzinowe Lambo dla brata. ;)
No i na końcu mój B. W tym roku zażyczył sobie zegarek (dostałam dokładny opis jak ma wyglądać i  czego ma nie mieć - tak dokładnie, ŻADNYCH TANDETNYCH BAJERÓW). Znając siebie i tak pewnie coś mu jeszcze dokupię.
Ach, no i w tym roku doszedł mi jeszcze mój Chrześniak. Dla Niego obmyślam jakąś zabawkę interaktywną, z tych większych i bardziej wypasionych.  (tak, tak na mikołaja ciocia też już kupiła prezencik i w sobotę pojedzie zawieźć).
Mikołajkowy prezent dla Chrześniaka :)
Rozpisałam się na temat prezentów dla innych, a co z moim listem go Gwiazdora? (tak, tak - jestem z Wielkopolski i do mnie zawsze w Wigilię przychodził nie Mikołaj, a Gwiazdor.:)) Jak tak sobie myślę, to mam w sumie trzy życzenia - bardziej pasuje mi to do złotej rybki niż Gwiazdora -  i byłoby miło, gdyby chociaż jedno z nich się spełniło.
A więc:
Pierwsza rzecz, którą chciałabym dostać, to książka "Driven". Od jakiegoś czasu włóczyłam się po empikach i różnych innych księgarniach w poszukiwaniu książki, która zainteresuje mnie już samym tytułem, no ewentualnie opisem na tyle - właśnie w ten sposób wybieram książki. Szukam konkretów i żeby książka wpadła w moje ręce na dłużej musi mieć to coś. Tak też dokładnie wczoraj zatrzymałam się w Matrasie przy tej właśnie pozycji. Chciałam ją od razu kupić, ale pomyślałam, że może ktoś zechce mnie nią obdarzyć, jako podarunkiem gwiazdkowym. :P
matras.pl
Drugą pozycją jest torebka. W sumie nie mam wymagań co do marki, znaczka itp. Ważne, żeby była wytrzymała i pomieściła moje teczki na uczelnię. Jeśli chodzi o kolor, to mogłaby być czarna z jakimiś złotymi wstawkami (jestem sroczką i uwielbiam gdy coś się błyszczy). Torebka, którą obecnie najczęściej noszę ma prawie rok i zaczął jej szwankować zamek, który raz się zapina, a kolejnym razem już nie jest do tego taki skory (uwierzcie, zapinanie torebki na 20 razy jest serio męczące).
No i numer trzy - to czarne szpilki. Klasyczne, ale nie do końca. Obowiązkowo platforma i minimum 10 cm. Swoje obecne nosiłam tak często, że po prostu spadają mi z nóg, nawet z żelowymi wkładkami. A jak wiadomo - czarne szpilki, to podstawa jeśli chodzi o kobiecą garderobę.

No i to by było na tyle. Kilka fotek się pojawiło, trochę opisałam, to może teraz Wy przedstawicie swoje listy do Gwiazdora czy Świętego Mikołaja? Właśnie, kto do Was przychodził w Wigilię? A może czekaliście na prezenty do rana? Piszcie, piszcie - zbliżają się nasze pierwsze wspólne święta, więc jestem bardzo ciekawa. :)

czwartek, 27 listopada 2014

100. I tak nie znajdziesz pracy.

Witajcie. Wiem, że obiecałam Wam post wcześniej, niż po tygodniu, ale niestety - nie wyszło. Mimo tego, iż tydzień w szkole miałam luzacki, to na mojej drodze stanęła kolejna przeszkoda. Otóż zaczęło mnie łapać jakieś choróbsko - katar i łzawiące lewe oko odbierają ochotę na cokolwiek, a tym bardziej na pisanie czegoś mądrego i wartościowego. Zapewniam Was, że gdybym pisała w takim stanie, to głównym tematem byłoby moje płaczące oko i mokry nos (a pro po nosa, to na uczelni stwierdziłam, że JESTEM JAK PIESEŁ, BO MAM MOKRY NOSEŁ! :P - proszę, nie pytajcie czy jestem normalna). Ogólnie rzecz biorąc już dochodzę do siebie i myślę, że mogę być z siebie dumna, ponieważ choroba kolejny raz nie położyła mnie do łóżka. No a tam poza tym - jest SETNY POST - brawa, fanfary, serpentyny itp. A co w związku z tym? A no nic, kolejny post (haha taa jestem nudna). Jeszcze na koniec tego przydługawego wstępu chciałam ogłosić publicznie, iż PODEJMUJĘ WYZWANIE ANELISE i wynikami podzielę się już wkrótce. ;)
Dziś chciałam poruszyć temat, który wpadł mi do głowy wczoraj, gdy przypadkiem trafiłam na vloga Banshee, a dziś jakby utwierdził mnie w tym wstęp do notki u Natalii. Mianowicie chciałam omówić dziś ogromną empatię otaczających nas ludzi, którzy tak strasznie martwią się o nasz przyszły los, o to, że sobie NIE poradzimy, NIE znajdziemy pracy i ogólnie może jakimś cudem uda nam się dożyć do trzydziestki. Trochę niejasno? Już zapalam świeczkę.
Spotkaliście się kiedyś z opinią kogoś strasznie zatroskanego o Waszą przyszłość, kto tak bardzo obawiał się czy może raczej już przesądził o tym, że nie znajdziecie sobie w przyszłości dobrej pracy, np. z powodu wyglądu? Ja już słyszałam takie gadki kilkukrotnie, nawet od rówieśników, a do poruszenia tego tematu skłoniła mnie sama wypowiedź Banshee, która na temat swoich tatuaży usłyszała podobne proroctwa.
Otóż, powszechna opinia na temat tatuaży, która panowała jakieś 20 lat temu jest nam wszystkim dobrze znana. TATUAŻE NOSZĄ KRYMINALIŚCI - hip hip, hurra, kocham ten ciemnogród. No, ale... przeszłości nie zmienimy. Otóż nasze mamy na pewno wielokrotnie słyszały tego typ teksty, po czym wpajały podobne zdanie swoim dzieciom w latach dziewięćdziesiątych czy na początku dwudziestego pierwszego wieku. No i powiem Wam - okej. Pewnie gdybym w tamtych czasach starała się o pracę w biurze z wytatuowanym rękawem, to kazaliby mi się popukać w głowę czymś twardym. Ale dziś? Obecnie? Ludzie... Szefostwa wielu firm pozmieniały się, często zarządzają nimi ludzie starsi od nas o jakieś 10 lat i nie postrzegają ludzi przez pryzmat WYTATUOWANEGO KRYMINALISTY. Sama doświadczyłam ogromnej euforii będąc w biurze na praktyce. Na przeciwko mnie siedziała księgowa z wytatuowaną ręką i stopą. Nikt nie uważał, żeby to uwłaczało jej wiedzy, nie zniechęcało to klientów, wszystko było odbierane mega pozytywnie. Nawet nie wiecie z jaką satysfakcją powiedziałam o tym K., która jakiś czas wcześniej prorokowała: Z TATUAŻEM NA NADGARSTKU MOŻESZ POŻEGNAĆ SIĘ Z PRACĄ W BIURZE. Ha! Szach-mat moja droga! ;)
Kolejnym powodem zmartwień ludzkości, na temat naszej przyszłości są wybierane przez nas studia. No i tutaj jest dopiero pomieszane z poplątanym, bo ilu proroków, tyle wersji wyboru TYCH LEPSZYCH studiów. W przeciwieństwie do sporu o nasz wygląd, gdzie była jakaś tam zgodność - tutaj każdy ma swój ranking wg. którego GDYBYŚMY poszli na inne studia, to na pewno mieli byśmy pracę, bo pamiętajcie - TERAZ I TAK JEJ NIE ZNAJDZIEMY. Otóż jedni użalają się nad polonistami i wychwalają studentów prawa, drudzy negują tych z prawa, wychwalając studentów finansów, a jeszcze inni uważają, że tylko po polibudzie ludzie mają jakąś przyszłość. Ehh... Muszę coś jeszcze dodawać? Myślę, że nie.
Ogólnie chciałam tym wszystkim prorokom powiedzieć, że dziękuję za troskę i na pewno sobie jakoś poradzę. Sama, bez ich cennych rad i wskazówek. Już nawet mnie to nie wkurza, no może poza hejtem na wszystkie możliwe kierunki studiów (niektórym ciężko zrozumieć DLACZEGO ktoś wybrać tak, a nie inaczej i będą Ci pierdzielić nad uchem w nieskończoność, że to BEZ SENSU). Także, tak - to mnie wkurza. Ale cała reszta... Phiii.

Spotkaliście na swojej drodze takich proroków? Mieliście do czynienia z jakimiś innymi argumentami, które miałyby potwierdzać ogromne NIE na temat Wszej przyszłości?

Buziaki kochani i NIE chorujcie! :*

sobota, 22 listopada 2014

99. Nie wyszło mi w życiu... więc Cię zhejtuję!

Witajcie. Ogromnie przepraszam za moją nieobecność, bądź obecność pół na pół - starałam się udzielać na blogu chociaż odpowiadając na Wasze komentarze, bo na nic innego nie wystarczało mi czasu. W skrócie co u mnie: weekend spędziłam z B., więc o blogu nie było mowy. Od poniedziałku uczyłam się namiętnie na OSTATNIE kolokwium z MSG (jak to pięknie brzmi, prawda? OSTATNIE). Niemniej jednak moja namiętna nauka ograniczała się jedynie do odpowiedzi na pytania, które dostałam od zaocznych - nie nauczyłam się ani zdania ponad to i gdyby doktorek zmienił pytania - byłabym ugotowana. Na całe szczęście nie zmienił, więc ten przedmiot mam z głowy. W czwartek sama nie wiem co robiłam, ogarnęła mnie jakaś taka stagnacja, że dzień minął mi w mgnieniu oka. Sporą część czasu spędziłam na odpowiadaniu na Wasze komentarze, jednak w trakcie rozbolała mnie głowa - chyba za długo siedziałam przed komputerem (w dodatku bez okularów, no bo po co je fatygować, niech sobie spokojnie leżą w walizce). Także nawet tego nie dokończyłam. Dziś po cichu liczyłam na to, że S. przyniesie mi moją książkę, bym mogła dokończyć i opublikować recenzję, jednak się przeliczyłam. Tak więc moja recenzja powisi sobie jeszcze jakiś czas, zanim ujrzy światło dzienne (to się wpakowałam, nie ma co). No dobrze, tyle u mnie. A teraz czas na temat.
"Nie wyszło mi w życiu, więc Cię zhejtuję!" - jak dobrze to znacie? Ja aż za dobrze. A jak często się z tym spotykacie? Ja muszę przyznać, że niestety na co dzień. Pewnie jakiś czas temu powiedziałabym, że krew mnie zalewa w reakcji na takie zachowanie, ale dziś... Dziś szczerze to po mnie spływa, a do osób tak postępujących odczuwam jedynie ogromny przypływ litości... Powiedzcie mi dlaczego tak się dzieje, że za swoje porażki najłatwiej jest nam obwiniać innych? Czy nie powinniśmy z każdego niepowodzenia wyciągać pewnych wniosków na przyszłość? Starać się udoskonalać siebie i swoje poczynania? Dlaczego tak trudno jest nam przyjmować porażki z godnością?
Moim zdaniem ludzie zachowują się tak, ponieważ nie chcą naruszać swojej bezbłędności - pamiętacie kolegę, o którym pisałam w poście "Mów mi dobrze, tylko nie mów mi źle!" ? No więc chodzi mi o takie osoby. Ale po kolei. Może napiszę jakie wydarzenie skłoniło mnie do podjęcia właśnie takiego tematu.
Otóż ostatnio mieliśmy wybory samorządowe. Na wójta mojej gminy startowały trzy osoby: obecny wójt, znienawidzony przez nauczycieli, ponieważ zrobił porządek w szkole, komendant policji i jednocześnie mąż jednej z nauczycielek oraz trzeci, w sumie nieistotny kandydat. Po wyborach okazało się, że obecny wójt, mimo wszechobecnego hejtu zdobył 48% wszystkich głosów (tosz to szok). Nazajutrz w Internecie pojawiły się komentarze mniej-więcej takiej formy: Na obecnego wójta głosowali tylko niedorozwinięci analfabeci po podstawówce. No i pierwsza myśl, kto mógł być autorem? Czyżby ktoś popierający komendanta, osoba z naszej wiejskiej elity, po studiach, ktoś z nauczycieli? No sami powiedzcie, że to jako pierwsze nasuwa się na myśl.
Oczywiście znaleźli się ludzie zbulwersowani, jednak ja zaczęłam się śmiać. No bo kurczę, jaki poziom reprezentuje ta wielce oświecona elita obrażając innych w internecie, w dodatku anonimowo, nie biorąc odpowiedzialności za swoje czyny? Wiecie, początkowo chciałam odpowiedzieć: "Dziękuję za uświadomienie, iż dyplom magistra otrzymuje się po podstawówce - niepotrzebnie poszłam na studia." Może faktycznie też mnie to trochę ruszyło, ale zamiast się kłócić  i wylewać żale stwierdziłam, że niech się  podbuduje trochę niedowartościowany człowiek, niech myśli, że pocisnął i jest fajny.
To jedna z sytuacji, w tym przypadku kluczowa do powstania tej notki, bo poczułam, iż muszę ten problem obnażyć, Pokazać, że hejter - jako osoba, której coś się nie udało jest tak na prawdę osobą słabą i bezsilną, nie potrafi poradzić sobie z porażką i szuka winnych wokół siebie. 
Ale co wtedy, gdy nie ma winnych? Jak np. w wyborach? Przecież tak już jest - wygrywa lepszy i nic się z tym nie zrobi. Przecież wszystko dzieje się po coś... Każda porażka ma nas czegoś nauczyć, powinniśmy najpierw zastanowić się nad tym, co mogę zmienić, co ta porażka mi pokazuje, jakie wady obnaża, zamiast szukać winnych wokoło, bylebyśmy my zostali nieskazitelnie czyści.
tumblr
A ile razy dzieje się tak w codziennym życiu, że zwalamy naszą porażkę na innych? Kierowca nas ochlapie - a może to Ty stanąłeś zbyt blisko kałuży? Dostałaś jedynkę ze sprawdzianu czy nie zaliczyłaś kolokwium? Może zamiast obsmarowywać nauczyciela czy prowadzącego pora się przyznać przed sobą, że za mało czasu spędziłaś na nauce? Zmokłeś podczas ulewy, bo nie zabrałeś parasola? Tak, tak... To przez ten %$#@& deszcz, ale tak szczerze - to nie wina deszczu, że nie wziąłeś parasola, prawda? ;)
No i mogłabym wymieniać jeszcze długo... Na pewno Wy sami macie w głowie jeszcze wiele takich przykładów. Powiem Wam szczerze, że jakoś tak złagodniałam ostatnio, nie wiem dlaczego. Może to nasz drogi K. hamuje mój cięty język i uczy pokory? Być może...
No cóż, na dziś koniec. Przyszły tydzień mam luzacki, jeśli chodzi o uczelnię, więc notka pojawi się wcześniej niż za tydzień.
Buziaki kochani i trzymajcie się ciepło w te coraz chłodniejsze dni!

piątek, 14 listopada 2014

98. Różnica pokoleń.

Witajcie. Przyznam się Wam szczerze, że mam prawie gotową notkę z recenzją książki, którą obiecałam Wam ładnych parę miesięcy temu. Jednak do pełni szczęścia i ukończenia jej brakuje mi kilku cytatów. I tutaj urodził się problem - wczoraj S. przyszedł na korepetycje i ujrzał ową książkę, po czym zapytał czy mu jej nie pożyczę. A jako, że ja - dobra duszyczka, zgodziłam się bez namysłu i dopiero po czasie olśniło mnie, że bez książki nie skończę recenzji. No cóż... I tym samym zostałam zmuszona do napisania czegoś innego - chociaż mam z tym ostatnio spore problemy, moja wena poszła w pizdu i nie mam pojęcia, kiedy ma zamiar wrócić. Więc nawet ten wstęp rodzi się w ogromnych bólach.
Wiecie, niedługo moja babcia obchodzi swoje osiemdziesiąte urodziny. Z racji tego będzie "impreza" - rano do kościoła, a później na salę zjeść śniadanio-obiad + deser. Powiem Wam szczerze, że gdy nie znałam szczegółów, to jarałam się impresską, bo lubię takie rodzinne zjazdy - zwłaszcza, że moja rodzina uwielbia je celebrować na tyle, że statystycznie przynajmniej raz w roku spotykamy się na sali, w szerokim gronie i balujemy. Tym razem jednak jestem trochę rozczarowania - raz, już było mówione, że wpadniemy do babci z tortem i będzie kameralnie - toteż na to się nastawiłam, dwa - iść specjalnie na rano do kościoła - pozwólcie, iż nie będę dalej komentować, a trzy, że i tak będę się musiała szybciej zwinąć i gnać na pociąg, bo tożto niedziela będzie. No, ale cóż. Cieszę się, że mogę obchodzić kolejne urodziny mojej babci, a resztę jakoś przełknę.
No, a skoro już o babci mowa, to pomyślałam, iż poruszę temat różnicy pokoleń, którą bardzo wyraźnie zauważam, zwłaszcza w kontaktach z tą babcią. Jedyne o czym mogę z nią pogadać, to moja szkoła, studia, jak mi się mieszka i na tym koniec - bo o czym rozmawiać z babcią w tym wieku? No mogłabym jeszcze o kościółku, ale żeby babci nie denerwować, to pomijam ten temat. Właśnie na tym przykładzie widzę, jak wiele nas różni, w jak odmienny sposób odbieramy pewne sprawy.
Moja babcia należy do kobiet eleganckich - tych, których w życiu nie ujrzysz w spodniach. Tylko suknie, spódnice i to wszystko idealnie do siebie dopasowane, wielokrotnie szyte na miarę. Pierścionki, kolczyki, korale - błyskotki to coś, co zdecydowanie towarzyszy jej na co dzień. Dzięki temu np. była zachwycona ilością kolczyków w moich uszach oraz kolczykiem w pępku mojej kuzynki (która była pewna, że dostanie od babci ochrzan). Pod tym względem moja babcia jest bardzo tolerancyjna - w przeciwieństwie do drugiej, która zawsze patrzyła na moje podziurawione uszy z politowaniem.
Jest jednak coś, co mnie w mojej babci denerwuje stuprocentowo. Jej nastawienie do tatuaży i wytatuowanych ludzi. Jej określenie jest krótkie - jeśli ktoś ma tatuaż jest po prostu GŁUPI. Nie ważne czy ma tytuł doktora lub jest światowej sławy chirurgiem - jeśli ma tatuaż jest głupi i koniec. Nie ma przebacz, nie przemówisz jej i zdania nie zmieni. Ona nie może zrozumieć, że ludzie z tatuażami nie są głupi, a ja nie rozumiem jak można oceniać ludzi przez pryzmat dziar na ciele. Myślę, że sprawa tatuaży jest kwestią w której tą różnicę pokoleń widać najbardziej (oczywiście pomijam facebooki, instagramy i inne cuda techniki, bo moja babcia zapewne nie ma pojęcia o ich istnieniu).
Widzę też, że moja mama - kiedyś przeciwna tatuowaniu się, obecnie wspomina mi - "Jak pójdziesz się tatuować, to idź do dobrego salonu, a nie gdzieś po piwnicach!" - czyli jak już chcesz się krzywdzić, to rób to profesjonalnie. xD Jednak nawet tutaj zauważyłam różnicę pokoleń - np. gdy nie rozumiała mojej fascynacji drzwiami, które obkleiłam gazetami.
Mimo wszystko mama potrafi zrozumieć moje wyczyny bardziej, niż któraś z moich babć. Bo one widzą świat "po staremu" - czyli tak jak było kiedyś i nie jest łatwo im akceptować zmian. Zwłaszcza tej starszej, mimo jej fascynacji kolczykami. Moja druga babcia poszła mocno w kierunku techniki, od kilku lat ma komórkę, komputer i zamiast tradycyjnie grać w karty - układa pasjansa przy monitorze. :D
Co by nie było, różnicę pokoleń widać. Zwłaszcza teraz, gdy technika idzie do przodu w tempie błyskawicznym - myślę, że ta przepaść niestety będzie się pogłębiać. Osoby wiekowe - nie będą uczyć się nowości, a przez to coraz młodsze pokolenia nie będą mogły nawiązać z nimi tematu do rozmowy. (widzę to po moim młodszym bracie, który w przeciwieństwie do mnie - z babcią nie potrafi rozmawiać już praktycznie o niczym, poza tym, że w szkole było "fajnie").
Jedno mnie zastanawia - jaki pokoleniem dziadków będziemy my? Grającym na PS, wytatuowanym i pokolczykowanym? Brzmi interesująco i jestem bardzo ciekawa. ;)
Tak czy inaczej - wszystkiego najwspanialszego dla mojej kochanej babci i dwieście lat życia! :) Nawet jak nie będziemy miały o czym gadać, to sobie chociaż pomilczymy wspólnie.
tumblr
A Wy, zauważacie różnicę pokoleń w swoim otoczeniu? Z niektórymi członkami rodziny rozmawia Wam się płynniej niż z innymi?


No i zadanie dla Was na wieczór - trzymamy kciuki za naszych! Dziś - 18.00 Polska - Gruzja. <3  (i nie mówcie mi, że po meczu będę rozczarowana:P)

niedziela, 9 listopada 2014

97. Don't U go... I need U so...

Witajcie. Ostatnie wydarzenie, które nie powinno mieć miejsca, de facto namieszało w moim życiu, w moim planie ogarnięcia się. Ale... To nic. Dziś już ładnie się za siebie wzięłam, porobiłam MSG (mam wrażenie, że gdy tylko skończę ten przedmiot będę mieć odruch wymiotny na samą myśl o nim). Cały czas tylko te pieprzone stosunki gospodarcze. Już gdy słyszę na tvn24 o imporcie, eksporcie i wahaniach koniunktury to mnie trzęsie - luduuuuu, dajcie żyć. Ile można?! A no można dużo... Państwo prowadzący przedmiot potraktowali nas jak w podstawówce, gdy to zadawało się nie wiadomo ile na czas wolny - zróbcie wypowiedź pisemną, kartę pracy, zadanie na ćwiczenia, a ! I jeszcze nauczcie się na kolokwium. - chwała całej reszcie, że nie przyszło im do głowy to samo.
Wiecie, gdy tak siedzę i robię te wszystkie "ważne rzeczy" nie myślę o tym co się stało. Czuję się twarda. Pamiętacie moje stwierdzenie z początków prowadzenia bloga? "Nie mam czasu się przejmować. Muszę się uczyć." - jakież to bezduszne, pomocne i prawdziwe. Jednak są momenty w ciągu dnia, gdy nie mam dokąd uciec przez tym, co czuję.
"Noc, a nocą gdy nie śpię..." - beczę, gadam z Kordianem i sama nie wiem czego szukam na Jego blogu. Jednak wróćmy do gadania - gdy emocje opadają, ogarnia mnie pewnego rodzaju spokój i jakieś przeświadczenie, że On TU jest. Że właśnie teraz mogę z Nim porozmawiać i być bliżej niż kiedyś. Bo czyż nie ma On teraz daru bycia w wielu miejscach jednocześnie? (pewnie jakby mnie ktoś zauważył, to do mojego pokoju weszłyby dwie smutne twarze z białym kaftanem i wylądowałabym w Gnieźnie - najbliższym psychiatryku). Tak czy inaczej - to moje przeświadczenie pomaga mi się oswoić z prawdą, pomaga mi iść naprzód, czując Jego obecność obok, dosłownie obok. Jakoś sobie radzić trzeba. Idę więc naprzód i staram się dużo myśleć nad tym, co i jak robię. Zastanawiam się nad Jego słowami i tym, jak bardzo był zgodny z tą całą rzeczywistością, jak często powtarzał, że wszystko, co się dzieje jest potrzebne - ta filozofia mi pomaga. Więc idę dalej, a gdy tęsknię - wpadam do Niego i czytam zaległe wpisy, te pierwsze, te początkujące. Radosne, szalone i już wyjątkowe jak sam autor.
Wiecie, czas łez powoli mija - chociaż nikt z nas nie może obiecać, że już nie będzie płakać. Ale czas by zacząć wypełniać Jego wolę i wspominać Króliczka z uśmiechem. Ja staram się wracać do codzienności, jednak każdego dnia będę o Nim myśleć. Będę myśleć jak najbardziej pozytywnie się da. Może uronię łzę, wznosząc toast do gwiazd... Może rozpłaczę się czytając Jego wpisy o pięknym życiu, ale czas iść na przód i korzystać z życia, które jeszcze mamy - tak jak sam kazał. :)
Ja muszę ogarnąć swój projekt dyplomowy, bo póki co leżę i kwiczę. Msg pierze mi mózg i nie mam sił myśleć o dyplomie. Całe szczęście S. trzyma rękę na pulsie i zbiera cały zespół do kupy. Wiem, że jako szef, powinnam to robić sama, ale przez ostatnich kilka dni nie byłam w stanie. Dziś z jej pomocą napisałam do promotora i rozdzieliłam zadania do wykonania na wtorek (tak jestem brutalna i za nic mam długi weekend :P). Jestem jednak na tyle łaskawa, że unikam konfrontacji z największym projektowym leniem, który musi "pracować i grać w siatkówkę" bardziej niż cokolwiek innego - wysyłam do niego S. Lepiej niech ona go opieprza, bo jak ja mu wylecę z tą jego karierą pseudo siatkarza i mrówki korporacyjnej, to nie będzie co zbierać... Tak więc wyciszam się...
Jutro jadę do B., bez komputera, książek i wszystkich przeczy przypominających mi - MUSISZ COŚ ZROBIĆ. Zostawiam to na dwa dni, a potem znów wezmę się do roboty.

tumblr
Jak tam Wasze samopoczucie? Zbieracie się po tym wszystkim? Ja nadal jestem jakaś przyrąbana, ale... Razem damy radę iść naprzód. Jak nie my, to kto? :*

piątek, 7 listopada 2014

96. Tytuł jest dziś zbędny.

Witajcie. Możecie mnie uznać za totalną wariatkę, możecie patrzeć jak na porąbańca. Trudno. Jednak nigdy więcej nie dam sobie wmówić, że każde zdarzenie, każda chwila w naszym życiu biegnie swoim torem i nic ich nie łączy. Wszystko się łączy, wszystko coś znaczy.
Ktoś, kogo już z nami nie ma, wiele razy powtarzał mi, że rzeczy dzieją się po to, by coś wnieść do naszego życia, byśmy coś zrozumieli. Miał rację, szkoda, że dotarło to do mnie dopiero we wtorek. Tak, we wtorek... Bo we wtorek to wszystko się zaczęło.
Wieczór, siedziałam z "przyjaciółmi". Wszystko było okej, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Zwykły wieczór z paczką znajomych. Aż nagle, w pewnym momencie coś mnie tknęło, cały dobry nastrój uleciał i poczułam, że MUSZĘ iść do mieszkania. MUSZĘ. Po prostu wstałam, powiedziałam, że źle się czuję i poszłam. Nic się nie działo. Po drodze, spotkałam w tramwaju M., który to opowiadał mi o swoim kacu moralnym przez którego został zmuszony do skserowania książki z msg.
- Dziesięć złotych wydałem na książkę, a nie na piwo! Czaisz to?? Co się ze mną dzieje?! - śmiał się sam z siebie. Ogólnie było miło, a ludzie w tramwaju gapili się na nas, jak na wariatów - jak zwykle (tematy rozmów mamy zawsze niebanalne - jak B. ma w zwyczaju to określać "poziom absurdu przekracza wszelkie granice").
Wróciłam do mieszkania, wstępując po drodze do osiedlowego marketu. Zaopatrzyłam się w typowo studencką kolację - jakieś danie w pięć minut nafaszerowane emulgatorami (aż szok, że nocą nie świeciłam w ciemności). Wracając już do samego mieszkania zaczęłam myśleć o A. i o słowach Kordiana - o tym, że każdy człowiek ma coś wnieść do naszego życia, że przez jego obecność mamy coś zrozumieć. Zaczęłam uporczywie rozmyślać o wszystkich, który w moim życiu pojawili się epizodycznie, którzy stali się częścią mojego życia na chwilę, chociaż gościli w nim bardzo intensywnie. Wyciągnęłam parę wniosków i przeszłam dalej do codzienności.
Kolejnego dnia, a była to środa - wiedziałam, że nie będzie to dobry dzień. Czułam się fatalnie od samego rana. Podkrążone oczy tłumaczyłam sobie dużym ubytkiem krwi. Na zajęciach jakoś wysiedziałam. Chociaż w sumie nic mi nie było. Po prostu byłam strasznie osłabiona. Nie mówiąc nic B. przesiedziałam grzecznie całe msg, aż po zajęciach prawie wylądowałam na krzesłach przede mną potykając się o własne nogi, co krótko skomentowałam:
- Umrę dziś, zabijając się o własne nogi! - co B. odebrał ze śmiechem, po czym zaczęliśmy żartować, że musi mi przynieść znicz z Jamesem Rodrigezem. (mamy specyficzne poczucie humoru)
W mieszkaniu musiałam się położyć, dawno się tak kiepsko i słabo nie czułam. nawet po wypiciu kawy chodziłam na zombie - nawet boję się pomyśleć, jak bym "funkcjonowała" bez niej. Postanowiłam wrócić do domu. Spakowałam się, jednak już w oczekiwaniu na autobus wiedziałam, że to zły pomysł. Czułam się tragicznie, chwała, że nie padłam i nikt nie musiał mnie zbierać. Całą podróż w pociągu przespałam (mimo iż dwie godziny wcześniej wypiłam ogromną kawę).
Wychodząc z pociągu na peronie zobaczyłam moją mamę, która krótko i na temat skomentowała, że wyglądam dziś jak (uwaga cytuję) Z KRZYŻA ZDJĘTA - dobry komplement zawsze spoko, ale faktycznie tak się czułam. Moja mama stwierdziła, że to przez pełnię i że sama czuje się kiepsko. Dodała również (sama nie wiem czemu), że podczas pełni nie zaleca się wykonywania jakichkolwiek operacji, bo często są komplikacje - po czym skomentowała, że to głupoty, ale jednak coś w tym jest. (słyszeliście o tym wcześniej?)
 Przespałam całe popołudnie, przez co w nocy rzucałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć. I właśnie w nocy, leżąc - być może na pół przytomna, usłyszałam w pewnym momencie męski głos. Wystraszyłam się, bo nie znałam tego głosu, nie kojarzył mi się z nikim. Nawet nie wiem co konkretnie powiedział, coś krótkiego. Być może jedno słowo. Myślałam nawet, że ktoś włamał się do domu, ale... pies nie szczekał, w całym domu cisza. Zasnęłam.
Dziś przeczytałam coś czego na prawdę nie chciałam dzisiejszego dnia widzieć. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Nadal nie mogę uwierzyć, że odszedł ktoś tak wyjątkowy i tak nam tutaj wszystkim potrzebny, bliski... Teraz sami pomyślcie, co mogłam sobie pomyśleć na temat tego głosu...
Być może mój mózg ma jakiś dar wyłapywania najbardziej trafnych momentów mojego życia i zlepiania ich co do okoliczności, okej jeśli ktoś tak uważa - dobrze. Ale ja wiem, że całą sobą czułam wczorajszego dnia, iż COŚ SIĘ DZIEJE.
tumblr
(mam nadzieję, że mój tekst i moje przemyślenia nikogo nie uraziły. Po prostu jestem człowiekiem, który odreagowuje mówiąc, rozmawiając, a w tym przypadku - pisząc. Nie potrafię siedzieć cicho i wylewać łez w poduszkę... Ja nie z tych co płaczą...).
Ściskam Was wszystkich bardzo mocno!

poniedziałek, 3 listopada 2014

95. "Tak się boję - o siebie, że zostanę sam, o swój psychiczny stan..."

Witajcie.
Nie wiem co się ze mną dzieje. Czegoś się boję. Nie radzę sobie sama ze sobą, a co dopiero z innymi. Odsuwam się niebezpiecznie daleko. Odwracam się w drugą stronę mimo dłoni wyciągniętych w moją stronę. Tak bardzo bym chciała, ale... nie potrafię. Nie potrafię i to mnie gniecie, tak bardzo... Zagubiłam się, tak bardzo. Nikt nie może mnie odnaleźć, skoro sama tego nie potrafię. Nie wiem czy stoję w miejscu, czy uciekam w tą czarną dziurę - coraz głębiej.
Coraz bardziej zaczynam żałować tych niewykorzystanych chwil. Tych złych czynów. Aż mi wstyd to pisać, ale okazuje się, iż mój młodszy brat zachowuje się momentami doroślej ode mnie... Aż tak się pogubiłam? Możliwe.
Dlaczego ten czas tak cholernie szybko biegnie do przodu? Dlaczego nie można go cofnąć?? Dlaczego? Nie chciałabym niczego wielkiego zmieniać. Po prostu poświęcałabym więcej czasu tym, dla których nie mam czasu i teraz... Dziś, nie mając nic do roboty - wybrałam samotność, niż chwile z tymi, których kocham. Tak, kocham - a kiedy ostatnio im to mówiłam? Sama nie pamiętam. Po prostu jestem - to ma im wystarczyć?
Jestem okropna, zachowuję się okropnie - egoistycznie. Skupiam się na tym co Ja w tym momencie czuje, ale czy to moja wina, że to WSZYSTKO tak mnie przygniata? Tyle rzeczy na mnie spadło, a ja co rusz dokładam sobie więcej na plecy. Och tak, jeszcze moje plecy - tydzień temu z trudem się poruszałam, ale to chyba nie dziwne z wystawioną łopatką. Póki co - przeszło mi. Zajmę się nią później, czyli gdy znów nie będę mogła się ruszać - i nie ruszać też. Teraz mam ważniejsze sprawy. Ból fizyczny, to najmniejsze zło, jakie mam na horyzoncie.
Mam do zrobienia kilka rzeczy, z czego wybieram jedną i zajmuję się nią, aż stracę wszystkie siły. A tamte? Grzecznie czekają. Mam nadzieję, że zdążę wszystko pozałatwiać w terminach. Nienawidzę tej presji czasu, nienawidzę gdy wisi nade mną kalendarz z zaznaczonym terminem - na kiedy, co ma być zrobione. Nienawidzę, gdy coś mnie ogranicza, a już najgorszy ze wszystkich ograniczeń jest czas...
No i jeszcze sprawy niezależne ode mnie. A są i takie, na których rozwinięcie pozostaje mi czekać - biernie czekać. To jest dopiero straszne. Gdy mam coś zrobić na czas, to siedzę i zapierdalam z zegarkiem nad głową, ale co w momencie, gdy zrobiłam wszystko i pozostaje czekanie na ruch z drugiej strony? Nie lubię nie mieć nad czymś kontroli. Tak, jestem z tych osób, które mają zaplanowane całe życie, może nie każdy dzień - ale jakiś zarys całości i KONTROLUJĄ czy aby na pewno wszystko idzie zgodnie z planem...
A co planu wypada jeszcze wspomnieć o projekcie dyplomowym - jako urodzona dyktatorka zostałam wybrana na szefa grupy - to ze mną rozlicza się promotor, a ja mam sterować resztą. Tak, będę się nad nimi wytrząsać i nawet wiem nad kim najbardziej. Wiedzieli na co się piszą i ja dobrze wiedziałam. Na szczęście S. mi pomoże, bo tylko na nią mogę w stu procentach liczyć, jeśli chodzi o formalności. Tak, to też mnie stresuje - czy zdążę się rozliczyć we wszystkim o czasie, czy zdołam zmotywować pewne osoby do ruszenia dupy??? Nie wiem, najwyżej usiądę i się rozpłaczę manifestując, że nie mam już siły - to pomaga. Pomaga, jak cholera.
Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie, samo się nie ułoży - mam nadzieję, że JA wszystko sobie poukładam i bądź co bądź w ostatecznym rozrachunku będę zadowolona ze efektu - na całej płaszczyźnie. Ogarnę się i pewne rzeczy przestaną mnie przygniatać - tutaj muszę zacząć od siebie i swojego uciekania przed ludźmi. Jak to było: SAM MECZU NIE WYGRASZ - no nie, na pewno nie.
tumblr
Wiecie, na sam koniec chciałabym złożyć mojemu bratu obietnicę. Wiem, że na pewno tego nie przeczyta, ale chcę mieć to na piśmie. Chcę mieć dowód, że obiecałam, gdy kolejny raz przyjdzie mi do głowy uciekać. Chcę mu obiecać, że poświęcę mu więcej czasu - każdego dnia, że będzie jak kiedyś (chociaż ze łzami w oczach piszę, że nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś... Czasu nie cofniemy.). Ale  OBIECUJĘ CI BRACISZKU, BĘDZIE JESZCZE LEPIEJ! Znów będziemy najlepszymi przyjaciółmi - nadal jestem gotowa śpiewać tylko przy Tobie. Obiecuję i podpisuję się pod tym swoją lewą dłonią.

A Was, drodzy czytelnicy - przepraszam za taki misz-masz w ten notce. Po prostu miałam ogromny napływ emocji i musiałam wylać je gdzieś poza poduszkę. Chyba jest mi... spokojniej.

czwartek, 30 października 2014

94. Ciąża = strach.

Witajcie, pogoda nadal nas nie rozpieszcza, ale - przez ostatnie dwa dni było dość słonecznie. No i rano nie budzę się już zamarznięta, jak z tydzień temu. Chyba przyzwyczajam się do jesiennych temperatur. Jedyne co jeszcze muszę zrobić, to kupić sobie jakieś cienkie rękawiczki "na teraz", a żeby pasowały mi do jesiennej kurtki. Poza tym, dziś obudziłam się z bólem gardła! Czyżbym miała przegrać walkę z bakteriami? O nie, nie ma mowy. Od razu zrobiłam sobie herbatę z szałwii i wpierdzielam szałwiowe cukierki. :P No ale dobrze, czas przejść do tematu, bo... Jak widać mam do przekazania, a może raczej do podzielenia się z Wami czymś ważnym.
Od kilku dni łaziło za mną przeczucie, że KTOŚ BĘDZIE W CIĄŻY. Było to przeczucie tak cholernie mocne, że tylko czekałam, aż mi się przyzna. Najdziwniejsze było to, iż byłam jakimś cudem, że mi się nie wydaje. I co z tego wyszło...?
Takie mamy czasy, że obecnie ciąża budzi więcej strachu niż radości - przynajmniej na początku, przynajmniej w moim otoczeniu - ludzi goniących nie wiadomo za czym, pędzących przed siebie. Byle szybciej, byle mocniej. (Jakby coś komuś przyszło do głowy - to nie, ja nie jestem w ciąży). Jednak kilka dni temu dowiedziałam się, że ktoś inny jest i... na prawdę jestem w szoku. Sama nie rozumiem swojej reakcji, swojego przybicia (?), strachu. Mogłabym powiedzieć - to nie moje dziecko, nie moje życie - WISI MI TO. Ale nie... Jakoś tak cholernie mi to NIE wisi. Jakoś mnie to nie obeszło, a dotknęło - bardzo mocno.
W życiu bym nie pomyślała, że nie moja ciąża wywrze na mnie aż takie wrażenie. Tylko dlaczego? Dlatego, że się nie spodziewałam? Nikt się nie spodziewał - sami rodzicie pewnie też. Przyszła babcia mówi, że się cieszy - ale na pewno też się boi. Przecież babci nie wypada powiedzieć czegoś innego. Zawsze, gdy ktoś był w ciąży bez ślubu - przynosiła takie ploteczki do domu. A teraz? Pewnie zastanawia się, kiedy to o niej zaczną paplać - chociaż pewna nie jestem. Nie siedzę w jej głowie. Ale wiem na pewno - martwi się. Czy sobie poradzą no i... jak to teraz będzie? Aż mam taką ogromną ochotę ją przytulić. Powiedzieć, że się ułoży. Na pewno będą szczęśliwi.
A przyszła mama? Młodsza ode mnie - choć teraz to nic nie znaczy. Pewnie też się boi. Tak, ona boi się najbardziej. Wiem, jak sama się bałam - gdy myślałam, że i mi się przydarzyło (ktoś kiedyś tak ładnie to określił - och i ach). Na SZCZĘŚCIE moje życie nie uległo przewrotowi o 180 stopni - okazało się, że po prostu przetrenowałam organizm i nie miał on już po prostu siły na miesiączkę (na szczęście mi wybaczył, a ja obiecałam mu, iż więcej nie będę go tak katować).
Ale wracając do niej, do jej strachu - na pewno boi się czy sobie poradzi jako mama - no bo jak to? Skąd ma niby wiedzieć jak się opiekować dzieckiem, skoro nigdy go nie miała? - takie pytanie na pewno zadałabym sobie, a poza tym: czy sobie poradzę? Jak się zmieni moje ciało? (tak, to ciało z którym tak cholernie trenuję). Czy gdy brzuszek rośnie, biodra się rozszerzają - czy to boli? A poród? itd...
Ja pytań bym miała mnóstwo i zapewne każda taka "nieplanowa" mama - także. Mimo, iż jej nie lubię, denerwuje mnie często i sukcesywnie odbiera mi wszystko to, co dawniej było tylko moje (yhh... kto wymyślił dzielenie się?!) to teraz martwię się o NIĄ. A raczej o nich - ojciec jest mi bliższy. Tak po ludzku się boję, może nawet wczuwam się w ich strach. Ile czasu jest potrzebne, żeby oswoić się z myślami i zacząć się cieszyć?
Tak, cieszyć się. Bo dziecko to radość i od tego powinna się każda informacja zaczynać. Bóg dał Ci dziecko - wyróżnił Cię, wiedział, że sobie poradzisz - On w Ciebie wierzy, uwierz i Ty. Tymczasem młode społeczeństwo pochłonięte gonitwą za pieniędzmi, karierą - nie myśli o dzieciach w wieku, w którym moja mama np. miała już dwuletnią córkę. Nie uwzględniają czegoś tak cudownego i pięknego w swoich planach. A potem, gdy się "przydarzy" - zamiast radości jest strach.
Kiedyś rozmawiałam z moją koleżanką, która też zaszła w ciążę zaraz po szkole. Zapytałam ją z czystej, ludzkiej ciekawości czy się bała. Odpowiedziała mi, że na początku tak, że chyba każdy się boi - bo tak na prawdę nikt na to dziecko nie czekał. Pojawiło się niespodziewanie, ale przecież niespodzianki są najlepsze. :) Teraz ma śliczną trzyletnią córeczkę i nie wyobraża sobie bez niej życia.
Powracając jeszcze do sytuacji, która ma teraz obecnie miejsce w moim życiu - dotknęła mnie ta sytuacja tak bardzo, ponieważ gdy sama się bałam, pomyślałam sobie - że chciałabym, żeby to ona była pierwsza, żeby przetarła szlaki (mamy być rodziną, kiedyś, w jakiejś przyszłości) - i gdy się o tym dowiedziałam, to w pierwszej chwili zamarłam. Oczywiście ja jej swoimi myślami tego dziecka nie zrobiłam - gdyby tak było, to pewnie ludzie płacili by mi za to gruby hajs - ale poczułam, że to MOJA WINA. - tell me WHY??? Bo jej tego życzyłam? Przecież nie miałam na myśli JUŻ TERAZ ZARAZ... W każdym razie - postanowiłam na przyszłość ostrożniej wybierać życzenia. :P
Wiecie, tak na zakończenie powiem Wam, że fajnie iż nowa, mała, słodka istotka będzie w moim życiu. Zakochałam się w takich maluszkach odkąd zostałam chrzestną - staram się odwiedzać moje maleństwo jak najczęściej i wiem ile radości daje chociażby spojrzenie, uśmieszek, gaworzenie po swojemu.
tumblr
Wiem, że Ona będzie dobrą mamą, że On jej pomoże. Wszyscy pomożemy, nawet ja - może się polubimy. A teraz... Teraz sobie poczekamy jakieś siedem miesięcy i będziemy się po cichutku modlić, żeby dziecko było zdrowe i... żeby mi nie ukradli imienia dla mojego dziecka. xD


poniedziałek, 27 października 2014

93. "...pozwala pisać mi teksty o miłości, prawie tak intensywne jak kolor jej paznokci."

Witajcie. Straszną mamy temperaturę na zewnątrz, prawda? Już nawet oznajmiłam mojej mamie, że najchętniej nie wychodziłabym z domu do wiosny. A to dopiero początek... Przecież zima przed nami. Brrr... Mam nadzieję, że się zaaklimatyzuję i nie będę się trząść jak galaretka za każdym razem gdy wyjdę na dwór. Na dobry początek - biorę grubszą kurtkę.
 Planowany temat notki miał być inny, ale z racji większego zainteresowania moimi paznokciami - postanowiłam, że właśnie to będzie dzisiejszym tematem. A więc przybliżę Wam moje pazurki.
Otóż na wstępie muszę się przyznać, iż paznokcie maluję na okrągło - przez cały rok. Jedyny czas, w którym na moich paznokciach nie ma lakieru, to moment pomiędzy zmyciem jednego lakieru i nałożeniem drugiego. Mimo tego - są one twarde i nie łamią się. Ogólnie - zahartowałam je chyba, bo ktoś z Was mógłby stwierdzić, że je katuję tą ciągłą ilością chemii. No tak, coś w tym jest. Dodatkowo powiem, że nie używam żadnych odżywek itp. Po prostu są genetycznie twarde i idealne do samoobrony. :P Wspomnę jeszcze, że w szkole średniej nie raz były użyte, w celu odzyskania zabranego zeszytu itp. Ale okej, przejdźmy do ich stylizacji.
Dawniej, od jakiegoś czasu skupiłam się na klasycznych barwach - wszelkiego rodzaju czerwienie, beże, pudrowe róże ożywione złotem. Przeważnie malowałam paznokcie w ten sposób, że ten na palcu serdecznym zawsze otrzymywał inny kolor - i co do tego mi nie przeszło. Nie lubię nudnych pazurków, więc nawet klasykę ożywiałam chociażby złotem.
Jakiś czas temu, w erze szału na pękające lakiery też miałam swoje pięć minut. Jednakże moja kosmetyczka powiększyła się jedynie o trzy takie lakiery - czarny, złoty i czerwony z brokatem.
Szalałam także z np. niebieskim kolorem. Co do zieleni - nie lubię tego koloru. Chociaż ostatnio zaczęła kusić mnie mięta.
Co do obecnych kolorów na moich paznokci - znudziła mi się klasyka. Postawiłam na kolory, których wcześniej na moich paznokciach nigdy nie było - biel, niebieski, czarny (ten ostatni nosiłam dość często w czasach swego buntu).
To, co obecnie mam na paznokciach.
Może na koniec napiszę jeszcze, jakich lakierów najchętniej używam. Moją NAJ marką jest firma AVON. Ich lakiery utrzymują się na moich paznokciach nawet do dwóch tygodni (i nie, przez cały ten czas nie leżę i pachnę, a często zmywam naczynia - co jest świetnym egzaminem dla lakierów). Z racji tego, iż nie zawsze mam czas, a nie lubię mieć niepomalowanych paznokci - są one dla mnie idealne. Dodatkowo bardzo łatwo jest mi utrzymać porządek w tych lakierach, gdyż każdy z nich ma swój kartonik - w których je trzymam. W przypadku poszukiwań wystarczy, iż odczytam nazwę z wierzchu i już. Nie muszę kopać w kosmetyczce w poszukiwaniu tego jednego.
Kolekcja lakierów AVON.
Ostatnio jednak w poszukiwaniu nowości zainwestowałam w lakiery z hurtowi Allepaznokcie. Są o wiele tańsze (te z AVON-u przeważnie około 20 zł), jednak ich jakość nie jest już taka zadowalająca - jeden z nich mam obecnie na paznokciach (wygrany na jednym z blogów) i powiem Wam, że po trzech dniach pojawiły się odpryski na końcówkach. Zdecydowałam się jednak na nie, ponieważ mają w swojej ofercie lakiery termiczne - zmieniają kolor w zależności od temperatury (przynajmniej tak zapewniają). Bardzo spodobała mi się ta opcja, jednak jeszcze ich nie testowałam i mam nadzieję, że nie zawiodę się efektem. :)
A Wy jakie lakiery lubicie? Jakie polecacie? Jak często malujecie paznokcie?

poniedziałek, 20 października 2014

92. I'm like an ARTIST!

Witajcie. Ostatnimi czasy cierpię na jakiś zanik weny twórczej. Z tego względu notkę tę zacznę od chwalenia się. Pierwszą rzeczą jaką muszę się Wam pochwalić jest fakt, że... MAM INTERNET w mieszkaniu. Wreszcie - będę z blogiem na bieżąco. Drugą sprawą jest moje kolokwium - straciłam na nim 0,5 punktu - wiec chyba jest dobrze, co nie? xD (tak, jestem dumna. Najważniejsze, to dobrze zacząć rok akademicki) No a tak poza tym, aby zebrać tutaj wszystkie pozytywy dzisiejszego dnia - byłam odebrać kubek z promocji Wedla, a że jestem maniaczką wszelakich kubeczków - jaram się i tym faktem.
Wiecie, zaczęłam pisać tę notkę z takim wewnętrznym przekonaniem, że muszę coś napisać - jednak miałam ogromny problem z którym tłukłam się cały dzień. Mianowicie - brak pomysłu na napisanie CZEGOKOLWIEK. Sama myśli o pisaniu choćby wstępu rodziła we mnie swego rodzaju ból istnienia. A jednak zaczęłam pisać bez żadnego konkretnego zamysłu na notkę, jedynie z przekonaniem, że w trakcie pisania wstępu pomysł sam się urodzi. No i tak też się stało.
Swego czasu doszłam do niezbyt pozytywnych wniosków na temat swojego życia. Otóż stoję w takim miejscu swojego życia, w którym wszelkie zawracanie napotyka na swojej drodze ogromną ścianę z wyrytym napisem ZA PÓŹNO. Czy faktycznie, nie wiem - nie dane mi było sprawdzić, gdyż za każdym razem się od tej ściany odbijam i posłusznie wracam do szeregu. Ale.. do rzeczy.
Zaczęłam sobie uświadamiać (będąc na ostatnim roku - nie ma co, mam sprint), że CHYBA wybrałam złe studia, że ten kierunek jest zbyt sztywniacki jak dla kogoś takiego jak ja. Wiecie FiR - to na prawdę sztywniacka przyszłość - miliard papierków, sryliard cyferek i z czasem totalnie automatyczna robota polegająca na księgowaniu "Winien, Ma, Saldo do bilansu itd." - słodko.
Jest coś co szczególnie mnie w tym wszystkim przeraziło - świadomość, że ja chyba przez ten czas szłam ślepo za tym w czym byłam dobra, nie myśląc o spełnianiu marzeń, realizowaniu swoich pasji na co dzień. Może trochę bałam się je spełniać. Tak - bałam się. Wiecie, po FiRze na pewno mam pewniejszy zawód niż po ASP, z którego (jak rozmawiałam z jedną z Was;)) ciężko byłoby wyżyć. Także mój wrodzony rozsądek mówił mi od zawsze, że nie tędy droga. Jednak ostatnio zaczęłam żałować, że nie poszłam na tą cholerną architekturę - są rysunki, uczestniczysz w tworzeniu nowych rzeczy - a ja kocham tworzyć i nie chodzi tu tylko o rysowanie. A wiecie dlaczego tak nie poszłam? Bo fizyka. Tak bo nigdy jej nie mogłam przetrawić i nawet gdy dostawałam 4, to na samo brzmienie słowa FIZYKA coś się we mnie rozrywało na kawałki i kazało uciekać. (ble.. nie lubię do dziś)
Jednak czasu nie cofnę, te studia skończę, zastanawiam się tylko co dalej. Może spróbować zmierzyć się ze swoimi marzeniami, poniekąd możliwymi do spełnienia? Mam jeszcze troszkę czasu, wiec pomyślę. Zastanawiam się, ponieważ z drugiej strony, jeśli moja pasja stałaby się dla mnie częścią zarobkową - mogła by przestać być pasją (no właśnie).
Trochę się boję, że za kilka lat usiądę i powiem, że moje życie jest nudne, a tego nie chcę. Wiecie, zauważyłam ile radości daje mi jakakolwiek sztuka - dziś np. zaklejałam szklane drzwi w swoim pokoju gazetami. Miałam wizję, wiedziałam jak chcę by to wyglądało - myślę, że wyszło jeszcze lepiej. Ale zastanowiło mnie w tym wszystkim coś innego - otóż moja mama stwierdziła, że w ogóle tego nie widzi, nie czuje i nie rozumie - czegoś co dla mnie było oczywiste. Wtedy właśnie doszłam do wniosku, że nie wszyscy mają jakiś taki zmysł twórczy i może to kolejny znak, żebym zrobiła coś ze swoim życiem - póki nie jest za późno.
tumblr
Tylko, że... Najgorsze jest to, iż ja sama chyba nie wiem, czego na prawdę chcę i czego od siebie oczekuję. A w tym już nikt mi nie pomoże.
Tak czy inaczej - to był dobry dzień i nikt nie ma doła. :)



EDIT: 23.10.2014
Na specjalne życzenie ciekawskiej Anelise :* :

Moje pseudoartystyczne drzwi - tak, chciało mi się. :)

Mój kubek, otrzymany z promocji Wedla. A różowy, bo... lubię! :D

czwartek, 16 października 2014

91. Nic nie dzieje się przypadkiem (?)

Witajcie. Nie byłabym sobą jeśli na wstępie nie wspomniałabym o piłce nożnej - miłości mojego życia. W sobotę, o mało co się nie popłakałam - emocje sięgały zenitu. Wiecie, do całego spotkania podchodziłam z dystansem, ale wierzyłam, że nie przegrają. Liczyłam na wynik 0:0, więc to, co się stało było dla mnie ogromnym prezentem. Do wtorkowego meczu podeszłam już nieco pewniej, wiedziałam, że mogą wygrać - bo mogli. Niemniej jednak remis też jest dobry i już nie mogę doczekać się kolejnego meczu w listopadzie. <3
Poza tym kolejny tydzień bez Internetu w centrum wielkopolski za mną. Ale... muszę Wam powiedzieć, że ma to swoje pozytywy. Przynajmniej udało mi się ogarnąć ponad 70 stron podręcznika na wczorajsze kolokwium, w co - szczerze mówiąc, nie wierzyłam. Jakoś w domu nauka mi nie szła, a tam - odcięta od świata, po prostu usiadłam i zgłębiałam tajniki MSG (międzynarodowych stosunków gospodarczych). Nie zmienia to jednak faktu, iż nie cierpię przedmiotów teoretycznych - zdecydowanie wolę LICZYĆ, LICZYĆ, LICZYĆ. Jedynym pocieszającym faktem jest to, że chociaż fragmenty książki bywały interesujące. Ale... żeby za słodko nie było, to powiem Wam, że czekają mnie jeszcze dwa kolokwia z tego przedmiotu. No cóż, jakoś przebrnę. Mimo, iż koleś prowadzący jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu, to nawet polubiłam ćwiczenia. Jest coś, co mi się w nim podoba - barwa Jego głosu. (taaaak, jako zapalona fanka muzyki zawsze jaram się INNĄ barwą głosu, niż ta przeciętna - dziewczyny, wiecie o co chodzi, prawda? :D). No, a pro po głosu...
Głos A. też zawsze mnie powalał na zajęciach i mogłabym słuchać Jego zgermanizowanych wypowiedzi godzinami. Dlaczego wspominam o A.? Ponieważ ostatnio w moim życiu dzieją się dziwne rzeczy, dość mocno powiązane ze sobą. Z tego względu zaczęłam się zastanawiać czy to tylko ogromny zbieg okoliczności, a ja sama sobie coś wmawiam, czy faktycznie w naszym życiu nie ma przypadków i to wszystko dzieje się w jakimś celu - którego kompletnie nie ogarniam, ale mam nadzieję, że już nie długo się to zmieni. Jednak... Zacznijmy od początku.
Zapewne pamiętacie, jak pisałam o urzekającym spojrzeniu A., którego niedawno widziałam pierwszy raz od... czerwca. Niby nic, a jednak coś. To niepozorne zdarzenie poniosło za sobą, w ostatnim czasie, lawinę kolejnych, które mój mózg każe mi ze sobą łączyć.
W tym tygodniu wybrałam się z dwójką moich znajomych na zakupy do PCC. Jako, iż skończyliśmy szybciej niż planowaliśmy, a kolega musiał czekać na PKS - usiedliśmy przed głównym wejściem, wygrzewając się na słońcu. Gadaliśmy o pierdołach, jak zwykle śmiejąc się z rzeczy totalnie bezsensowych - takie odmóżdżenie. W pewnym momencie coś mnie tknęło - odwróciłam się dokładnie w momencie, gdy obok przejeżdżał bus z tabliczką, na której widniała nazwa miejscowości, z której pochodzi A. Zaśmiałam się wtedy głośno "Czy Bóg chce mi coś powiedzieć?" - oczywiście wszystko obróciłam w żart, bo tak też ten przypadek potraktowałam - jako zwyczajny zbieg okoliczności.
Wczoraj idąc na wykład, nie wiedziałam, że zmienili nam salę i szukając grupy, jakaś wewnętrzna siła ciągnęła mnie na drugie piętro - w porę jednak kolega z grupy nawrócił mnie na schodach. Jak później wyczytałam z planu - A. miał tam zajęcia. (o.O - zwariowałam chyba!)
No, a na dokładkę dziś rano B. wysłał mi zdjęcie z TEJ SAMEJ miejscowości, z której pochodzi A.! B., który nie ma pojęcia o istnieniu A.!
Jak widzicie - coś się dzieje. W sumie, zawsze wygłaszałam teorię, że nic nie dzieje się przypadkiem, ale... Nie brałam tego tak niesamowicie serio. Być może dlatego, że nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. W sumie sama nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Jeśli faktycznie los rzuca mi pod nogi jakieś znaki, to jestem strasznie ciekawa CO chce mi powiedzieć, lub dokąd zaprowadzić. Tym samym chciałabym, żeby całą sytuacja jak najszybciej się rozwiązała - nawet jeśli miałaby się rozmyć.
źródło: tumblr
A Wy, co o tym wszystkim sądzicie? Spotkało Was kiedyś coś podobnego?